uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 728 908
  • Obserwuję754
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 012 257

Anne McCaffrey - Cykl-Planeta piratów (2) Sen jak śmierć

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Moje dokumenty

uzavrano
EBooki
A

Anne McCaffrey - Cykl-Planeta piratów (2) Sen jak śmierć.pdf

uzavrano EBooki A Anne McCaffrey
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 39 osób, 41 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 188 stron)

ANNE MCCAFFREY JODY LYNN NYE SEN JAK ŚMIERĆ (Tłumaczył: Jakub Chmielewski)

KSIĘGA PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY Jedyny pracujący silnik pustego masowca rozbrzmiewał w kulistym wnętrzu kadłuba wprawiając pomosty i ścianki przedziału dla załogi w wibrację, która - w zależności od nastroju - mogła być irytująca lub działała kojąco. Po czterech tygodniach pobytu na pokładzie Nellie Minę, statku wydobywczego pod banderą Tau Ceti, Lunzie Mespil musiała się skupić, żeby usłyszeć mruczenie silników. Gdy zaokrętowała się jako nowo zaangażowany lekarz na Platformie Wydobywczej Kartezjusza Numer 6, ten dźwięk doprowadzał ją do prawie całkowitego rozkojarzenia. Nie miała wielu rozrywek poza czytaniem, snem i wsłuchiwaniem się czy raczej wczuwaniem w szum silnika. Później odkryła, że ten odgłos działa relaksująco i ułatwia zasypianie, zupełnie tak jak łagodne kołysanie w jednoszynowym transporterze pasażerskim. Czy inni pracownicy byli tego świadomi, czy też nie, małą liczbę bójek i buntów podczas lotów dostawczych zawdzięczano wprowadzeniu przez Korporację Wydobywczą Kartezjusza uspokajających częstotliwości sil- ników. Malutka kabina o pustych ścianach, w której Lunzie spędziła parę pierwszych dni, potęgowała jeszcze uczucie samotności towarzyszące jej również w biurze i przedziałach sypialnych. Miała zbyt wiele czasu, by myśleć o swojej córce. Fionie. Czternastoletnia Fiona, według obiektywnej opinii Lunzie śliczna i niezwykle na swój wiek rozwinięta, została pod opieką przyjaciela, głównego oficera medycznego na nowo skolonizowanej planecie Tau Ceti. Warunki osiedleńcze były tam, jak na nowo zasiedlone ziemie, zadziwiająco dobre. Panował zdrowy klimat, a biosfera okazała się stosunkowo przyjazna człowiekowi; dzięki zróżnicowanym porom roku i dużym obszarom gleby uprawnej, w której przyjmowały się zarówno hybrydy, jak i nasiona z Ziemi. Lunzie sama miała nadzieję osiąść tam, gdy tylko zakończy swoją służbę na Platformie, nie była jednak wystarczająco samodzielna finansowo. Nawet towar tak cenny jak ekspertyzy medyczne nie wystarczył, by wkupić się w stowarzyszenie kolonialne Tau Ceti. Musiała zarobić na swoje udziały, a atmosfera i grawitacja na planecie nie wymagały obecności, specjalisty w dziedzinie psychologii wstrząsów odprzestrzennych. Nie było rady - zęby zarabiać, musiała opuścić planetę. Ku jej wielkiemu rozczarowaniu, najlepiej płatne i najlepsze z punktu widzenia jej praktyki miejsca znajdowały się jednie na izolowanych stacjach, nie mogła więc zabrać ze sobą Fiony. Po wielu negocjacjach Lunzie podpisała kontrakt z Kartezjuszem i wzięła etat na odległej platformie wydobywczej. Fiona była zła, że nie może towarzyszyć matce, i nie chciała przyjąć tego faktu do wiadomości. Przez ostatnie dni przed odlotem nie odzywała się do niej i uparcie rozpakowywała jej torby, gdy tylko widziała je pełne. Te nieodpowiedzialne wybryki dawały Lunzie do zrozumienia, że Fiona czuje się porzucona. Od chwili narodzin córki nie zdarzyło im się rozstawać na dłużej niż dzień lub dwa. Lunzie też odczuwała ból na samą myśl o nie- uchronnym rozstaniu, ale rozumiała to, czego nie mogła zrozumieć Fiona - konieczność finansową, która zmuszała ją do przyjęcia stanowiska tak daleko i opuszczenia Fiony. Opłatę za ich podróż na Tau Ceti wniosła rada naukowa kontrolująca działalność centrum klonowania na nowo skolonizowanej planecie. Rada etyczna zaproponowała Lunzie podjęcie współpracy, ponieważ wiedziano, że podczas studiów w szkole medycznej była, jako doradca, członkiem podobnej grupy, której działalność zakończyła się utworzeniem eksperymentalnej kolonii. Nieoczekiwanie dane tego przedsięwzięcia okazały się niedostępne nawet dla jego uczestników. Były mąż, Sion, także dał jej swoje rekomendacje. Stawał się znanym i szanowanym genetykiem, zajmującym się głównie kontrolowaniem mutacji ludzkich w warunkach dużej grawitacji. Rada etyczna zebrała się cztery czy pięć razy i szybko ustaliła, że nawet tak pożyteczne przedsięwzięcie, jak hodowla genomów przetrwalnikowych, jest w ciągu kilku

następnych generacji skazane na niepowodzenie i badań nie kontynuowano. Lunzie straciła pracę w kolonii, która jej nie potrzebowała. Z powodu tajnego charakteru badań nie mogła nawet wyjaśnić córce, dlaczego nie podjęła pracy, dla której przyjechały na Tau Ceti. Gdy Lunzie musiała po raz piąty czy szósty pakować znowu torbę i znała już na pamięć całą jej zawartość, zabrała bagaż do centrum medycznego i ukryła przed Fiona w gabinecie trucizn. Od tej chwili protest zamienił się w zwyczajne dąsy. Lunzie cierpliwie obserwowała zachowanie Fiony czekając, aż córka zaakceptuje rozstanie i starając się być pod ręką, gdy dziewczyna poczuje, że należałoby porozmawiać. Wiedziała z doświadczenia, że nie warto uganiać się za nią. Trzeba pozwolić małej wybrać właściwy moment Miały zbyt podobne charaktery i wymuszenie przedwczesnej konfrontacji mogło przypominać w skutkach przeciążenie reaktora nuklearnego. Tymczasem zajmowała się swoją pracą w centrum medycznym, pomagając pozostałemu personelowi w badaniach zatwierdzonych przez kolonię.W końcu pewnego słonecznego dnia, gdy Lunzie wychodziła z pracy, przed centrum spotkała Fionę, która wręczyła jej mały pakunek. Lunzie uśmiechnęła się rozpoznając kształt jego zawartości. Gdy zdjęła papier, ujrzała nowiutki studyjny hologram przedstawiający Fionę wystrojoną w najodświętniejsze ubranie, jakie tylko miała; kostium o najmodniejszym fasonie, który kupiła za swoje oszczędności i pieniądze wybłagane od matki jeszcze w ich poprzednim domu. Lunzie mogła teraz ocenić, jak podobna do niej stawała się Fiona, mając takie same wydatne kości policzkowe, wysokie czoło, wykrój ust. Fale miękkich włosów były jednak znacznie ciemniejsze; bliższe czerni niż ciemnego brązu Lunzie. Fiona miała duże, senne oczy i ostry podbródek, który odziedziczyła po ojcu — nadający jej wyraz zdecydowania, by nie powiedzieć uporu, widocznego mimo dziecinnych rysów. Rubinowa sukienka podkreślała jasną karnację skóry dziewczyny, upodabniając ją do egzotycznego kwiatu. Przepuszczająca światło peleryna spływająca z ramion, najmodniejsza z modnych, ozdobiona była malutkimi świecącymi gwiazdkami i wirowała wokół nóg Fiony jak ogon komety. Lunzie podniosła wzrok znad prezentu i spojrzała córce w oczy — obserwujące ją z niepokojem w oczekiwaniu na reakcję. - To jest śliczne, kochanie - powiedziała przygarniając Fionę do siebie i chowając hologram do torebki. - Będę za tobą bardzo tęsknić. - Nie zapomnij o mnie. - Płaszcz Lunzie stłumił żałosny szloch. Lunzie odsunęła się i ujęła w dłonie zapłakaną twarz córki, starając się zapamiętać każdy szczegół. - Nigdy nie zapomnę, nie mogłabym - obiecała. - Wrócę szybciej, niż się spodziewasz. Parę dni przed wyjazdem przekazała pracę w laboratorium swemu współpracownikowi, by móc cały czas spędzić z Fioną. Odwiedziły swoje ulubione miejsca i razem przeniosły rzeczy Fiony z tymczasowej kwatery do domu przyjaciela, który miał się nią opiekować. “Pamiętasz to, pamiętasz tamto" pytały ciągle, dzieląc się swoimi drogocennymi wspomnieniami. To był piękny okres, Lunzie wydawał się on jednak bardzo krótki. Fiona w milczeniu odprowadziła matkę do przystani, z której prom miał ją zabrać na Nellie Minę. Lawendowoniebieskie niebo Tau Ceti przesłoniły chmury. Gdy było czyste, Lunzie mogła zobaczyć, jak słońce rozbłyskuje na powierzchni statków zacumowanych na orbicie parkingowej, wysoko nad Tau Ceti. Teraz jednak niemal cieszyła się, że tego nie widzi. Starała się opanować emocje. Gdyby tylko istniał sposób, żeby oszczędzić Fionie cierpienia, na pewno by z niego skorzystała. Postanowiła, że na prawdziwy płacz pozwoli sobie dopiero na pokładzie. Przez chwilę miała ochotę podrzeć kontrakt, uciec, powiedzieć Kartezjuszowi, żeby się wypchał, i wybłagać u władz Tau Ceti jakąkolwiek pracę, nawet najgorszą, byle tylko zostać z Fioną, ale zaraz potem rozsądek wziął górę. Przypomniała sobie bezlitosne prawa finansowe, jak choćby to, że trzeba mieć za co żyć, i zapewniła samą siebie,

że już niedługo będzie mogła wrócić i urządzić się wygodnie za zarobione pieniądze. - Spróbuję wynająć jakiegoś górnika - obiecała córce - gdy tylko będzie mnie stać. - Jej słowa odbijały się echem od karbowanego metalu ścian portu. Zdawało się, że są same. - Zobaczysz, dorobimy się. Będziesz mogła wybrać sobie dowolny uniwersytet albo szkolenie oficerskie we Flocie jak mój brat. Co tylko zechcesz. - Mhm. - To był jedyny komentarz Fiony. Jej twarz zamieniła się w maskę o tak dramatycznym wyrazie, że Lunzie chciało się jednocześnie śmiać i płakać. Fiona nie miała tego dnia makijażu i wyglądała bardziej na dziecko niż na nastolatkę. “Ona próbuje mną manipulować", powiedziała sobie surowo Lunzie. “Muszę dbać o naszą przyszłość. Wiem, że jest jej smutno, ale nie będzie mnie dwa lata, no, może pięć!" Nos Fiony zrobił się czerwony, a mocno zaciśnięte wargi zbielały. Lunzie już miała znowu powiedzieć jej coś na pocieszenie, gdy zdała sobie sprawę, że teraz ona próbuje manipulować uczuciami córki. “Nie chcę żadnych scen, więc staram się jej ulżyć." Zmusiła się do milczenia. “Jesteśmy zbyt do siebie podobne i w tym cały kłopot." Pokręciła głową i mocniej ścisnęła rękę Fiony. Podeszły w milczeniu do lądowiska. Na Lądowisku Numer 6 stał duży prom towarowy, typu używanego głównie przez przewoźników zainteresowanych bardziej frachtem niż przewozami pasażerskimi. Ten - kiedyś starannie pomalowany na biało, z szerokim czerwonym pasem biegnącym od dziobu do ogona - teraz był okopcony i pogięty. Ceramiczne osłony na dziobie miały ślady nadpaleń od lądowań przez atmosfery planetarne, ale całość sprawiała wrażenie względnego zadbania. Na środku przystani stał mocno zbudowany mężczyzna o czarnych, kręconych włosach i wymachując segregatorem wydawał polecenia grupie robotników w kombinezonach. Na wózkach widłowych wwożono do luków zaplombowane kontenery. Czarnowłosy mężczyzna zauważył obce osoby i podszedł wyciągając rękę do powitania. - To pani jest nowym lekarzem? - zapytał chwytając wolną rękę Lunzie i potrząsając nią przyjacielsko. - Kapitan Kosimo z Kartezjusza, cieszę się, że jest pani z nami. Dzień dobry, młoda damo. - Kosimo wykonał gest będący czymś pomiędzy skinięciem głową a ukłonem. - Czy to pani bagaże? Maikus! Proszę zabrać bagaże pani doktor na pokład! Lunzie wręczyła mu tubę zawierającą kontrakt i rozkazy, które wrzucił do segregatora. - Wszystko w porządku - powiedział, przeglądając, informacje wyświetlone na swoim podręcznym ekranie. - Mamy jakieś dwadzieścia minut do odlotu. Luki zamykamy o T - minus dwa. Do tego momentu może pani dysponować swoim czasem. - Posłał Pionie kolejny uśmiech i powrócił do strofowania swoich podwładnych. - Ostrożnie, Nellen, to jest wózek widłowy, a nie zabawka dla smarkaczy! Lunzie odwróciła się do Fiony. Coś zaczęło ściskać ją w gardle. Wszystko, co chciała powiedzieć, wydawało jej się trywialne w porównaniu z tym, co czuła. Przełknęła ślinę, starając się nie rozpłakać. Z oczu Fiony spływały łzy. - Nie mamy wiele czasu. - Mamusiu - Fiona wybuchnęła płaczem - tak bardzo będę za tobą tęsknić! - Prawie dorosła Fiona, która odrzucała wszelkie dziecinne zachowania i od wczesnego dzieciństwa mówiła matce po imieniu, nagle przeistoczyła się w małą dziewczynkę, wypowiadając to zapomniane słowo. - Ja też będę za tobą tęsknić, Fee - powiedziała Lunzie bardziej wzruszona, niż sama zdawała sobie sprawę. Złączyły się w uścisku. Lunzie wreszcie przestała powstrzymywać łzy i poczuła prawdziwą ulgę. W końcu nieszczerość nie była jej cechą rodzinną. Gdy rozległ się dźwięk syreny, Fiona uwolniła matkę z uścisku, obdarowała jeszcze jednym wilgotnym pocałunkiem i stanęła z boku, by obserwować start. Lunzie czuła, że nigdy nie były sobie tak bliskie. Ze wszystkich sił starała się zapamiętać obraz Fiony machającej na pożegnanie, gdy prom wznosił się w powietrze, a potem przesuwał po lekko

fioletowym niebie Tau Ceti. Jej dobytek, z wyjątkiem jednego dysku muzycznego, munduru, który miała dziś włożyć i hologramu Fiony, był zabezpieczony w małym przedziale bagażowym, razem z rzeczami reszty załogi. Włosy, tak jak pozostali, Lunzie obcięła na krótko. Zatęskniła za świeżym ciepłym wiatrem, jedzeniem przyrządzanym z naturalnych produktów i za Fiona. Nie mając na razie innych zajęć Lunzie spędzała czas na studiowaniu kart medycznych swoich przyszłych współpracowników i literatury fachowej na temat typowych urazów i dolegliwości trapiących górników asteroidalnych. Nie mogła doczekać się swoich nowych zadań. Wstrząsy odprzestrzenne bardzo ją interesowały. Agorafobia i klaustrofobia zdarzały się podczas stacjonarnych pobytów w przestrzeni najczęściej, na trzecim miejscu były stany paranoidalne. Co ciekawe, często występowały one u pacjenta jednocześnie. Była ciekawa, jakie są tego przyczyny, i chciała przeprowadzić badania w terenie, by potwierdzić bądź zanegować opinie swoich profesorów o możliwości leczenia tych dolegliwości. Starała się też wykorzystać obserwacje z kart, by ułatwić sobie zaznajamianie się z piętnastoma towarzyszami podróży. Górnicy byli zazwyczaj serdeczni i solidarni wobec siebie, ale z trudem akceptowali obcych. Nieszczęścia, które niósł ich zawód i problemy osobiste, powodowały, że tworzyli hermetyczny klan. Jednak Lunzie szybko przestała być dla nich kimś z zewnątrz, gdy tylko zauważyli jej głęboką troskę o ich samopoczucie i docenili umiejętność słuchania. Potem już wszyscy domagali się czasu dla siebie podczas posiłków lub w jej biurze, gdzie przesiadywali pomiędzy zmianami, aż poczuła się naprawdę potrzebna. Stopniowo zaczęli się przed nią otwierać i Lunzie wysłuchiwała, że ten ma złamane serce z powodu nieudanego romansu, a ta z kolei chce w przyszłości otworzyć satelitarny bar korzystając z zaoszczędzonych pieniędzy. Nawet o spodziewanym wykluciu się potomstwa dwojga ptakopodobnych Ryxi, którzy byli tymczasowo zatrudnieni jako specjaliści na platformie. A oni dowiadywali się o jej dzieciństwie, szkole medycznej i o córce. Siedziała w swoim biurze, trzymając w ręku hologram Fiony, i słuchała młodego górnika o imieniu Jilet. Z jego karty wynikało, że spędził dwanaście lat w kriogenicznej śpiączce, gdy asteroidy zniszczyły napęd w masowcu, na którym był zatrudniony wraz z czterema towarzyszami. Zostali wtedy zmuszeni do ewakuacji, Jilet w kapsule przy ładowni, pozostali obok siłowni. Tych czterech odnaleziono dość szybko, ale Jilet przebywał w prze- strzeni jeszcze dziesięć lat z powodu wadliwie działającego nadajnika ratunkowego w jego kapsule. Nic dziwnego, że był wściekły, wystraszony i rozżalony. Na Nellie Minę pracowało jeszcze trzech z podobnymi doświadczeniami, ale szychta Jileta była najdłuższa. Lunzie bardzo mu współczuła. - Zdaję sobie sprawę, pani doktor, że te lata minęły, gdy byłem w śpiączce, ale dobija mnie to, że ich nie pamiętam. Tyle straciłem; przyjaciół, rodzinę. Świat obracał się beze mnie i zupełnie nie wiem, jak znowu wskoczyć tam, skąd wypadłem. - Zwalisty, czarnowłosy górnik podniósł się z głębokiego fotela przeciwprzeciążeniowego, którego Lunzie używała jako kanapy do psychoanalizy. - Czuję, jakbym gdzieś zgubił część siebie. - Jilet, wiesz dobrze, że to nieprawda - powiedziała pochylając się ku niemu z powagą. - Mózg doskonale chroni swoją centralę pamięci. Wszystko, co wiesz, jest cały czas tam. - Puknęła swym smukłym palcem, z krótko obciętym paznokciem, w czoło. - Badania dowiodły, że hibernacja nie powoduje degradacji pamięci. Musisz polegać na tym, kim i jaki jesteś, a nie na tym, co podpowiada ci otoczenie. Wiem, ze jesteś zdezorientowany, oczywiście nie z własnego doświadczenia, ale miałam do czynienia ż wieloma pacjentami w podobnej sytuacji. Musisz przyjąć do wiadomości, że przeżyłeś wstrząs, i nauczyć się żyć od nowa. Jilet skrzywił się. - Gdy byłem młodszy, ja i moi kumple chcieliśmy żyć w przestrzeni, z dala od zgiełku

i tłumu. Ha! Niech ktoś spróbuje przyłapać mnie na takich planach teraz. Wszystko, o czym dziś marzę, to osiąść w jednej ze stałych kolonii i zarabiać na życie naprawianiem odrzutowców albo robotów przemysłowych. Nie mogę jednak tego zrobić bez swoich Dwojaczków, nie mówiąc już o premii, jeśli chcę założyć rodzinę - nową rodzinę - więc muszę dalej pracować jako górnik. To wszystko. Lunzie pokiwała głową. Dwojaczkami nazywano potocznie koszty adaptacyjne, które musiało się ponieść, by przystosować biosferę kolonii tlenowej funkcjonującej w środowisku nieatmosferycznym do przyjęcia nowych mieszkańców. Nie były to małe pieniądze. Należało powiększać kopuły zewnętrzne, prowadzić badania wytrzymałości wielu systemów podtrzymujących na obciążenie obecnością dodatkowych żywych istot. Oprócz powietrza istoty ludzkie potrzebowały wody, urządzeń sanitarnych, określonej powierzchni mieszkalnej, a także syntezy żywności i powierzchni uprawnej. Sama się nad tym zastanawiała, ale zbyt wąski margines bezpieczeństwa w takich koloniach nie zaspokajał jej potrzeb związanych z wychowywaniem dziecka. - A nie myślałeś nigdy o osiedleniu się w kolonii planetarnej? - spytała Lunzie. - Moja córka czuje się dobrze na Tau Ceti. Atmosfera jest tam zdrowa, można zamieszkać na farmie albo w centrom komunalnym, co kto woli. Chciałabym dorobić się na jakimś szczęśliwym trafieniu asteroidów, żeby móc wygodnie urządzić się tam z córką. - Kompanie wydobywcze często pozwalały działać na własną rękę mało groźnym konkurentom, o ile nie kolidowało to z ich podstawowymi interesami. Lunzie obliczyła, że jej roczny dochód odkładany przez trzy lata wystarczyłby na uczciwe opłacenie jakiegoś górnika. - Za przeproszeniem, doktor Mespil, w takich koloniach wszystko jest za bardzo poukładane. Wszyscy są tam jacyś... zadufani, o to słowo mi chodziło. Wszystko przychodzi im zbyt łatwo. Wolałbym raczej klepać biedę gdzieś, gdzie można jeszcze spotkać pionierskiego ducha, niż być bogatym na samej Ziemi. Gdybym ja miał córkę, chciałbym, żeby była ambitna... żeby była zahartowana i twarda, nie tak jak jej stary... niech mi pani wybaczy, pani doktor. - Jilet rzucił na nią niespokojne spojrzenie. Lunzie starała się nie myśleć, że to aluzja do jej odwagi. Podejrzewała, że problem tkwił w lęku Jileta przed nieosłoniętymi przestrzeniami planet. Agorafobia to podstępna dolegliwość; wolna przestrzeń za bardzo przypominałaby mu otchłań kosmosu. Potrzebował zapewnienia, że tak jak pamięć, zachował również odwagę. - Nic nie szkodzi. Proszę, mów mi Lunzie. Gdy słyszę “doktor Mespil", zawsze rozglądam się za swoim mężem, a ten kontrakt zerwałam już dawno. Oczywiście rozstaliśmy się w przyjaźni. Górnik roześmiał się z ulgą. Lunzie przyglądała się ekranowi wbudowanego w biurko komputera. Pojawiały się na nim dane z karty medycznej Jileta. Mężczyzna czuł potrzebę wypowiedzenia wszystkiego, co go gnębiło. Kapsuła awaryjna, w której był hibernowany, miała jeszcze jedną drobną usterkę; aż dwa dni, na pół przytomny od działania leków, musiał wpatrywać się przez zewnętrzny ekran w pustkę przestrzeni, zanim objął go proces kriogeniczny. Nic dziwnego, że zaowocowało to agorafobią. Było coś żałosnego w rezygnacji, którą okazywał ten wielki i mocny człowiek. Namacalnie czuło się strach, który go obezwładniał I odbierał siły. Zastanawiała się, czy nie należałoby dać mu podstawy szkolenia w Dyscyplinie, ale zaraz z tego zrezygnowała. Nie potrzebował wiedzy, jak kontrolować uderzenia adrenaliny. Musiał się nauczyć, jak do nich nie dopuścić. - Opowiedz mi, jak zaczynają się twoje lęki. - Z rana nie jest tak źle - zaczął Jilet - zbyt jestem zajęty pracą. Byłaś kiedyś na platformie wydobywczej? - Lunzie pokręciła głową. Ciemne oczy Jileta nabrały wesołego wyrazu. - To jest na co czekać, naprawdę! Mam nadzieję, że nie obrażasz się za żarciki.

Chłopaki lubią żartować. I nie przyzwyczajaj się zbytnio do swojego wielkiego biura. W przedziałach mieszkalnych jest ciasno, więc wszyscy muszą uczyć się wzajemnej tolerancji. No, może nie zostajemy kumplami tak od razu - dodał ze smutkiem. - Bardzo wielu nowych szybko ginie. Wystarczy jeden błąd i... albo zamarzasz, albo się dusisz, albo jeszcze coś gorszego. Wielu z nich zostawia rodziny. Lunzie pomyślała o Pionie i głośno przełknęła ślinę, a serce ścisnęło jej się w piersiach. Wiedziała, że zabezpieczenia jej skafandra były nienaruszone, ale obiecała sobie sprawdzić to jeszcze raz bardzo dokładnie zaraz po wyjściu Jileta. - Na czym konkretnie polegają twoje obowiązki? - Zmieniają się w razie potrzeby, tak jak wszystkich tutaj. Mam dobrą rękę do szczęśliwych trafień, więc staram się jak najczęściej brać dyżury poszukiwacza. Za dobre znalezisko płacą premię. - To może ciebie wynajmę, żebyś zarobił fortunę dla mojej córki - zaśmiała się Lunzie. - Będę zaszczycony takim zaufaniem, Lunzie, ale skąd wiesz, czy nagle się nie zmyję? Każdy asteroid zawiera jakąś rudę, w większych lub mniejszych ilościach. Ale nie można marnować czasu na wszystko, co wpadnie w oko. Czujniki w poszukiwaczu są współkierunkowe. Gdy tylko namierzysz coś ładnego, na wizji czy na skanerze nawigacyjnym, zaraz wyświetla ci, co dokładnie tam jest Poszukiwacze są małe, tylko jeden człowiek może się w nich zmieścić, więc należy być przygotowanym na samotność przez długie dni, a nawet miesiące. Nie jest łatwo. Trzeba być gotowym na nagłe, nieprzyjemne przebudzenia, bo zdarza się, że alarm sieci skaningowej wysiada i musisz uważać na kolizje. Jak już namierzysz jakiś łup, kładziesz na nim rękę w imieniu firmy, a komputer sprawdza, czy ktoś już nie zgłaszał praw własności. Jeśli to mały kryształowiec, można go holować za sobą do platformy, a to się opłaca, bo za nie zawsze płacą premię. Każdy próbuje przyznawać się do takiego znaleziska. Średnie można sprowadzić holownikiem. Do dużych przelatuje załoga i zajmują się nimi na miejscu. Nawet lubię latać na poszukiwaczach; zawsze obserwuję “korytarz” między polami w sieci, a i wnętrze jest dość wygodne. Zaczyna być gorzej, gdy muszę wyjść w próżnię, żeby naprawić którąś z turbin czy coś w tym rodzaju. — Jilet skończył ze zmarszczonymi brwiami, obejmując się ramionami. - Staraj się skupić na sprzęcie, nie wpatruj się w przestrzeń. Ona zawsze tam była, tylko przedtem nie zwracałeś na nią uwagi. Nie pozwól, żeby teraz stała się twoim koszmarem. - Lunzie starała się jak najszybciej uspokoić go, żeby mógł skoncentrować się na dobrych stronach swojej pracy. Nie można przecież próbować leczyć bez znajdowania pozytywnych bodźców. Batalia była w połowie wygrana, czy Jilet zdawał sobie z tego sprawę, czy też nie. Zdobył się na to, żeby powrócić wspomnieniami do swojego posterunku na Platformie Wydobywczej. Znowu dosiadł konia, który go zrzucił. - Czego najczęściej szukasz? - Tego, co można znaleźć. Zależy, co akurat jest w cenie. Biorą z tych skał wszystko: od diamentów po kobalt i żelazo. Jeśli sposób obróbki nie ma znaczenia, rozbijają je laserami i wytapiają w piecach, a jeśli ma, to odzyskiem zajmuje się nagrodzona załoga. Co tylko się da, jest robione w próżni, dla bezpieczeństwa, oszczędności tlenu i żeby uniknąć strat przy rozszerzaniu i kurczeniu się materiału z powodu zmian temperatury. Trudno jest transportować raz już stopioną rudę. Rozpada się na milion kawałków, jeśli zbyt szybko się ogrzeje. Widziałem, jak ginęli od tego moi kumple. Paskudnie to wygląda. Wolałbym nie umierać w łóżku, ale coś takiego też mi się nie uśmiecha. Z ponurym uśmiechem Lunzie odsunęła wizję składania w całość rozerwanego w ten sposób ciała górnika. Oto życie, ku któremu zmierzała z prędkością bliską światła. “Nie będziesz mogła ocalić każdego, niepoprawna idealistko. Pomóż tym, którym zdołasz." - Po czym rozpoznaje się kryształowe trafienie? Jak to wygląda?

- Myślisz, że zdradzę swoje sekrety? Nie jesteś aż tak dobrym mózgożercą, mimo że bardzo miłym. - Jilet przekornie podniósł brew. Lunzie posłała mu uprzejmy uśmiech. - Dam ci jedną wskazówkę. W środku są lżejsze od innych. Echo daje taki przekrój, jakby w środku było pusto. Czasami rzeczywiście jest pusto. Trafiłem kiedyś na taki, który rozproszył promienie na tysiąc kierunków. Kiedy chłopaki z załogi go pocięli, okazało się, że w środku było kłębowisko metalowych włókien. Dla łączności zupełnie bezwartościowe. Ale w końcu jakiś bogaty senator wyłożył sobie tym ściany w domu. - Jilet splunął na wspomnienie owego polityka. Powoli odchodzili od tematu. Z żalem, bo Jilet właśnie zaczynał się rozluźniać, Lunzie musiała powrócić do wywiadu. - Narzekałeś także na bezsenność. Opowiedz mi o tym. Jilet drgnął, odchylił się do tyłu i ścisnął czoło obiema rękami. - To nie to, że nie mogę zasnąć. Ja po prostu nie chcę. Boję się, że już się nie obudzę. - Sen, brat śmierci - zacytowała Lunzie - To Homer, a ostatnio Daniel. - Tak, właśnie. Chciałbym, żeby... żeby, gdyby to było możliwe bez ryzyka śmierci, zamrozili mnie na sto albo i więcej lat, żebym po powFlocie zastał wszystko zupełnie inne, a nie tak jak teraz, kiedy wszystko wydaje się niby podobne. - Jilet wybuchnął nagle tak gwałtownie, że samego go to zdziwiło. - Po dziesięciu zaledwie latach zupełnie wypadłem z kursu. Pamiętam rzeczy, o których moi przyjaciele już dawno zapomnieli i śmieją się ze mnie, a to przecież wszystko, czego mogę się chwycić. Oni przeżyli beze mnie całe dziesięć lat. Są teraz starsi, a ja jestem dla nich wybrykiem natury, bo stałem się młodszy. Prawie żałuję, że żyję. - No, śmierć jest zawsze gorsza niż to, co o niej mówią. Zacząłeś zawierać nowe znajomości w pracy, masz zawód gwarantujący wykorzystanie twoich talentów i możesz nauczyć się nowych rzeczy, które nie istniały, gdy zaczynałeś. Daj temu wszystkiemu szansę. Nie myśl o otchłani, gdy starasz się zasnąć. Przypomnij sobie raczej dzieciństwo, czasy, gdy czułeś się szczęśliwy. - Rozległ się dzwonek oznaczający, że wolny czas Jileta skończył się i że musi wracać do swoich obowiązków. Lunzie wstała czekając, aż Jilet się podniesie. Przerastał ją o dobre trzydzieści centymetrów. - Przyjdź na następnej przerwie. Będziemy mogli jeszcze porozmawiać - nalegała Lunzie. - Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o wydobywaniu kryształów. - Nie tylko ty. Połowa żółtodziobów, którzy przychodzą na platformę też - narzekał żartobliwie. - Pani doktor... to znaczy Lunzie, jak mogę zasnąć, gdy to wszystko mnie zżera? Ciągle jeszcze jesteśmy bardzo daleko, a emocje nie pozwalają mi zasnąć. - Wolałabym nie dawać ci leków, ale przepiszę je, jeśli spróbujesz najpierw moich sposobów. Na razie próbuj koncentrować się na tym, co cię otacza i jest na wyciągnięcie ręki. Gdy znajdziesz się w pobliżu iluminatorów, staraj się nie patrzeć przez nie, raczej na ścianę obok. - Lunzie uśmiechnęła się i uścisnęła rękę Jileta. - Już niedługo wpatrywanie się w ściany tak ci się da we znaki, że ani się spostrzeżesz, jak znowu będziesz podziwiał gwiazdy. Po wyjściu Jileta Lunzie nalała sobie dzbanek świeżej, gorącej kawy z syntezatora w korytarzu i wróciła do biura. Zajęła się wstukiwaniem do swojej prywatnej kartoteki nowych obserwacji na temat Jileta, póki jeszcze były świeże w jej pamięci. Wierzyła, że z czasem uda jej się całkowicie przywrócić go do zdrowia. Z całą pewnością zapewniono mu fachową opiekę po przebudzeniu ze śpiączki. Kimkolwiek byli ludzie, którzy mu pomagali, na pewno umieli przeprowadzić rehabilitację. Agorafobia Jileta została wywołana przez ryzyko związane z pracą. Lunzie z niepokojem zastanawiała się, ile jeszcze osób cierpiących na tę dolegliwość pracowało w przestrzeni, bezwiednie czekając na bodziec, który wywoła pierwsze objawy choroby. Inni członkowie załogi mogli być właśnie na skraju wytrzymałości. Czy ktoś jeszcze miał podobne symptomy? Lunzie natychmiast odrzuciła tę myśl. Z pewną dozą autoironii zauważyła, że próbuje

sobie napędzić strachu. “Niedługo będę musiała leczyć się z paranoi, jeśli nie wezmę się w garść." Ale uczucie niepokoju nie mijało. Nie po raz pierwszy żałowała, że nie ma z nią Fiony, przed którą mogłaby się wygadać. Zawsze, nawet gdy Fiona była dzieckiem, rozmawiała z nią o wszystkim. Teraz obracała w rękach hologram. Dziewczyna rosła i zmieniała się. Wzrostem dorównywała już prawie matce. “Kiedy wrócę, będzie już kobietą". Lunzie doszła do wniosku, że jej zły humor wynikał z braku porządnej pogawędki. W swojej oddalonej kabinie była zbyt samotna. Gdy tylko mijały godziny urzędowania, biegła korytarzem do sektora wypoczynkowego w nadziei, że ktoś może właśnie ma wolne. Nagle zauważyła, że zwykły szum silników zmienił się, jak gdyby przyspieszył. Jakby w normalnym pomruku pojawiła się nuta paniki. Dwa kolejne warknięcia jeszcze bardziej zwiększyły wibrację powodując, że Lunzie zaczęła szczękać zębami. Najwidoczniej próbowano uruchomić silniki na grzbiecie i w dolnej części kadłuba! - Uwaga, cały personel! - zagrzmiał głos kapitana Kosimo. - To jest alarm. Grozi nam niebezpieczeństwo kolizji z niezidentyfikowanymi obiektami. Bądźcie przygotowani na ewakuację. Bez paniki. Zajmijcie swoje stanowiska. Będziemy się starali z tego wyjść, ale może się nie udać. To nie są ćwiczenia. Lunzie szeroko otworzyła oczy i odwróciła się do ekranu zainstalowanego w biurku. Adapter komputera automatycznie przełączył go na wizję z zewnętrznych kamer i przekazywał teraz widok z mostka pilota: pół tuzina asteroidów o nieregularnym kształcie. Dwa z nich, które zdawały się dorównywać rozmiarami statkowi, zbliżały się z obu stron jak szczypce albo młot i kowadło, otoczone chmarą mniejszych oderwanych fragmentów. Było zdecydowanie za mało miejsca, by ogromny statek, lecący na tylko jednym z trzech silników, mógł wymanewrować i uniknąć wszystkich odłamków. Zazwyczaj dawało się przewidzieć trajektorie asteroidów. Plan lotu brał pod uwagę wszystkie kosmiczne niespodzianki. Podczas ostatniej kontroli droga była wolna. Napotkane asteroidy musiały widocznie zderzyć się ze sobą, zmieniając nagle kierunek prosto na kurs Nellie Minę. Wielki frachtowiec nie był wystarczająco zwrotny, by zejść z drogi wszystkim fragmentom. Zderzenie z nadlatującymi skałami zdawało się nieuniknione. Jeden z asteroidów przemknął przed zdalnie sterowanymi kamerami i zniknął, a Lunzie została wyrzucona ze swojego fotela, gdy odpalono wszystkie pociski przeciwgwiezdne, jakie znajdowały się na statku. Odgłosy gniecenia i miażdżenia wypełniły korytarz, podłoga zatrzęsła się. Kilka mniejszych odłamków musiało uderzyć w kadłub. Czerwone światła alarmowe na korytarzu zgasły. - Ewakuacja! - usłyszała krzyk kapitana. - Nie możemy odpalić silników. Ewakuacja, cały personel. - Gdy rozległ się dźwięk syreny, umysł Lunzie sięgnął po Dyscyplinę. Zmusiła się do zachowania spokoju, przypominając sobie jednocześnie, jak należy się zachowywać podczas czerwonego alarmu. W jej mózgu, jak na komputerowym ekranie, pojawiła się lista zaleceń. “Upewnij się, że niepełnosprawni i zbyt młodzi, by zadbać o siebie, są bezpieczni, wtedy zabezpiecz siebie, a przede wszystkim nie marnuj czasu!" Lunzie, zatrzymując się tylko, by sięgnąć po hologram Fiony i wetknąć go do kieszeni, wypadła na korytarz i pobiegła w kierunku kapsuł ratowniczych. Sektor załogi znajdował się o poziom wyżej, w zaokrąglonej części tuż za środkową linią dzielącą kulisty statek na pół. Gdy odbywał on rutynowy lot z ładunkiem, mógł pomieścić aż osiemdziesięciu członków załogi w dwudziestu małych kabinach sypialnych, po dziesięć z każdej strony pomieszczeń ogólnych. Za drzwiami ewakuacyjnymi, wzdłuż korytarza, znajdowały się rękawy prowadzące do zakotwiczonych kapsuł ratowniczych. Biuro Lunzie mieściło się po lewej stronie, na samym końcu sektora załogi. Statek zakołysał się. Kolejne uderzenie, tym razem musiał to być większy odłamek. Wentylatory i kompresory zaczęły ciężko dyszeć, by nadążyć z pompowaniem powietrza uciekającego przez wyrwę w kadłubie. Zgasły wszystkie światła w korytarzu, z wyjątkiem

ciekłokrystalicznego okręgu z czerwonych punktów wirującego wokół włazu do kapsuły, który uniósł się otwierając Lunzie drogę do wnętrza. Zatrzymała się na chwilę patrząc za siebie, czy nie biegnie ktoś jeszcze, chcąc wsiąść do tej samej kapsuły. Serce waliło jej ze strachu i niecierpliwości. Urządzenie dokonywało automatycznego zaniknięcia przesłony wejściowej i odpalenia po trzydziestu sekundach od wejścia do rękawa, więc zmusiła się do czekania. Powinna przecież mieć pewność, że w tym sektorze nie zostawi nikogo, jeśli odleci sama. Nastąpiło ogłuszające uderzenie, jakby grzmot przetoczył się po korytarzu. Wielki kawał skały przebił ściankę korytarza, odcinając Lunzie od reszty załogi. Schyliła głowę przed odłamkami i obiema rękami chwyciła występ w rękawie, bo próżnia zaczęła wysysać powietrze przez wyrwę w kadłubie. Zaciskając mocno zęby trzymała się metalowego zaczepu patrząc, jak meble, ubrania, filiżanki do kawy i kombinezony lecą w powietrzu w kierunku dziury. Powietrze ochłodziło się prawie do temperatury zamarzania i szron zaczął zbierać się szybko na jej pierścionkach i paskach od rękawów, na rzęsach i na policzkach, na wargach. Lunzie nie była pewna, jak długo wytrzyma, zanim sama zniknie w tej dziurze. To śmierć. Wiedziała o tym. I wtedy nastąpił cud. Usłyszała odgłosy łamania sprzętów i przez drzwi jej biura wyleciały stół i krzesło, odbiły się z hałasem od przeciwległej ściany i zatrzymały się na wyrwie. Huraganowy wiatr ustał natychmiast, zatamowany przez meble. Lunzie skorzystała z tej okazji, żeby się ratować. Rzuciła się głową we właz, przewracając się i turlając wylądowała pomiędzy fotelami przeciwprzeciążeniowymi. Poderwała się z podłogi i uderzeniem pięści włączyła przycisk zamykania drzwi, potem podczołgała się do urządzeń sterowniczych, nie dbając o zabezpieczenie się, zanim szalupa wystartuje w kosmos. Kapsuła oderwała się od boku Nellie Minę i Lunzie zaczęła się obijać we wnętrzu kabiny. Złapała zwisające z foteli paski na ręce, podciągnęła się dzięki nim na miejsce pilota i zapięła pasy; Na tle rozgwieżdżonej kurtyny nieba poobijany statek wydobywczy wyglądał jak jeszcze jeden asteroid. Część mieszkalna stanowiąca niewielki fragment rozciągający się na łuku sześćdziesięciu stopni w sektorze środkowym, rozkwitła mnóstwem maleńkich światełek. To reszta załogi ewakuowała się w taki sam sposób. Lunzie żałowała, że nikt inny nie leci z nią; dobrze byłoby mieć towarzystwo, zanim zostaną odnalezieni. Ale cóż. Przestrzeń jest nieubłagana! Gdy słychać alarm, trzeba się ratować albo zginąć. Mogła teraz zobaczyć, jak gigantyczny asteroid uderza w Nellie. Ogromny kawał sektora mieszkalnego, wyrwany i pogięty, odpływał po stycznej. Drugi asteroid, wielkości księżyca, miał szansę narobić znacznie większych szkód. Statek, sterowany przez automatycznego pilota, powoli obracał się w jego kierunku całą mocą silników pomocniczych, by najeżona skała nie uderzyła z przodu, lecz w bok. Patrzyła przerażona i zafascynowana, jak dwa potężne cielska spotkały się i miażdżyły nawzajem. Jej malutka szalupa oddalała się z coraz większą prędkością, ale eksplozja nastąpiła jeszcze szybciej. Przeciążony silnik wewnętrzny rozerwał osłony przy sektorze mieszkalnym, najpierw zasysając skorupy do środka, by za chwilę wypluć całą plątaninę na zewnątrz dryfującego złomu. Fragmenty rozgrzanej do czerwoności okładziny przeleciały dosłownie o krok od kapsuły. Planetoida tylko minimalnie zmieniła swój kurs. Lunzie odetchnęła głęboko. Wszystko stało się tak szybko. Od alarmu minęło zaledwie parę minut. Dyscyplina zdała egzamin, dzięki niej działała szybko i zdecydowanie. Przez swoich mistrzów była uważana za potencjalnego Kandydata, który wiele osiągnął własną pracą. Podstawowe szkolenie w Dyscyplinie było obowiązkowe dla służby medycznej i na stanowiskach dowodzenia we Flocie, ze szczególnym uwzględnieniem osób narażonych na ryzyko sytuacji podobnych do tej, która właśnie miała miejsce. Do tej pory Lunzie udało się osiągnąć poziom Adepta. Żałowała, że od przybycia na Tau Ceti nie mogła kontynuować nauki. Była wdzięczna za instrukcje, ale zdawała sobie sprawę, że od Platformy

Wydobywczej dzieliły ją jeszcze co najmniej dwa tygodnie. Dostroiła łączność i sięgnęła po hełmofon. - Mayday, Mayday. Tu prom Nellie Minę, numer rejestracyjny NM-EC-02. Powtarzam, Mayday. - Przez fale zakłóceń wydobywające się z odbiornika Lunzie usłyszała głos. Gdy zakłócenia ucichły, mogła słyszeć wyraźnie: - Słyszę cię EC-02. Tu kapitan Kosimo w EC-04. Czy to ty, Lunzie? - Tak, panie kapitanie. Czy wszyscy pozostali w porządku? - Tak, do diabła. Zameldowali się wszyscy oprócz ciebie. Myśleliśmy, że stało się z tobą coś złego, gdy Kontrola Zniszczeń wykazała wyłom w twojej części statku. Piekielne zderzenie. Wiedziałem, że kiedyś to się musi stać. Stara dobra Nellie. A u ciebie wszystko w porządku? - Tak, wszystko dobrze. - Nadawaliśmy sygnał, ale nie było nikogo w jego zasięgu. Przed wybuchem zdążyliśmy jeszcze zawiadomić Kartezjusza 6, żeby kogoś po nas wysłali. Nastaw sygnał lokacyjny na 34.8 i uruchom. Lunzie znalazła odpowiednią kontrolkę i przycisnęła. - Kosimo, jak długo potrwa, zanim do nas dotrą? - Nastąpiły kolejne trzaski, przez które przebił się głos kapitana, ale słabszy niż poprzednio. - ...jakieś zakłócenia od asteroidów i zanim dotrze sygnał, miną co najmniej dwa tygodnie. Sądzę, że trzeba będzie około czterech miesięcy, żeby nas znaleźli. Zarządzam hibernację, pani doktor. Jakieś sprzeciwy albo komentarze? - Nie, panie kapitanie. Zgadzam się całkowicie. Spędzenie sześciu miesięcy w takiej ciasnocie byłoby zbyt dużym szokiem, nawet zakładając, że syntezatory i przetworniki wytrzymają. - Z całą pewnością. Mam dwa komplety załogi, wliczając w to Ryxich, a oni ciągle skamlą o tych swoich przeklętych jajkach i klaustrofobii. Żałuję, że nie ma pani tu z nami. Nadzorowałaby pani hibernację. Nie mam nerwów do kompresorów hipodermicznych. - W głosie Kosima nie było słychać ani krzty zdenerwowania i Lunzie poczuła wdzięczność, że udało mu się zachować pogodny nastrój. - Nic trudnego - powiedziała - proszę tylko pamiętać: ostrym końcem w dół. Kapitan wybuchnął śmiechem i wyłączył się. W szafce z zaopatrzeniem medycznym znajdowało się kilka fiolek z lekarstwami: depresatory, środki pobudzające, a także płyn hibernacyjny i jego antidotum. Lunzie zdjęła z uchwytu wstrzykiwacz i załadowała do niego fiolkę z płynem. Miała teraz zaledwie parę chwil przed wystąpieniem pierwszych efektów działania środka kriogenicznego, więc zabrała się za przygotowania. Urządziła sobie legowisko z kilku ciepłych koców, a pozostałe zwinęła w wałek zamiast poduszki pod głowę. Przekazała komputerowi instrukcje i powierzyła mu swoje dane osobiste: alergie, na które cierpiała, imiona najbliższych krewnych, planetę, z której pochodziła - wszystko na użytek ratowników. Czuła, jak poziom adrenaliny pozostały po stanie Dyscypliny powoli opada. W chwilę potem zaczęła tracić siły, poczuła się wycieńczona i słaba. W jednej dłoni trzymała wstrzykiwacz, w drugiej ściskała hologram Fiony. - Obserwuj odczyt funkcji życiowych - poleciła komputerowi - i rozpocznij program hibernacyjny, gdy akcja serca osiągnie poziom zerowy. - Rozpocząłem - odezwał się metaliczny glos. - Zatwierdzam. Jej rozkaz był zbędny, ponieważ moduł został zaprogramowany na samodzielne dokonanie procesu hibernacyjnego, ale Lunzie musiała usłyszeć jeszcze jakiś głos. Bardzo teraz żałowała, że wtedy w korytarzu zniszczonego transportowca nie było nikogo. Mogliby ewakuować się w tej samej kapsule. Mimo że miała za sobą trening teoretyczny, pierwszy raz osobiście doświadczała procesu kriogenicznego. Wpatrywała się w świetlisty cylinder i uśmiechała się do wizerunku Fiony. “Będę ci miała do opowiedzenia wspaniałą przygodę,

gdy się zobaczymy, kochanie." Przycisnęła końcówkę wstrzykiwacza do uda. Usłyszała syk i natychmiast poczuła działanie leku. Tam, gdzie docierał, na skórze czuła gorąco, a kolejne partie mięśni wiotczały. Nie było to uczucie przyjemne, ale Lunzie wiedziała, że proces jest bezpieczny. - Zaczynaj - niewyraźnie podała komendę komputerowi. Szczęka i język zaczynały jej odmawiać posłuszeństwa. Czuła, jak jej puls słabnie, a reakcje stają się wolniejsze. Nawet płuca były zbyt ociężałe, by wdychać i wydychać powietrze. W ostatnich chwilach świadomości pomyślała jeszcze o Pionie i miała nadzieję, że nie będzie długo czekać, zanim prom ratunkowy odpowie na sygnał. Zgasły już wszystkie światła, z wyjątkiem zewnętrznych i lampki alarmowej. Wewnątrz zimne opary hibernacyjne wypełniały kabinę, wirując nad nieruchomą sylwetką Lunzie.

KSIĘGA DRUGA

ROZDZIAŁ DRUGI Gdy jego statek poszukiwawczy był zaledwie o dwa dni lotu od Platformy Wydobywczej Kartezjusz 6, Illin Romsey zaczął odbierać obiecujące oznaki radioaktywności. Przemierzał prawie nie zbadany obszar wzdłuż wektora wiodącego od Platformy, mając nadzieję na szczęśliwe trafienie. Wiedział, że przez siedemdziesiąt lat, od kiedy uruchomiono Platformę, gęsty strumień asteroidów otaczający cały kompleks miał wystarczająco dużo czasu, by się przetasować, odrzucając wyeksploatowane i skały i przyciągając nowe. Jednak żyłka odkrywcy kazała mu podążać drogą przez nikogo jeszcze nie zbadaną. Jego ojciec i dziadek pracowali dla Kartezjusza, on również nie miał nic przeciwko kontynuowaniu rodzinnej tradycji. Firma dobrze traktowała swoich pracowników, bywała nawet hojna. Już sam program ubezpieczeń i fundusz emerytalny czyniły z Kartezjusza wymarzonego pracodawcę, a system gratyfikacji dla efektywnych poszukiwaczy sprawiał, że Illin starał się dawać z siebie wszystko. Mógł być dumny, że pracuje dla Kartezjusza. Zaplanowany tor jego lotu przebiegał prawie równolegle z często używaną drogą do Platformy, która utrzymywała swoją pozycję dzięki dostrajaniu się do ogniskowej sygnałów sześciu stałych boi sygnalizacyjnych, wystrzelonych w tym celu w przestrzeń. Był to jedyny sposób, by nawet tak ogromny kompleks nie zagubił się w ciągle zmieniającej się mieszaninie skał i gazów. Przyjmowano powszechnie, że początek tego pasa asteroidów zainicjował naturalny kataklizm planety rozmiarów Uranu. Niektórzy jednak utrzymywali, że w tym systemie planeta nigdy nie powstała. Asteroidy krążyły wokół słońca bez żadnych planet. Nawet siedemdziesiąt lat sporów tego nie rozstrzygnęło i każdy obstawał przy swojej wersji. Illin trzymał się wytyczonego wektora pomiędzy Platformą a Boją Alfa. Była to jego linia życia. Znano przypadki, gdy statki ginęły dosłownie o kilometry od swoich celów z powodu zakłóceń, które pas asteroidów powodował w ich czujnikach. Illin czuł, że jego to nie spotka. Miał szczęście do znajdowania drogi powrotnej. W ciągu ośmiu lat poszukiwań nawet jednego dnia nie stracił próbując ją odnaleźć. Nigdy głośno nie mówił o swoim instynkcie, bo był przekonany, że byłby to jego koniec. Starsi górnicy także nie ciągnęli go za język; mieli swoje własne przesądy. Nowi nazywali to ślepym trafem albo sugerowali, że to Tamci mają na niego oko. Tak czy inaczej, nie stał się z tego powodu zadufany i nigdy nie zaniechał ostrożności. Trzeszczenie licznika radioaktywności wzmagało się i było coraz gwałtowniejsze. Illin mocniej zacisnął kciuki. Odkrycie rudy transuranicznej, przeoczonej dotąd przez zapracowaną Platformę i w dodatku tak blisko położonej, gwarantowało premię, a może nawet awans. Zapotrzebowanie na inne minerały rosło lub malało, ale materiały radioaktywne zawsze były poszukiwane i przynosiły Kartezjuszowi niezły dochód. Cóż za niesamowite szczęście! Odrobinę skorygował swój kierunek względem sygnału, wślizgując się zwinnie pomiędzy uczestników tego majestatycznego walca, i jak rozgrywający oczekiwał swojej wielkiej piłki. Był już dostatecznie blisko, by uchwycić w sieć skanerów interesujące go asteroidy. Nagle cała ta masa rozpadła się na dwie części, z których jedna łagodnie odżeglowała w bok, a druga, bryła o kształcie piramidy czterometrowej długości, pędziła w jego kierunku. Tak nie zachowywały się asteroidy! Po chwili ta pierwsza, mniejsza, także wróciła na wizję. To był pojazd Theków. Thekowie stanowili krzemową formę życia, najbliższą w całej galaktyce nieśmiertelnym. Ich rozmiary wahały się od jednego do dziesiątków metrów, a przybierali formę stożka jak ich pojazdy. Illin szeroko otworzył usta. Thekowie mówili wolno i niewiele, ale ich lapidarne wypowiedzi miały w sobie więcej treści niż setki stron ludzkiej retoryki. Niewiele o nich wiedziano, znano tylko ich niewytłumaczalną skłonność do pomagania

bardziej krótkowiecznym rasom w odkrywaniu i zasiedlaniu nowych systemów planetarnych. Byli przy każdym statku-matce wysyłanym przez Korpus Badawczo-Odkrywczy. Co jednak Thek robił tutaj? Illin odciął napęd i czekał, aż się zrównają. Nagle ogarnęło go rozżalenie. “O Krims!" pomyślał. “Całą tę drogę odbyłem tylko po to, by spotkać Theka? Inni będą mieli z tego niezłą zabawę." Popukał w licznik radów, machając nim we wszystkie strony. Intensywne trzeszczenie nie ustawało jednak, najwidoczniej gdzieś w pobliżu było źródło silnego sygnału. Czy Thekowie byli radioaktywni? Nigdy wcześniej o tym nie słyszał. Czyżby udało mu się dorzucić coś do ciekawych pogłosek o Thekach, krążących między górnikami? Na to wyglądało. Jednak, ku jego radości, sygnał pochodził najwyraźniej z asteroidy, którą namierzał. A więc trafiona! I to jaka! Była warta grubego pliku premiowych kredytów. W ciągu kilku minut Thek dotarł tuż obok. Stożkowaty twór na wizji był trudny do opisania i najbardziej przypominał bryłę szarego granitu. Z łagodnym stuknięciem dotknął swoim bokiem kadłuba poszukiwacza, przywierając do niego jak giętki magnes. Kabina napełniła się niskim, przeciągłym głosem, który bardzo powoli wznosił się i opadał. Thek mówił: - Zzzznn...aaaa...aajdzź pooo...oojaa...aa...aazzzd. - Pojazd? Jaki pojazd? - zapytał Illin, nie zastanawiając się, w jaki sposób głos Theka docierał do niego przez ściany. Zamiast odpowiedzi Thek ruszył do przodu, wlokąc za sobą jego statek. - Chwileczkę! - krzyknął Illin - Namierzam złoże rudy! Ja mam pracę. Czy mógłbyś mnie puścić? - Toooooo kooooonnniiieeeczszneee. - Konieczne? - Wzruszył ramionami czekając, czy nie nastąpią dodatkowe informacje. Nie należało dyskutować z Thekiem. Niezadowolony i zrezygnowany pozwolił holować się z niebywałą prędkością przez zbiorowiska malutkich asteroidów, które odbijały się od pojazdu Theka i osiadały na dziobie jego statku. Najbardziej zewnętrzna metalowa warstwa poszukiwacza pokryta była dodatkowo podwójną okładziną tytanową, przeplataną innym, miększym metalem, by zatrzymywać i amortyzować mniejsze meteory, a spowalniać i odbijać większe. Nie dawniej niż przed tygodniem Illin zrywał miękką warstwę, żeby wyrównać wgniecenia w części środkowej. Całą operację trzeba będzie powtórzyć, gdy już odnajdzie ten pojazd dla Theka - ciekawe, czy ktokolwiek mu w to wszystko uwierzy? Sam prawie nie dawał sobie wiary. Gwiazdy za nim zniknęły. Wkraczali w najgęstszą część pasa. Thek najwyraźniej wiedział, dokąd zmierza. Nie zwolnił, mimo że grzechot drobin o kadłub wzrastał. Illin przełączył się na ekran wizyjny i zasunął pokrywę ochronną na dziób. Ogromna skała, czerwona od tlenku żelaza, przetoczyła się za nimi i zgrabnie przekoziołkowała na lewo. Thek zmienił kierunek, wyglądając jak maleńki grot na tle ogromnej masy. Analizator Illina wskazywał, że większość z odpadów w tej okolicy miała dużą zawartość żelaza, często magnetycznego. Ciągle musiał się dostrajać, by wskazania czytnika były właściwe. Zataczali pętlę wokół pierścienia głazów mniej więcej jednakowej wielkości, krążących wokół planetoidy o prawie idealnych kształtach - nie licząc trzech ogromnych kraterów od uderzeń w okolicach linii równikowej. W jednym z kraterów spoczywał wciśnięty kształt, który Illin rozpoznał natychmiast. To była kapsuła ratunkowa. Gdy się zbliżyli, mógł odczytać oznaczenia na zakurzonym białym kadłubie: NM-EC-02. - No, chłopcze, jesteś bohaterem - powiedział do siebie. Takie kapsuły nigdy nie bywały puste. W środku powinien leżeć ktoś uśFiony. Brakowało na niej aparatów sygnalizacyjnych, zarówno świetlnego, jak i transmitera; musiały zostać utrącone przez ten

sam meteor, który zepchnął kapsułę do krateru. Numery rejestracyjne nic mu nie mówiły, nie miał nigdy do czynienia ze statkami tak dużymi, by mogły posiadać kapsuły ratunkowe. Thek odłączył się i odpłynął kilka metrów dalej. Nie miał widocznych oczu ani niczego, co by je przypominało, ale Illin odnosił wrażenie, że jest obserwowany. Ustawił swój poszukiwacz pod odpowiednim kątem i zarzucił z rufy sieć magnetyczną. Najwidoczniej trafił celnie, bo maleńki stateczek zadygotał, jakby się budził. Powoli i ostrożnie Illin uruchomił silniki grzbietowe i ustawił ster do góry, by wydobyć się z pierścienia wirujących olbrzymów. Thek podążał obok niego. Trzymali się razem, aż wydostali się z pola grawitacji i znaleźli swój poprzedni wektor. Gdy tylko droga znów była wolna, Illin nadał sygnał. - Tu poszukiwacz, mam na holu kapsułę NM-EC-02, jest nietknięta, sygnalizator zniszczony. Jestem tu z Thekiem. - Uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem. Taka informacja wzbudzi niezłą wrzawę. Nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy to na własne oczy. Platforma Wydobywcza Kartezjusz 6 bardzo się zmieniła od czasu, gdy pierwsze elementy jej konstrukcji zostały umieszczone w środku pola asteroidów. Pierwsi pracownicy musieli prowadzić barakowy styl życia, teraz przewidywano nawet małe pomieszczenia dla rodzin. W pobliżu centrum rekreacyjnego, w korytarzach przebiegających przez główny cylinder platformy, znajdowała się sieć sklepów z towarami, które kiedyś kupowało się niemal z plecaków wędrownych kupców. Z chwilą zakończenia budowy kopuły nad częścią mieszkalną Kartezjusz 6 mógł się właściwie ubiegać o status kolonii i rzeczywiście myślano o tym. Rzędy pociągów składających się z pięciu do ośmiu kontenerów z rudą, przyczeFionych do zdalnie sterowanych ciągników, przelatywały pomiędzy statkami zakotwiczonymi przy dokach. Niektóre z nich przewoziły surowy materiał skalny z pojazdów wydobywczych do statków obrabiarek, których piece żarzyły się obok Platformy. Inne transportowały przetworzone już minerały do gigantycznych trzysilnikowych masowców, przypominających kształtem wydrążoną kulę opasaną rzędami silników napędowych. Te powolne olbrzymy wykonywały większość przewozów między Platformą a metropolią. Mimo ich niezdarnego wyglądu i widocznej nieporęczności. Firma nie wymyśliła niczego lepszego, by je zastąpić. Statki należące do kupców z Federacji Inteligentnych i Wrażliwych Planet łatwo było odróżnić od tych należących do Firmy po starannie i czyściutko wymalowanych poszyciach. Przybywali tutaj, by wymieniać sprzęty domowe, żywność i tekstylia na niniejsze i większe pakunki z minerałami niedostępnymi na ich własnych planetach, mając nadzieję na cenę niższą niż u dystrybutora. Illin obserwował, jak jeden z tych statków opuszczał swoją przystań, ciągnąc za sobą cztery kontenery, i skręcał w kierunku sygnalizatora, który miał doprowadzić go do Alfa Centauri. Czekało go wiele miesięcy drogi, nawet przy prędkości KTL. Mały pojazd osobowy, sądząc po kolorach wiozący któregoś z dyrektorów Firmy, wystartował z komory powietrznej hangaru i skierował się w stronę dużego transportowca Kompanii Paraden, który cumował na odległej orbicie dokowej na lewo do Illina. Gdy poszukiwacz był już blisko Platformy, Illin nadał swój kod rozpoznawczy. Potwierdzenie zadźwięczało przenikliwie w jego słuchawkach. - Dzień dobry, Romsey. Czy na 0.5 to ten twój Thek? - Koordynatorka lotów Mavoma odezwała się radośnie z ekranu przełączonego na sieć łączności. Była to kobieta o grubych kościach, skórze ciemnej jak noc i czystych zielonych oczach. - Nie jest mój - odparł Illin z irytacją. - On tylko przyleciał tu za mną. - Wszyscy tak mówią, słonko. Słyszałam, że poderwałeś sobie geodę. - Zgadza się - przyznał Illin. 'Geodą' nazywano obiecujące kryształowe trafienie, do którego jednak nie udawało się dostać na miejscu. Niektóre z nich okazywały się wartościowe, inne były wielkim rozczarowaniem dla pełnych nadziei górników, którzy je

znaleźli. - Nie mam pojęcia, kto tam jest w środku. Thek nic nie mówił. Cały czas była zapieczętowana. - Nic nie mówił, ha, ha! Czy oni kiedykolwiek coś mówią? Wysyłam do ciebie załogę i lekarzy. Spotkacie się. na wewnętrznym pokładzie. Siadaj spokojnie. Podłoga była właśnie czyszczona. I pamiętaj, rozpieczętuj dopiero, gdy wyłączy się syrena w komorze powietrznej. - Czy chłopaki z Tri-du też tam będą? - zapytał Illin z nadzieją. - Niestety, nie jesteś najważniejszym wydarzeniem dnia, chłoptasiu. Poczekaj, to zobaczysz. Dostaniesz pełny obraz, jak wylądujesz. Teraz nie mam czasu na plotki. - Mavoma wyłączyła się z głośnym chrząknięciem. Jej obraz na monitorze zastąpiła częstotliwość sygnalizatorów lądowania przewidziana na ten dzień. Illin dostroił się do niej i sterował w kierunku otwierającej się bramy, przez którą sączyło się sztuczne światło dzienne. Thek po cichu żeglował za nim. Dookoła bzykały maleńkie komary: “Lnz. Lnz. Dtr Mspw." Nie zwracała na nie uwagi i nie otwierała oczu. Czuła ból na całej skórze, zwłaszcza na uszach i wargach. Ostrożnie wysunęła język i oblizała wargi. Były bardzo suche. Nagle poczuła na nich zimne i wilgotne dotknięcie. Wzdrygnęła się zaskoczona, coś zimnego przebiegło przez jej policzek do ucha. Komary znowu zajęczały, ale tym razem wolniej i wyraźniej. “Lunz. Lunzie. Doktor Mespil. Tak się pani nazywa, prawda?" Lunzie otworzyła oczy. Leżała na szpitalnym łóżku w białym pokoju bez okien. Przy niej stało trzech ludzi, dwóch w białych tunikach i jeden w kombinezonie górnika. A obok - Thek. Tak bardzo była ciekawa, co Thek mógłby robić na oddziale szpitalnym, że wpatrywała się w niego, na innych nie zwracając uwagi. Wysoki człowiek w lekarskiej tunice pochylił się nad nią. - Może pani mówić? Nazywam się doktor Stev Banus. Znajduje się pani na Platformie Kartezjusz 6, a ja jestem kierownikiem szpitala. Czy dobrze się pani czuje? Lunzie wzięła głęboki oddech i westchnęła z ulgą. - Tak, wszystko w porządku. Zesztywniałam i mam trociny w głowie, ale czuję się nieźle. - Nieeeenaaaaruuuuuszszszoonaaaa? - zapytał Thek. Wszyscy wysłuchali go z uwagą i szacunkiem, a potem spojrzeli na Lunzie. Żałowała, że nigdy wcześniej nie miała więcej do czynienia z Thekami i że dotąd z żadnym nie rozmawiała. Inni zdawali się wiedzieć, o co pytał. - Tak, jestem nienaruszona. - obwieściła. Bardzo chciała, żeby miał twarz albo cokolwiek, z czym można by się komunikować, ale niczego takiego nie posiadał. Wyglądał jak bryła kamienia budowlanego. Czekała na odpowiedź. Thek jednak nie powiedział nic więcej. Zobaczyli, jak charakterystyczna piramidka wytacza się przez drzwi na zewnątrz. - Co tu robił ten Thek? - spytała Lunzie. - Nie mam pojęcia - odpad zakłopotany Stev. - Nie wiem też, czego szukał tam, na polu asteroidowym. Niełatwo się z nimi porozumieć. Ten na pewno był przyjazny, ale to wszystko, co wiem. Właściwie dzięki niemu zostałaś odnaleziona. Wskazał miejsce młodemu Romseyowi. - Przykro mi, że nawet nie powiedziałam “dziękuję" - powiedziała Lunzie obojętnie. Podciągnęła się i usiadła. Człowiek w białej tunice rzucił się, by ją podtrzymać, gdy sadowiła się u wezgłowia, ale powstrzymała go gestem ręki. - Gdzie ja jestem? To Platforma Wydobywcza? - Tak. - Kobieta-lekarz uśmiechnęła się do niej. Jej skóra była idealnie gładka, w kolorze kawy z mlekiem. Grube czarne włosy splecione miała w warkocz opadający na plecy. - Nazywam się Satia Somileaux. Urodziłam się tutaj. Lunzie spojrzała na nią z zaciekawieniem.

- Naprawdę? Byłam pewna, że pomieszczenia mieszkalne mają dopiero piętnaście lat, a ty musisz mieć co najmniej dwadzieścia. - Dwadzieścia cztery - wyznała Satia z rozbawionym wyrazem twarzy. - Jak długo spałam? Lekarze spojrzeli na siebie namyślając się, co powiedzieć. Lunzie posłała im ostre spojrzenie. Młody, ciemnowłosy mężczyzna w kombinezonie przestępował z nogi na nogę i pochrząkiwał nerwowo. Banus rzucił mu kątem oka spojrzenie pełne zrozumienia i zarazem przebiegłe, i zwrócił się do niego. - Nie zapomniałem o tobie, Illinie Romsey. Należy ci się znaleźne za sprowadzenie kapsuły. - No. - Młodzieniec uśmiechnął się szeroko, mrużąc oczy. - To mi wynagrodzi moje trafienie. To będzie sprawiedliwe. Ale i tak bym ją przywiózł. Gdybym ja znalazł się za burtą, to miałbym nadzieję, że ktoś tak zrobi. - Nie każdy jest taki bezinteresowny jak ty, młody człowieku. Własny interes bywa ważniejszy niż twoje światłe poglądy. Komputer, zapisać wypłatę dla górnika Romseya za odnalezienie kapsuły ratowniczej...? - spojrzał pytająco na Lunzie. - NM-EC-02 - podpowiedziała. - ...i zweryfikować przez mój kod głosowy. Jeśli okaże się konieczne dodatkowe potwierdzenie, zwrócić się do mnie. - Potwierdzone - odezwał się matowy głos komputera. - Proszę bardzo, górniku - powiedział Stev - Nie ma klauzuli tajności, więc jeśli chcesz wetknąć kij w plotkarskie mrowisko... Illin Romsey uśmiechnął się. - Dzięki. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży, doktor Mespil. - Młodzieniec zgiął się w ukłonie i wyszedł. Stev podszedł do Lunzie. - Oczywiście znaleźne to nic w porównaniu z zaległymi pensjami, które należą się pani, doktor Mespil. Figurowała pani na liście płac Firmy, gdy zapadała pani w sen hibernacyjny, a Kartezjusz dotrzymuje swoich zobowiązań. Proszę później przyjść do mnie, to porozmawiamy o należnościach. - Jak długo spałam? - Lunzie była nieubłagana. - Szkoda, że nie widziała pani miejsca, w którym znalazł panią górnik. Pani kapsuła nie została sprowadzona razem z pozostałymi z, eech, Nellie Mine. Nawet tamte było trudno znaleźć. Zabrało to ponad trzy miesiące. - Czy wszyscy są cali? - zapytała szybko, zaniepokojona losem pozostałych czternastu członków załogi. Jilet tak się bał hibernacji. Żałowała, że nie zaleciła mu czegoś na uspokojenie. Doktor Banus odwrócił do siebie ekran komputera i dotknął palcem szklanej powierzchni. - O tak, cali i zdrowi. Po dobrze przeprowadzonym procesie kriogenicznym nie ma szkodliwych efektów ubocznych. Pani także powinna czuć się jak nowo narodzona. - Owszem, czuję się. Czy mogłabym skorzystać z Centrum baczności? Zakładam, że powiadomiliście moją córkę, Fionę, po wypadku na Nellie Minę. Chciałabym powiedzieć jej, że się odnalazłam. Przypuszczalnie zamartwiała się o mnie. Oczywiście, o ile jest niedługo jakiś FTL na Tau Celi? Muszę nadać dla niej wiadomość. - Myśli pani, że ona jeszcze tam jest? - spytała Satia zezując na Steva. Lunzie obserwowała ich. - Tam właśnie zostawiłam ją pod opieką przyjaciela, też lekarza. Miała dopiero czternaście lat... - Lunzie urwała. Wnosząc ze sposobu, w jaki z nią rozmawiano, musiało upłynąć kilka lat od znalezienia statku. Cóż, takie ryzyko niesie ze sobą podróżowanie w przestrzeni. Lunzie próbowała wyobrazić sobie, jak teraz może wyglądać Fiona. Jej

niedojrzałe rysy musiały pewnie ustąpić dorosłości. Miała nadzieję, że jej opiekun, miał dobry gust i wykierował Fionę na modną damę, chroniąc ją przed radykalizmem nastolatek. Nagle zauważyła zalegającą ciszę i rosnące zakłopotanie obecnych. Intuicja podpowiadała jej, że coś jest nie w porządku. Spojrzała na nich podejrzliwie. Skoro sama podróż między systemami gwiezdnymi z prędkością FTL mogła trwać dwa lub trzy lata, taka hibernacja nie powinna wzbudzać niepokoju u współczesnego psychologa. Więc może więcej? Pięć lat? Dziesięć? - Bardzo gładko udało się wam kilkakrotnie ominąć moje pytanie, ale tym razem na to nie pozwolę. Ile czasu spałam? Powiedzcie mi. Spojrzeli na siebie nerwowo. Wysoki lekarz odchrząknął i westchnął - Długo - powiedział normalnym tonem, ale Lunzie mogła poznać, że się do niego zmusza. - Lunzie, na pewno nie byłoby dla ciebie dobrze, gdybym próbował nadal cię oszukiwać. Powinienem był powiedzieć wszystko od razu, żebyś mogła oswoić się z tą myślą. Popełniłem błąd i przepraszam cię za to. Nigdy dotąd nie spotkałem się z czymś takim i obawiam się, że chyba zawiodła mnie moja intuicja. - Stev wziął głęboki oddech. - Pozostawałaś w hibernacji przez sześćdziesiąt dwa lata. Sześćdziesiąt dwa - Lunzie zakręciło się w głowie. Była przygotowana na wiadomość, że spała rok, dwa, trzy lata, nawet dwanaście, jak Jilet, ale sześćdziesiąt dwa! Wpatrywała się w ścianę, próbując przywołać z pamięci jakiś sen, cokolwiek, co pozwoliłoby jej objąć czas, który upłynął. I nic. W hibernacyjnym śnie nie było treści. Czuła się zbyt odrętwiała wewnętrznie, by walczyć z szokiem. “To niemożliwe. Czuję, jakby katastrofa zdarzyła się zaledwie parę minut temu. Tam zamknęłam oczy, a otwieram je tutaj. W mojej świadomości nie ma żadnej przerwy między wtedy a teraz." - Już wiesz, Lunzie, dlaczego tak trudno było mi wyjaśnić to wszystko - powiedział Stev łagodnie. - Z dwoma latami śpiączki jeszcze stosunkowo łatwo można sobie poradzić. Takie przerwy zdarzają się na Platformie najczęściej, gdy któryś z górników ma wypadek na polu i posyła po pomoc. Muszą trochę nadrabiać, ale nie mają problemów przystosowawczych. Technologię kriogeniczną stosuje się w praktyce dopiero niewiele ponad sto czterdzieści lat. Twoja... śpiączka jest najdłuższą, z jaką się spotkałem. Prawdę mówiąc nawet nie słyszałem o dłuższej. Zrobimy wszystko, by ci pomóc. Daj nam tylko znać. Umysł Lunzie ciągle nie mógł przełożyć sześćdziesięciu dwóch lat na rzeczywistość. - To znaczy, że moja córka... - Coś ścisnęło ją w gardle nie pozwalając wypowiedzieć myśli. Trzęsącymi się rękami sięgnęła po hologram Fiony stojący na wysuwanej półce przy łóżku. Mogłaby pogodzić się z myślą o Pionie siedemnasto- lub osiemnastoletniej zamiast dziewczynki, którą zostawiła, ale siedemdziesięciosześcioletnia stara kobieta, prawie dwukrotnie starsza od niej? - Proszę zrozumieć, ja mam dopiero trzydzieści cztery lata - powiedziała. Satia usiadła na skraju łóżka i położyła rękę na jej ramieniu w geście współczucia. - Wiem. - To znaczy, że moja córka... dorosła beze mnie - dokończyła Lunzie łamiącym się głosem. - Miała swoje życie zawodowe, chłopców, dzieci... - Trójwymiarowy wizerunek promieniał przed nią przywołując wspomnienie śmiechu Fiony, nieświadomego wdzięku długonogiej dziewczyny, która pewnie stała się wysoką, elegancką kobietą. - Myślę, że tak było - zgodziła się Satia. Lunzie ukryła twarz w dłoniach i zapłakała. Satia przygarnęła ją ramieniem i delikatnie gładziła po głowie. - Może powinniśmy dać ci coś na uspokojenie, żebyś mogła odpocząć - zaproponował Stev, gdy płacz przeszedł w szloch i w końcu zamarł. - Nie! - Lunzie spojrzała na niego zaczerwienionymi oczami. - Nie Chcę znowu spać. “Co ja wygaduję?" pomyślała, starając się nad sobą zapanować. “Jest dokładnie tak,

jak mówił Jilet; lęk przed snem. Strach, że już się nie obudzę." - Może ktoś mógłby oprowadzić mnie po Platformie, dopóki się nie pozbieram. - Uśmiechnęła się do nich z nadzieją. - Po prostu mam już dosyć odpoczynku. - Chętnie - zaoferowała się Satia. - Mam teraz wolne. Możemy spróbować dowiedzieć się czegoś o losach twojej córki. Centrum Łączności znajdowało niedaleko biur administracyjnych w Segmencie Pierwszym. Satia i Lunzie musiały przebyć całe kilometry osłoniętych kopułami korytarzy z Centrum Medycznego w Segmencie Drugim. Lunzie chłonęła widoki szeroko otwartymi oczami. Z tego, co mówiła Satia, ludność Platformy wzrosła już do ośmiuset dorosłych. Osiemdziesiąt pięć procent stanowili ludzie, włączając w to grawitantów, a resztę Weftowie i ptakopodobni Ryxi wraz z kilkoma innymi rasami, których Lunzie nie rozpoznawała. Grawitanci byli genetyczną odmianą ludzi stworzoną do zamieszkiwania planet nadających się do kolonizacji, ale o dużym ciążeniu, które uniemożliwiało osiedlanie się normalnych 'lekkich'. Najniżsi mężczyźni mierzyli ponad dwa metry. Rysy twarzy mieli grube i ciężkie, prawie neandertalskie, a ręce ogromne, nawet gdy były proporcjonalne i o zgrabnych palcach. Ich kobiety były krępe i muskularne. Normalne wyglądały przy nich jak lalki. Lunzie czuła się przy nich nieswojo; przypominali przerośnięte potwory z karnawału. Niepokoiło ją uczucie, że któryś mógłby się na nią przewrócić. Kształt brwi nadawał ich twarzom wyraz wiecznie rozzłoszczonych, nawet gdy się śmiali. Starała się trzymać od nich z daleka. Satia podtrzymywała przyjacielską pogawędkę, wskazując jej znajomych sobie ludzi i opowiadając o życiu na Platformie. - Jesteśmy małą wspólnotą - mówiła pogodnie - i trudno tu ukryć, że prowadzisz z kimś wojnę. Sfera prywatności jest więc jak najściślej przestrzegana na tego typu platformach. To często pomaga, ale i tak Kartezjusz przeprowadza bardzo szczegółowe badania osobowościowe, żeby odsiać ludzi, którzy nie potrafią współżyć ze sobą daleko w przestrzeni. W każdym okresie urlopowym organizowane są gry i imprezy wspólnotowe, mamy też sporą bibliotekę książkową i wideo. W zamkniętej społeczności najgorsze, co może się przytrafić, to nuda. Znam tu prawie każdego, bo zajmuję się organizacją imprez dla dzieci. - Lunzie niemrawo podążała za nią, mamrocząc z uśmiechem do znajomych Satii i zapominając ich twarze, gdy tylko znikały z widoku. - Lep! Domman Lepke! Zaczekaj! - Satia podbiegła, by pochwycić rosłego, opalonego mężczyznę w tunice z wysoką stójką, który właśnie znikał za rozsuwanymi automatycznie drzwiami. Rozejrzał się wokół, szukając wołającego, i ujrzawszy machającą Satię uśmiechnął się szeroko. - Lep, poznaj moją nową przyjaciółkę. To jest Lunzie Mespil. Właśnie wybudziliśmy ją ze śpiączki hibernacyjnej. Zaginęła na ponad sześćdziesiąt lat. - Jeszcze jeden martwiak - mruknął Lepke z dezaprobatą, ściskając jej rękę. - Jak się miewasz? Czy jesteś z tych, dla których 'wszystko się zmieniło', czy z tych, dla których 'wszystko jest takie samo'? Każdy z was należy do którejś z tych kategorii. No nic. Słuchaj, Satia, słyszałaś ostatnią wiadomość z sygnalizatora Delta? Grawitanci przejęli Phoenix. To na pewno piraci! Satia już otwierała usta, żeby skarcić Lepa za brak delikatności, ale zamarła, a jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. - Przecież ponad sześć lat temu zaczęto tam zakładać kolonię ludzką! - Oni nie twierdzą, że gdy przybyli, nie było tam istot inteligentnych, lecz że teraz nie ma na planecie żadnych lekkich. A powinni być. Nie ma śladu ani po nich, ani po ich osiedlach. I żadnej wskazówki, co mogło się z nimi stać. Zmyci z powierzchni, jeśli w ogóle udało im się tam wcześniej zamieszkać. FIWP podała listę osadników; takie zwykłe 'kto zna ostatnie miejsce pobytu' i tak dalej. - Lepke zdawał się zadowolony, że pierwszy przynosi

nowe wieści. - Stan posiadania i żywotność decydują o tym, czy coś można uznać za kolonię, czy nie, więc trudno będzie odrzucić ich roszczenia, bez udowodnienia, że ktoś tam zamieszkał przed nimi. Kto tu ma rację, wiedzą tylko Tamci. - O słodki Muhlah! Tam musiał być najazd piratów. Chodź, Lunzie, dowiemy się, co się dzieje. - Ciągnąc Lunzie za sobą szczuplutka pani doktor pobiegła do Centrum Łączności. Gdy tam dotarły, sala była już pełna. Wszyscy stali wokół pola Tri-du i rozmawiali wymachując rękami, czułkami i łapami. - Nie mają prawa zajmować tej planety. Przeznaczono ją dla lekkich ludzi. Oni nadają się do dużych grawitacji. Niech tam się osiedlają, a nam niech zostawią lekkie światy - argumentował z oburzeniem rudowłosy-mężczyzna. - To nie pierwsza planeta, która została wyczyszczona i porzucona - przypomniała młoda kobieta o prawie idealnie ludzkich cechach, które przybierali kształtozmienni Weftowie w towarzystwie ludzi. Lunzie rozejrzała się szybko za jej współziomkami. Zawsze poruszali się w trójkach. - Niedawno krążyła pogłoska o Epsilonie Indi. Zaatakowano naraz wszystkie jego satelity. Phoenix to po prostu kolejna afera wyciągnięta na światło dzienne. - A co stało się z kolonistami przydzielonymi na Phoenix? - zapytała kobieta o blond włosach. - Tego nikt nie wie - odparł operator manipulujący przy kontrolkach holopola. - Może nigdy się tam nie zainstalowali. Może Tamci ich zabrali. Słuchajcie. Tym, którzy tego nie widzieli, mogę puścić jeszcze raz. Staram się składać pliki od razu, jak tylko ściągnę je z sygnalizatora. - Tłum zawirował. Ci, którzy widzieli już wiadomości, odeszli, a nowi zaczęli się tłoczyć wokół pola. Lunzie stała ściśnięta pomiędzy potężnym mężczyzną w kombinezonie i jaszczurkowatym Seti w tunice zarządcy. Właśnie pokazywano komputerowy obraz dzielnic mieszkalnych nowej kolonii i jej kompleksu przemysłowego. Co stało się z poprzednimi kolonistami? Na pewno mają krewnych, którzy chcieliby wiedzieć. Ludzie nie wyrastają w próżni. Każdy jest czyimś synem lub córką. - Oficjalny raport FIWP był chłodny, ale między wierszami można wyczytać, że są bardzo zaniepokojeni. Coś zaczyna szwankować w ich systemie. Mają obowiązek ochraniać rodzące się kolonie - narzekała blondynka zwracając się do stojącego obok mężczyzny. - Tylko wtedy, gdy udowodnią swoją żywotność - poprawił ją Weft. - Zawsze musi minąć czas, nim kolonia nauczy się samodzielnie stać na nogach. - Kto gra, ten ryzykuje - powiedział Seti i zadowolony z siebie wetknął pazury w kieszenie tuniki. - A oni przegrali. - Słuchajcie, obywatele, jeśli grawitanci mogą sobie z tym poradzić, to niech biorą tę planetę. - Ta uwaga została wykrzyczana ku zdziwieniu samego mówcy, rumianego męż- czyzny w kombinezonie. - Dobrze, że FIWP nie ma takiego podejścia - odwarknął ktoś - bo inaczej pańskie dzieci nie miałyby gdzie żyć. - Jest wystarczająco dużo nowych światów dla nas wszystkich - upierał się człowiek w kombinezonie. - To ogromna galaktyka. - Spójrzcie na siebie - mruknął rudowłosy mężczyzna. - Zachowujecie się, jakby to były najświeższe wiadomości. Przecież to, co widzimy, zdarzyło się miesiące, a nawet lata temu. Musi być szybszy sposób dowiadywania się o reszcie cywilizacji. - Prędkość światła to wszystko, co mamy - uśmiechnął się krzywo operator - chyba że ma pan ochotę płacić za pocztę FTL. Albo namówić Flotę, żeby nam zainstalowali wzmacniacz do połączeń efteelowych na przekaźniku. Zresztą nawet wtedy nie byłoby dużo szybciej. Lunzie wpatrywała się w triumfującą twarz przywódcy kolonu z Phoenix. Miał szerokie oblicze z grubymi krzaczastymi brwiami ocieniającymi oczy. Mówił o

porozumieniach zawartych w sprawie handlu z Kompanią Paraden. To również obejmowały wymagania stawiane koloniom przez FIWP; należało wykazać się żywotną populacją i zdolnością do samodzielnego utrzymania się w galaktycznej wspólnocie, “...pomimo że ta planeta wydaje się uboga w najcenniejsze surowce mineralne, rudy uranu, można jednak liczyć na wydajne złoża innych pożytecznych rud. Rozpoczęliśmy produkcję..." - Grawitanci nie powinni sięgać po tę planetę, nawet jeśli pierwsi koloniści nie przetrwali - oświadczyła Satia. - Jest znacznie więcej planet z wysoką grawitacją niż tych, które mieszczą się w wąskiej skali parametrów znośnych dla normalnych ludzi. - Za moich czasów - zaczęła Lunzie, ale przerwała, gdy zdała sobie sprawę, że biorąc pod uwagę jej fizyczny wygląd, taki wstęp musiał zabrzmieć śmiesznie. - To znaczy, gdy opuszczałam Tau Ceti, grawitanci dopiero zaczynali kolonizację. Osiedlali się głównie na Diplo, z wyjątkiem tych, którzy służyli w korpusach FIWP. - Gdzieś to wszystko musi się łączyć - zadumał się rudowłosy. - Dopóki grawitanci nie zabrali się do kolonizacji, nie było żadnego piractwa. Wielka ręka chwyciła go za ramię i odwróciła. - To kłamstwo - zagrzmiał grawitant w tunice technika. - Planety znajdowano ograbione i opustoszałe na setki lat przedtem, zanim przyszliśmy my. Jeśli chcesz zrzucić na kogoś winę, to obwiniaj Tamtych. Nie nas. - Spoglądał z wysokości swoich dwóch metrów na mężczyznę, omiatając pogardliwym spojrzeniem także Lunzie i Satię. Lunzie odsunęła się od niego. Tłum zaczął się rozchodzić pozostawiając grawitanta na środku. Nikt z przygodnych komentatorów nie chciał osobiście dyskutować z nim sprawy Phoenix. Tamci. Tajemnicza siła galaktyki. Nikt nie wiedział, kim byli, jeśli rzeczywiście to oni, a nie naturalne kataklizmy, stanowili przyczynę zagłady planet Nagle Lunzie poczuła coś zimnego między łopatkami. Odwróciła się i ze zdziwieniem ujrzała, że po drugiej stronie korytarza czeka Thek, który ją uratował. Nie miał żadnego wyrazu i wyglądał bezosobowo, ale przyciągał ją do siebie. Odniosła wrażenie, że chce z nią rozmawiać. - Ooooooooddddwa-.aaagggaaaaaaaaa. ..Przrzrzeeeeeeetr-waaaaaaaaććććć — powiedział, gdy się zbliżyła. - Odwaga? Przetrwać? Co to znaczy? - Czekała na wyjaśnienia, ale piramida nie powiedziała nic więcej. Powoli odżeglowała w kierunku wyjścia. Lunzie chciała biec i prosić o wytłumaczenie tajemniczych słów. Thekowie byli jednak znani ze swojej małomówności, a zwłaszcza nie tracili słów na wyjaśnienia dla tak efemerycznych stworzeń jak ludzie. “Przypuszczam, że to miało być pocieszenie" zadecydowała Lunzie “w końcu to on uratował mi życie wskazując drogę do mojej kapsuły młodemu górnikowi. Ale dlaczego w takim razie nie uratował mnie wcześniej, skoro wiedział, gdzie jestem?" Lunzie rozsiadła się wygodnie w miękkim, głębokim fotelu przed ekranem komputera w pokoju, który jej przydzielono. Co jakiś czas spoglądała na zasłane świeżą, pachnącą pościelą łóżko, ale starała się do niego nie zbliżać, jak gdyby było jej największym wrogiem. Nie odczuwała senności, a poza tym gdzieś w tyle głowy czaił się męczący strach, że jeżeli ulegnie pokusie, nigdy już się nie , obudzi, Zdecydowała, że lepiej będzie odświeżyć umysł pożyteczną pracą. Uzyskała dostęp do przewodnika użytkownika i zaczęła przeglądać bibliotekę czasopism medycznych Kartezjusza. Zrobiła sobie bazę danych wszystkich artykułów o zagadnieniach, które ją interesowały. Gdy rozmyślała nad wyborem, poczuła się zagubiona. W dziedzinie, którą się zajmowała, wszystko wykroczyło już poza zakres jej wiedzy. Zgodnie z obietnicą Stev Banus przedyskutował z nią sprawę zaległych wypłat, które Kartezjusz był jej winien. Razem stanowiło to pokaźną sumę wynoszącą ponad milion kredytów. Stev zaproponował, żeby ją wzięła i podjęła naukę. Powiedział Lunzie, że "gdyby chciała wrócić na swoje miejsce na Kartezjuszu, to jest ono nadal wolne. Uważał, że nawet bez uaktualniającego treningu Lunzie byłaby w jego zespole pomocna. Z nowymi kursami

pod pachą mogła nawet liczyć na awans do stanowiska dyrektora któregoś z oddziałów będących pod zarządem Steva. - Nie możemy zwrócić ci lat, ale możemy postarać się i uczynić cię szczęśliwą teraz - powiedział. Przyjemnie się tego słuchało, ale Lunzie wahała się, co robić. Nie mogła się pogodzić z tym, że jej życie zostało tak brutalnie przerwane. Musiała w spokoju dojść do porozumienia z samą sobą przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Sugestie Steva dotyczące podjęcia na nowo nauki były bardzo sensowne, ale czuła, że zanim wykona jakiś ruch, powinna odnaleźć Fionę. Licząc, że oderwie ją to od licznych wątpliwości, powróciła do swojej abstrakcyjnej kartoteki medycznej.

ROZDZIAŁ TRZECI Dobrze spałaś? - zapytała Satia następnego ranka, zaglądając przez drzwi do kabiny Lunzie i machając ręką, by zwrócić na siebie jej uwagę. Lunzie odwróciła się od komputera i uśmiechnęła się. - Nie, w ogóle nie spałam. Przez pół nocy zamartwiałam się o Fionę, a przez drugie pół próbowałam zmusić syntezator, żeby nalał mi filiżankę kawy. Nie rozumiał moich poleceń. Gdzie mogę go naprawić? Satia roześmiała się. - Ach, kawa! Moja babcia opowiadała mi o kawie, gdy ostatnio wyjechałam z Platformy, żeby odwiedzić ją na Inigo. To rzadkość, prawda? Lunzie zmarszczyła brwi. - Nie. Przynajmniej tam, a raczej w tych czasach, z których pochodzę, jest równie powszechnie dostępna jak błoto. Czasami nawet smakuje podobnie... Czy chcesz przez to powiedzieć, że nie znacie kawy? - Czuła, że serce jej się ściska. Bardzo wiele zmieniło się w ciągu tych straconych lat, ale najbardziej bolało ją, gdy zmiany dotyczyły rzeczy drobnych, a zwłaszcza starych nawyków. - Zazwyczaj potrzebuję rano czegoś na rozruch. - Słyszałam o kawie. Teraz już nikt jej nie pije. Przeprowadzono badania, które w bardzo czarnym świetle pokazały wpływ ciężkich olejów i kofeiny na system nerwowy i trawienny. Teraz mamy pieprz. - Pieprz? - Lunzie skrzywiła się zdegustowana. - Jak pieprz kuchenny? - Nie, nie. Pobudzający. Zupełnie niegroźny stymulant. Piję to prawie co rano. Spodoba ci się. - Satia podeszła do syntezatora w ścianie i wróciła z pełnym kubkiem. - Masz, spróbuj. Lunzie sączyła płyn i czuła, jak po jej ciele przechodzą ciarki. Mogła zupełnie zapomnieć, że całą noc spędziła skurczona w jednej pozycji. Odetchnęła głęboko. - Bardzo skuteczny. - Mhm. Czasami tylko dzięki niemu wstaję rano z łóżka. I nie zostawia kwaskowatego smaczku, o którym wspominała moja babcia, gdy mówiła o kawie. - No dobrze, wypijmy za moją rychłą aklimatyzację. - Lunzie wzniosła kubek ku Satii. - A propos, przypomniało mi się, że urządzenia w łazience o mało nie doprowadziły mnie do szału. Już wiem, że jedno to pojemnik na śmieci, ale nie mam bladego pojęcia, do czego służą pozostałe. Satia znowu wybuchnęła śmiechem. - Powinnam wcześniej o tym pomyśleć. Chodź, będę twoim przewodnikiem po cywilizacji. Gdy Lunzie nauczyła się obsługiwać różne urządzenia, Satia przyniosła dwa kubki ziołowej herbaty. - Nie do końca rozumiem te nowomodne wynalazki, ale przynajmniej wiem już, do czego służą - powiedziała Lunzie z przekąsem. Satia powoli piła swoją herbatę. - To wszystko jest częścią przyszłości, stworzoną po to, żeby życie było wygodniejsze. Tak przynajmniej mówią reklamy. A co ty zamierzasz zrobić ze swoją przyszłością, droga przyjaciółko? - Mam do wyboru dwie możliwości. Mogę albo zacząć szukać Fiony, albo najpierw podszkolić się, żeby wrócić do praktyki, i dopiero potem zabrać się za poszukiwania. Komputer zrobił dla mnie przegląd odkryć, których właśnie dokonywano, gdy ja zapadałam w śpiączkę. Zauważyłem ogromny postęp. To, co wtedy było przełomem, dziś nadaje się na strych! Czuję się jak człowiek pierwotny rzucony w środek wielkiego miasta i nie mogący nawet poprosić o pomoc.