uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 772 224
  • Obserwuję775
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 040 405

Cliff Garnett - Wyspa śmierci

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :689.2 KB
Rozszerzenie:pdf

Cliff Garnett - Wyspa śmierci.pdf

uzavrano EBooki C Cliff Garnett
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 35 osób, 30 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 114 stron)

CLIFF GARNETT WYSPA MIERCI Tytuł oryginałuŚ TALON ŻORCźŚ ZULU PLUS TźN PrzekładŚ Maciej Pintara W

Zwykli ludzie sypiają spokojnie po nocach jedynie dzięki temu, że istnieją twardzi mężczyźni, gotowi użyć przemocy w ich imieniu. George Orwell Prolog 1 sierpnia, wit, odległa wyspa na Pacyfiku Źziewczynki były pod wpływem narkotyków żdyby nie to, mógłby spróbować je ura- towaćś do diabła z ryzykiem. Ale teraz nie mógł im pomóc. I bez jego raportu większo ć na pewno zginie. Obserwował ceremonię i ledwo powstrzymywał się, by jej nie przerwać. Bęben wybijał jednostajny rytm. Czterej samuraje nie li ołtarz na krawęd wulkanu, inni kłaniali się procesji. Z krateru buchał ar, gorące powietrze migotało i cuchnęło siarką. Mę czyzna sły- szał huk przybrze nych fal. Niebo na wschodzie ró owiało. Czarnowłosy, siwiejący kapłan szinto, zasuszony sta- rzec o ylastych rękach, przykrył ołtarz i starannie wygładził materiał. Szogun wystąpił naprzód i zapadła cisza. Miał ceremonialne nakrycie głowy i czerwoną szatę, która trzepotała na wietrze. Wydawał się ogromny. Wyglądał bardziej jak bóg ni czło- wiek. wiadek przełknął linę. Pomy lał, e je li zło zstąpiło na Ziemię, to wła nie tutaj. Stra nicy wyszli naprzód i zmusili dziewczynki, aby stanęły na nogach. Mimo narkoty- ków, ich oczy były rozszerzone z przera enia. Rozwiązano je, rozebrano do naga i pokazano mę czyznom, jedną po drugiej. Tłum zaszemrał niecierpliwie. Szogun wskazał wybraną dziewczynkę. Poło ono ją na ołtarzu. Tłum zamilkł. W ciszy pomrukiwał tylko wulkan Suribachi-yama. Szogun uniósł szatę i usiadł na dziewczynce. Szarpała się rozpaczliwie, ale stra nicy trzymali ją mocno. wiadek zamknął oczy Nie był na to przygotowany. Ile to dziecko ma lat? Trzyna cie? Czterna cie? Bez wątpienia dziewica. Pomy lał o swojej córce i zacisnął zęby. Miał ochotę zabić szoguna. Złapać go za gardło i przydusić, a trza nie tchawica. Zamiast tego, dotknął magnetofonu ukrytego na piersi. Przewody biegły do minikamery w kołnierzu. Tym razem nikt nie nazwie go kłamcą. Teraz będą musieli mu uwierzyć. Skończę z tym. Było po wszystkim. Źziewczynka stoczyła się z ołtarza, spomiędzy jej nóg płynęła krew. Powlokła się jak pijana do innych. Szogun poprawił szatę, usiadł i skinął na pierwszy rząd mę czyzn. wiadek został dzi wybrany do pierwszego rzędu. Był to wielki zaszczyt, ale sprytnie zamienił się z kim innym. Wszystko filmował. Mę czy ni rzucili się na dziewczyn- ki. żwałcili je wielokrotnie. Źzieci krzyczały, błagały o lito ć. Szogun siedział w fotelu z zadowoloną miną. Źzisiejsza ofiara dla boga wulkanu zapewni mu następne dziesięć lat władzy. Mę czy ni zaspokoili ądzę, ale Suribachi-yama nie. wiadek patrzył, jak mę czy ni unoszą dziewczynki w ramionach, a potem wrzucają je w płonącą otchłań. Ich krzyki zagłu- szyły radosne okrzykiŚ „Banzai! Źziesięć tysięcy lat!” Nadszedł czas powrotu. Jutro wiadek pójdzie do władz japońskich i zbrodniarze wylądują za kratkami. Ale najpierw wpadnie do domu i ucałuje onę i dzieci. Nigdy im nie opowie, co widział. To wspomnienie ju teraz cią yło mu na sercu niczym głaz.

Rozmontowano ołtarz, samuraje uformowali szereg i ruszyli w długą drogę do czarnej pla y na dole. Musieli omijać wyloty pary, które cuchnęły jak oddech samego diabła. Zanim wzejdzie słońce, po ceremonii nie zostanie aden lad. W odległo ci pół kilometra majaczył okręt przycumowany w zatoczce. wiadek miał sucho w ustach i zimne palce. Źlaczego tak się denerwuje? Zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki. Musi się uspokoić. Wszystko idzie według planu. Szereg nagle przystanął. Nikt się nie odezwał. Mę czy ni patrzyli przed siebie i czekali na instrukcje. wiadek przełknął linę. Co się dzieje? Przesunął się nieco i spojrzał na czoło kolumny. Zamarło mu serce. Ka dego rewidują, zanim wsiądzie do łodzi! Czego szukają? Kto dał im cynk? Jest spalony? A mo e to tylko rutynowa kontrola? Tak czy inaczej, katastrofa. Znajdą u niego sprzęt elektroniczny. Wymacają go pod tuniką. Waliło mu serce. Bez rewizji nie dostanie się na statek. Je li spróbuje jej uniknąć, wzbudzi podejrzenia. Musi gdzie ukryć sprzęt. Potem tu wróci. Suribachi-yama nie będzie potrzebował ofiary przez następny miesiąc. Źu o czasu na odzyskanie dowodów. Ju wie- dział, jak to rozegrać. Schylił się, złapał za brzuch i jęknął. Kolumna odsunęła się na bok. Nikt nie zapropono- wał mu pomocy, kiedy udał, e zaraz gwałtownie zwymiotuje. Powlókł się za po ółkły, liszajowaty występ skalny. Plan był prostyŚ zniknąć na chwilę z widoku, pozbyć się elektroniki i wrócić do szeregu. Nudno ci to dobry pretekst. Nikt nie zadaje pytań. Nawet samuraj mo e mieć słaby ołądek. To był dobry plan. I prawie się udało. Kiedy podciągnął tunikę, zza głazu wyszedł stary kapłan. Szukał ustronnego miejsca, eby się załatwić. Na widok kabli i pudełek przyklejonych plastrami do piersi zdrajcy poczer- wieniał i zaczął co gniewnie mamrotać. wiadek rzucił sprzęt i pobiegł niezgrabnie w dół wzgórza. Był w sandałach i lizgał się na skale wulkanicznej. Słyszał za sobą w ciekłe okrzyki i tupot. Źobiegł do zawietrznej strony wyspy. Co dalej? Nawet je li dotrze do morza, jak stąd odpłynie? Nie ma tu adnych statków ani ludzi. Zbocze było coraz bardziej strome. Słyszał, jak cigający potykają się o kamienie. Zbli ali się. Nagle wstąpiła w niego nadzieja. Między skałami stała łód . Niewiele większa od pontonu ratunkowego, ale na oko solidna. Jest szansa. Zepchnąć ją na wodę i jazda. Niedługo wzejdzie słońce. Szogun nie zaryzykuje po cigu, kto mógłby go zobaczyć. A jego ludziom wystarczy znaleziony sprzęt. Nikt nie będzie się nara ał dla jednego głupiego samuraja. wiadek skoczył, potknął się i popędził dalej. Jeszcze pięćdziesiąt metrów. W dole roz- pryskiwały się fale. Czuł smak wody morskiej. Czterdzie ci metrów. Źesperacja dodawała mu sił. żłosy z tyłu cichły. Znów skoczył. Lewa noga wpadła w jedną ze szczelin, którymi wylatywała para. Wrzasnął z bólu. Skręcił ją albo złamał. W ciągu kilku sekund był otoczony. Wyciągnęli go z jamy i zawlekli na pla ę. Posłali po szoguna. Wydawało się, e minęły wieki, zanim wrócił z łodzi. wiadka ogarnęła rozpacz. Misja się nie powiodła. Pomy lał z rozpaczą o onie i dzieciach. Nigdy się nie dowie- dzą, co się z nim stało. Ani tego, jak bardzo pragnął ich znowu zobaczyć. Przez jego błąd będą cierpieli całe ycie. Szogun obejrzał magnetofon, mikrofon i kamerę. Skinął głową. Był zabobonny, ale wykształcony. Wiedział, o co chodzi. Na jego rozkaz wystąpił jeden z najwy szych samura- jów. Wyciągnął miecz z pochwy. Inni przytrzymali wię nia za ręce i pochylili do przodu. Widział stopy kata. Patrzył, jak przyjmuje postawę. Poznał, e unosi miecz... Nic nie czuł, kiedy odpadała mu głowa.

Rozdział pierwszy 15 sierpnia, godzina 16.00, gabinet sekretarza stanu, Waszyngton Sekretarz stanu Warden Knox Hill nie cierpiał wzywać ambasadorów do domu. To wywoływało zamieszanie w krajach, w których urzędowali. Źyplomaci nie lubili tego. Czekał teraz na ambasadora z Japonii i zastanawiał się, co mu powiedzieć. Spotkanie nie było jego pomysłem, to prezydent się uparł. Jako ambitny człowiek nie zawiódł szefa swojej partii. Źrzwi otworzyły się i do gabinetu wszedł James Palmer. Przekroczył sze ćdziesiątkę, siwiał i wyglądał tak, jak powinien wyglądać profesor. Był ambasadorem w Japonii od blisko dziesięciu lat i nawet o enił się z Japonką. Miał opinię wybitnego eksperta od stosunków azjatycko - amerykańskich. Jednak to nie on decydował, co powinni wiedzieć jego szefowie, a czego nie. Je li chciał utrzymać stanowisko, musiał się dostosować. Palmer postawił teczkę na podłodze. - Mam nadzieję, e to co pilnego, Ward - warknął. - Źwadzie cia sze ć godzin w samolocie. Chryste! Źzięki Bogu, moja ona była wolna. Mo e potraktujemy ten przyjazd jako wakacje. Hill skinął głową. - Wiem, e miałe długą podró i e wezwałem cię nagle, Jim. Siadaj. Palmer usiadł. Sekretarka Hilla podała mu fili ankę herbaty. Po efektownym wej ciu ambasador przestał się spieszyć. Hill zmru ył oczy i słuchał jego gadaniny. Uwa ał, e Palmer to zajęty sobą palant, jak większo ć członków korpusu dyplomatycznego. W Źeparta- mencie Stanu roiło się od takich typów. Ich dyplomacja polegała na tym, eby zanudzić rozmówcę na mierć. - Przejdę od razu do rzeczy - powiedział w końcu Hill. - Prezydent nie jest zadowolony z wyników ostatnich wyborów. Palmer parsknął. - Japonia to suwerenne państwo, Ward. Nie mo emy im dyktować, kogo mają wybierać do swojego parlamentu. Kto wam się nie podoba? - Tanaka. - Iguchi Tanaka? Dlaczego? - Bo to ultranacjonalista, do cholery! Hill chwycił raport CIA, który dostał siedemdziesiąt dwie godziny temu. Pomachał nim Palmerowi przed nosem. - Wiesz, co on proponuje? Remilitaryzację Japonii i usunięcie wszystkich naszych oddziałów z Pacyfiku do roku 2010. Nie tylko z Okinawy. Z całego Pacyfiku. Hill otworzył raport i przerzucił kartki. - Zamknięcie rynku japońskiego dla towarów amerykańskich i odbudowę imperium. Nic dziwnego, e nie mo emy z nimi wynegocjować korzystnej umowy handlowej! Hill rzucił akta przez biurko. Spadły na podłogę. - Źlaczego musimy dostawać takie informacje od wywiadu, Jim? Ty jeste naszymi oczami i uszami w Japonii. Co z tobą? Palmer zacisnął usta. - Nie meldowałem wam nic o Tanace, bo szczerze mówiąc, nie uwa am go za gro ne- go. - Nie uwa asz go za gro nego - powtórzył jak echo Hill. - Nie. Być członkiem izby ni szej ich parlamentu to jak być w naszej Izbie Reprezen-

tantów. Ten facet to tylko jeden głos z wielu. To nie jego wina, e zasypują nas swoimi towarami. Hill zastanowił się. To samo mówił wczoraj prezydentowi. Ale potrzebował czego więcej, eby zadowolić szefa. Prezydent zachowywał się, jakby stał w obliczu wojny na Pacyfiku. - Biorąc pod uwagę sytuację ekonomiczną Japonii w ostatnich latach -ciągnął Palmer - oraz ich ksenofobię, nie mo na się dziwić, e kto taki jak Tanaka zdobywa popularno ć. Mieszkałe tam. Znasz Japończyków. Hill przytaknął. Przez rok był attache w Japonii i przekonał się, e Japończycy nie ufają obcokrajowcom. Palmer znów zacisnął usta. - Będę szczery, Ward. Je li naprawdę zale y wam na dobrych stosunkach z Japonią, powinni cie co zrobić z tą sprawą na żuam. Hill zmarszczył czoło. Trzymał rękę na pulsie spraw w wielu zapalnych punktach całe- go wiata. Czy jednym z nich była sprawa na żuam? - Mo esz od wie yć mi pamięć? Palmer zacisnął szczęki. - Porywają tam japońskie dziewczynki, córki znanych biznesmenów. Jak dotąd, odnale- ziono tylko jedną. Była martwa. Morze wyrzuciło ciało na brzeg. Nie ma adnych przypu- szczeń, skąd się tam wzięła. - Teraz sobie przypominam. Chyba ustalili my, e zajmą się tym władze żuam? - Nic nie zdziałali. żubernator kazał przeczesać całą wyspę. Bez skutku. Od tamtej pory umywa ręce. żuam yje głównie z turystów, w większo ci japońskich. Podejrzewam, e gdy- by informacje o sprawie się rozeszły, miejscowi straciliby kupę forsy. Hill postukał ołówkiem w biurko. - Nie mo na mieć pretensji do gubernatora. Mo e zniknięcia tych nastolatek to tylko ucieczki z domów? - Nie. Źzieje się z nimi co złego. - Skąd wiesz? - To głównie plotki, ale... Hill zrobił drwiącą minę. Ambasador uniósł ręce. - Wiem, wiem. Na początku te byłem sceptyczny. Ale ostatnio zmieniłem zdanie. Źwa tygodnie temu do władz japońskich zgłosił się człowiek z informacjami o porwaniach. - Z jakimi informacjami? - Nie jestem pewien. Japończycy nabrali wody w usta. Podejrzewam, e ich wywiad co sknocił i wolą siedzieć cicho. Za ądali od faceta dowodów zanim kogo oskar ą. - I...? - Okablowali go i kazali nagrać wszystko, co zobaczy i usłyszy. Potem zniknął bez ladu. Hill wzruszył ramionami. - Nawiedzony. - Wątpię. Był szanowanym urzędnikiem. onaty, dwoje dzieci. Miał za du o do strace- nia, eby się wygłupiać. - My lisz, e kto go załatwił? - Na pewno. Hill zastanowił się. - Wspomniałe o jakich plotkach - przypomniał. - Tak. Dziwna sprawa. Tortury, ofiary rytualne... - Co jeszcze? - Nie wiadomo. Ale je li wywiad japoński niczego nie ustalił, nam te się nie uda.

Hill skubnął czubek nosa. - Mamy jeszcze marynarkę wojenną. Palmer pokręcił głową. - Ju próbowali my. Źowódca floty na Marianach powiedział, e aden z jego ludzi nie będzie się bawił w niańkę. To jego słowa, nie moje. Hill znów wzruszył ramionami. - Nie wiem, co ci powiedzieć, Jim. Je li władze żuam i wojskowi nie chcą pomóc, to co mo e Źepartament Stanu? Palmer pochylił się do przodu. - Mógłby zasugerować prezydentowi, e odnalezienie tych dziewczynek byłoby wa - nym gestem dobrej woli wobec rządu japońskiego. Zwłaszcza teraz, kiedy Tanaka i jego ludzie zdobyli w wyborach takie poparcie. - Mówiłe , e nie jest gro ny. - Jeszcze nie. Ale ma teraz dostęp do premiera, a w gabinecie będzie kilka zmian. Hill opadł na oparcie fotela. Poczuł się wymanewrowany. Wezwał Palmera, bo uwa ał, e Tanaka jest gro ny. Je li zlekcewa y radę ambasadora, a Tanaka zdobędzie wpływy, jego sprawy będą kiepsko wyglądały. Ale Warden Hill nie wierzył w potęgę Tanaki tak samo, jak James Palmer. Nie da się w nic wrobić. - Nie - odparł. - Prezydenta niepokoi Iguchi Tanaka, nie obecny rząd. Kiedy podpisze- my umowę handlową, Tanaka przestanie być wa ny. Niech Japończycy sami rozwią ą pro- blem na żuam. My mamy do ć własnych. Ambasador sztywno skinął głową. Wstał i u cisnął dłoń Hilla. - W porządku. Ale zawiadom mnie, gdyby zmienił zdanie. Zadzwonię do mojego biu- ra, eby jak najszybciej skompletowali i przysłali ci akta Tanaki. - Dobra. Będę czekał. Palmer odwrócił się do wyj cia. - Jim? - Tak? - Tylko bez dalszych niespodzianek, dobra? Prezydenta wkurzył ten raport. Opieprzył mnie. Je li następnym razem na horyzoncie pojawi się co takiego, daj mi wcze niej znać. To bardzo ułatwi ycie nam obu. I nie będziesz musiał na gwałt przylatywać do Waszyngtonu. Kiedy drzwi się zamknęły, Warden Hill wyjął z górnej szuflady biurka mały magneto- fon i zaczął dyktować swoje uwagi ze spotkania. Zawsze tak robił, na wszelki wypadek. żdy- by kto kwestionował potem jego działania, chciał być kryty. Odezwał się interkom. - Tak? - Przepraszam, e przeszkadzam, panie sekretarzu. Pani ambasadorowa chce zamienić z panem słówko. Mówi, e zajmie panu tylko minutkę. Sekretarz westchnął. Pewnie zaprosi go z oną na kolację do Palmerów. Wziął głęboki oddech. - Dobrze, niech wejdzie. Źrzwi otworzyły się, gdy chował magnetofon do szuflady. Podniósł wzrok i serce sko- czyło mu do gardła. To była Miki. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, podeszła i ukłoniła się nisko. Była tak samo szczupła i giętka, jak przy ich ostatnim spotkaniuś Wstał i odkłonił się automatycznie. - Panie sekretarzu Hill - powiedziała swoim lekko afektowanym głosem i dodała ciszejŚ - Warden-san. Hill zaniemówił. Na moment przeniósł się o piętna cie lat wstecz, do małego mieszkan- ka w Jokohamie z zapierającym dech widokiem na górę Żud i i piękną dziewczyną, która składała do kupy jego złamane serce.

- Co słychać? - zapytał w końcu. Schyliła głowę. - Wszystko w porządku. Hill czuł się jak uczeń. Plątał mu się język. - Źobrze wyglądasz. To znaczy, wyglądasz wspaniale. Miki zaczerwieniła się. - Jeste zbyt uprzejmy. Wskazał jej fotel. - Ale nie, mówię szczerze. Usiąd proszę. Miki okrą yła fotel, usiadła i poło yła ręce na kolanach. Hill nie mógł oderwać od niej wzroku. Źługie, czarne włosy, które co rano rozczesywa- ła przed lustrem, miały kilka srebrnych pasemek. Jej twarz tak e zdradzała oznaki upływu czasu. Wydawała mu się jednak, o ile to w ogóle mo liwe, jeszcze piękniejsza, ni pamiętał. Usiadł za biurkiem. - Tęskniłem za tobą. - Ja za tobą te , Warden-san. - Nawet nie napisałem. - Nie oczekiwałam tego. Hill przełknął linę. Nagle zrobiło mu się wstyd, e tak potraktował Miki. Porzucił ją po roku wspólnego ycia dla... czego? Źu ego biura nad Potomakiem i domu w żeorgetown? Kiepska zamiana. - Jak twoja ona? - W porządku. Widzę, e wyszła za naszego ambasadora. Miki u miechnęła się smutno. - Tak. Poznałam Jamesa wkrótce po mierci jego pierwszej ony. Pobrali my się prawie siedem lat temu. - Jeste szczę liwa? Zawahała się, jakby szukała słów. - James jest... bardzo dobry. Hill usiadł głębiej. Próbował wziąć się w gar ć. Nie czas na wspominkiś przyszła zapro- sić go na kolację albo na przyjęcie. Trzeba to załatwić i niech idzie. - Posłuchaj, Miki. Je li przyszła w sprawie przyjęcia... - Nie. - W ka dym razie, Jane i ja nie będziemy mogli skorzystać z zaproszenia. Miki popatrzyła na swoje ręce. - Nie przyszłam zaprosić was na kolację. Chcę cię poprosić o przysługę. Hilla zatkało. - Jaką? - Chciałabym, eby pomógł w odnalezieniu dziewczynek porwanych na żuam. - Posłuchaj. Ju mówiłem Jimowi... - W zeszłym tygodniu zaginęły jeszcze dwie, Warden-san. Jedna z nich to moja bratani- ca, Aiyako. - O, Bo e. Bardzo mi przykro. Naprawdę. Ale nie wiem, jak... - Aiyako to jedynaczka. Jest... Jak wy to mówicie? Źumą i rado cią rodziców? - Zgadza się. Miki wzięła głęboki oddech. Hill zauwa ył, e dr ą jej ręce. Zmarszczył brwi. - Nikt poza rodziną nie wie, e Aiyako nie jest córką mojego brata. Jest... adoptowana. Jej prawdziwa matka nie była mę atką, a mój brat i jego ona nie mieli własnych dzieci. - Przykro mi, ale nie widzę... - Warden, proszę. Musisz nam pomóc odnale ć Aiyako. To mała dziewczynka. Kto wie,

co się z nią stanie? - Ale dlaczego ja, Miki? To wewnętrzny problem twojego kraju. Powinny się tym zająć wasze władze. Miki oblizała zaschnięte wargi. Milczała. Kiedy podniosła wzrok, miała łzy w oczach. - Aiyako to... twoje dziecko, Warden-san - szepnęła. Hill opadł na oparcie fotela. - Źlaczego mi nie powiedziała ? - Wyjechałe , a ja wiedziałam, e twój ojciec mnie nie zaakceptuje. Mój brat i jego ona chcieli to maleństwo. Uszczę liwiłam ich z rado cią. Hill skinął głową, wstał i podszedł do okna. - Jim wie? - Nikt nie wie. Tylko mój brat i jego ona. - Jaka ona jest? - Aiyako? Bardzo ładna. Wysoka, jak na Japonkę. Nikt nie wie, e ma mieszaną krew. Ma teraz czterna cie lat i jest bardzo inteligentna. Mo esz być z niej dumny. Hill ze zło cią przygryzł kostkę palca. - Źlaczego mówisz mi o tym teraz? ebym czuł się winny?! - Nie, nie! Tylko dlatego, e ona potrzebuje twojej pomocy. Rząd japoński nie przyzna się do błędu, a gubernator żuam nie pomo e. Jeste moją jedyną nadzieją, Warden-san. Hillowi zrobiło się niedobrze. Wetknął ręce do kieszeni i popatrzył na Potomac. Piętna- cie lat temu ojciec namówił go do rezygnacji ze stanowiska attache w Japonii i powrotu do rodzinnej firmy prawniczej. Warden miał teraz więcej pieniędzy i władzy ni większo ć ludzi w historii wiata. Ale có znaczyły pieniądze i władza, je li nie mo e ich u yć, aby pomóc własnemu dziecku. Prezydent oczywi cie za ąda wyja nień. Warden powie, e to sugestia ambasadoraŚ gest dobrej woli wobec zaprzyja nionego kraju, który znalazł się pod presją. żro by Tanaki to wygodny pretekst. Ale wła ciwie jak Stany Zjednoczone mogą pomóc? Prezydent nie ogłosi mobilizacji oddziałów amerykańskich, eby odnale ć jedną dziewczynkę. A gubernator żuam dostałby szału, gdyby odkrył, e CIA działa na wyspie bez jego wiedzy. Potrzebny jest specjalny rodzaj operacji, eby przeniknąć do porywaczy i uratować Aiyako. Trzeba potajemnie dopa ć przestępców i postawić przed sądem bez nara ania na szwank stosunków USA-Guam. Warden Hill znał tylko jedną grupę ludzi, która się do tego nadawała. Odwrócił się od okna. - Źobrze, Miki. Zobaczę, co da się zrobić. Rozdział drugi 16 sierpnia, godzina 1.00, Centrum Kontroli Chorób Zakaźnych, Atlanta, Georgia Źoktor Sara żreene wkroczyła wprost w pogodną noc i rozejrzała się. Nad chodnikiem migały owady, pod magnoliami gromadziły się wietliki. Mrugały i podrygiwały jak wiatła na morzu. Za doktor żreene wznosiła się imponująca fasada Centrum Kontroli Chorób Zaka nych. Przypominała dziób statku. Sara zaryglowała drzwi budynku i poszła do samochodu. Jutro o tej porze będzie z powrotem w Cambridge przy badaniach

naukowych w dusznej, podziemnej bibliotece. Ale dzi wiat nale y do niej. Przerwała na lato studia podoktoranckie w Instytucie Technologicznym Massachusetts, eby znale ć błąd w leku antywirusowym, który opracowała w Centrum Kontroli Chorób Zaka nych. Preparat znano na razie pod roboczą nazwą AV -22-12. Podczas prób laboratoryj- nych był bardzo skuteczny. Liczono, e zastąpi „koktajle” antywirusowe u ywane obecnie w walce z AIDS. Jednak pierwsze próby na pacjentach wykazały jedynie marginalną skuteczno ć, a Sara Greene nie uznawała „marginalnych” sukcesów, Kiedy zadzwonił jej dawny szef, John Thompson, i powiedział, e mają problem, wróciła pierwszym samolotem do Atlanty, Powrót okazał się trudny. Sara nie była typem piękno ci z Południa, tylko zapaloną snowboardzistką. Zachowywała się tu równie miało i dziko, jak na stoku. Kiedy szła korytarzem, naukowcy rozstępowali się przed nią niczym Morze Czerwone. Miała czarne włosy postawione na el, workowate szorty i dopisek na plakietce z nazwiskiem: „Źla ciebie PANI ŹOKTOR, dup- ku!”. A jednak rozczarowała się, kiedy powiedziała Johnowi, e wyje d a. - Jasne - odrzekł. - Jak chcesz. Jakby praca, którą wykonywała dla niego, była tylko zwykłą robotą. Źzi rozwiązała zagadkę, z którą on i jego zespół nie mogli sobie poradzić od roku. Była taka dumna, e idąc przez parking, nie zauwa yła, e kto idzie za nią. Pojawili się znikąd. Usłyszała ich w połowie drogi do samochodu. Kroki za plecami. Zbli ają się. Wzięła głęboki oddech i stłumiła w sobie chęć ucieczki. Pewnie to nic takiego. Ale je li zacznie biec, przyspieszy tylko rozwój wypadków. Musi pomy leć. Trzydzie ci metrów od samochodu kroki za nią przyspieszyły. Zamknęła oczy i stanęła. Rzuciła plecak i odwróciła się. Było ich dwóch. Jeden du y, drugi mały. Biały i czarny. Ubrani w bluzy z kapturami i workowate d insy. Czarny u miechnął się niepewnie. - Witam panią. Jak leci? Jego kumpel skrzywił się drwiąco. - Jaka „pani”? Spójrz na jej włosy. Obaj zarechotali. Sara nie była w nastroju do pogawędki. - O co wam chodzi? Kolesie popatrzyli na siebie i wyszczerzyli zęby. - Chcemy się zabawić. Ni szy odwrócił się do du ego. - Ta laska się nadaje, no nie? - Jasna sprawa. Sara zmru yła oczy. Poczuła przypływ adrenaliny. Jak to rozegrać? Ten du y jest sporo wy szy od niej, ma ze dwa metry wzrostu. Ale wygląda na frajera. Większy problem będzie z małym. Trzeba go załatwić, wtedy du y złapie cykora. - Spadajcie, bo wezwę gliny. Mały za miał się. - żliny? Nie znajdzie ich pani w tej okolicy. No, dalej. Wrzeszcz, głupia suko! Sara ostro nie zsunęła buty i rozstawiła stopy. Zacisnęła palce nóg na asfalcie, przykuc- nęła lekko i uniosła ręce. Żaceci patrzyli na nią z rosnącym rozbawieniem. - Co to? Jaka poza kung fu? - wybuchnął miechem ni szy. - Widzisz to?! Sara pokręciła głową, - Ostrzegam, e robicie du y błąd. - Chyba taki, e stoimy tu i gapimy się na ciebie. Załatwimy to spokojnie czy na siłę? Źla mnie to bez ró nicy.

- Niech będzie po twojemu. Mały skinął głową i du y skoczył. Sara zrobiła unik. Żacet zatoczył się, złapał równo- wagę i znów zaatakował. Sara znów zrobiła unik. - Nie mamy na to całej nocy! - krzyknął mały. - Łap ją! Napastnik spróbował trzeci raz. Sara uchyliła się i przyklęknęła na jedno kolano. Zasko- czony facet wrzasnął. Podcięła mu nogi i przerzuciła go przez plecy. żruchnął z hukiem o ziemię. Odwróciła się do małego. - Ponawiam propozycję. Spadajcie, bo was załatwię. Ni szy zmru ył oczy. - Zapomnij o tym. Nie chciałem cię uszkodzić, ale teraz to sprawa osobista. Sięgnął do pasa. Błysnął metal. Nie ma czasu na my lenie. Sara zrobiła dwa kroki i kopnęła go prawą piętą w pier . Żacet runął do tyłu i wylądował na asfalcie. - Co jest, do...? Przycisnęła go stopą i wyciągnęła mu z nogawki ły kę do opon. Rzuciła ją w krzaki. - Nie będzie ci ju potrzebna. Usłyszała co za sobą. Źu y znów atakował. Zwinęła się w kłębek i walnęła go w kolana. Tym razem był przygotowany na cios. Wybiła go tylko z równowagi. Mały poderwał się z ziemi. Sara oddychała szybko i cię ko. Otaczali ją jak wilki. Stała i czekała na ich pierwszy ruch. Amatorzy. Źu y zaatakował z byka, mały z tyłu. Odskoczyła w lewo. Źu y zadał cios. Zablokowa- ła go lewą ręką i uderzyła prawą dłonią. Żacet dostał w podbródek i odrzuciło mu głowę do tyłu. Sara zrobiła obrót i kopnęła lewą nogą. Trafiła w pró nię. Mały zobaczył kumpla na asfalcie i trzymał się poza jej zasięgiem. Sara zerknęła szybko na le ącego du ego. Załatwiony. Spojrzała na drugiego napastni- ka. - Źalej chcesz się ze mną zabawić?! Zawahał się. Popatrzył na nieprzytomnego kumpla i pokręcił głową. - Kim jeste ? Sara u miechnęła się krzywo. - Twoim najgorszym koszmarem, mieciu. Spieprzaj! Nie musiała mu tego powtarzać. Zniknął w krzakach. Podeszła do du ego i sprawdziła, czy yje. Oddychał normalnie. Puls miał mocny, choć przyspieszony. Wyjęła klucze z maleńką latarką, która słu yła za breloczek. renice reagowa- ły na wiatło prawidłowo. Wszystko gra. Żacet ocknie się z bólem głowy i przez kilka dni będzie miał sztywną szyję. Sara wstała i otrzepała się. W nocnej ciszy zad więczał jej pager. Spojrzała na plecak i pokręciła głową. Pewnie John. Chce wiedzieć, czy osiągnęła jaki postęp. Źlaczego po wyj ciu z pracy nie wyłączyła tego cholernego pagera jak normalni ludzie?! Otworzyła plecak i sprawdziła wiadomo ć. To nie był John. To był Sam. Sara przełknę- ła linę. Z walącym sercem przeczytała wezwanie. Potrzebowali jej natychmiast w Waszyngtonie. Źru yna miała robotę.

Rozdział trzeci 16 sierpnia, godzina 8.00, podziemny pokój sztabowy w Pentagonie, Waszyngton Spotkali się w boksie bez okien, otoczonym ze wszystkich stron dwumetrowym, wzmocnionym betonem. Kiedy Sara weszła, reszta dru yny ju tam była. Travis odwzajemnił jej salut, Jack serdecznie u cisnął jej rękę. Inni tylko skinęli głowami, gdy szła do swojego krzesła. Zawsze czuli skrępowanie, je li nie widzieli się przez jaki czas. żdzie które z nich mogłoby wej ć do pokoju i zastać szóstkę równych sobie? Nigdzie. Usiadła na swoim miejscu przy długim, mahoniowym stole i spojrzała na resztę specgrupy. U szczytu stołu siedział dowódca dru yny, Travis Barrett. Słu ył w Zielonych Beretach i chyba urodził się ostrzy ony na je a. Źzi był w stroju „firmowym”Ś zielony T-shirt, spodnie panterki, identyfikatory na szyi, wojskowe buty. Przy pierwszym spotkaniu nie podo- bał się Sarze. Odpychający, zarozumiały palant, który nie cierpi kobiet i ma problem z testo- steronem. Ale teraz znała go lepiej. Wiedziała ju , e lubi kobiety. Obok Travisa siedział jego zastępca, Stan Powczuk. Sara lubiła go najmniej. Był niski, jak na normy dru yny. Twierdził, e ma metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Zachowywał się jak typowy kurdupel. Szybko się wkurzał i długo uspokajał. Wcią podejrzewał, e wszyscy mają go gdzie . Ciągle udowadniał swoją warto ć. Był onaty, ale dmuchał wszystko, co nosi spódnicę. Na jego nieszczę cie, Angela potrafiła wyniuchać zdradę jak terier szczura. Po jego ostatnim skoku w bok rzuciła z drugiego piętra kulą do kręgli w maskę jego nowiutkiej corvetty. Stan te o mało nie wylądował na swoim samochodzie. Znając Angelę, Sara niemal mu współczuła. Niemal. Po drugiej stronie Stana siedziała Jennifer Olsen, Mrugnęła do Sary. mieszna sprawa. Mogłoby się wydawać, e dwie kobiety w takiej grupie nie będą się wzajemnie tolerowały. Ale Sara i Jen były jak siostry. Ró niły się, ale kochały i szanowały. Sara u miechnęła się do przyjaciółki. Zastanawiała się, jakie to uczucie wyglądać jak Jennifer Olsen. Jen mogłaby wpędzić Barbie w kompleks ni szo ci. Kiedy szły razem ulicą, były swoim przeciwieństwemŚ amazonka i hipiska z Woodstock. Obok Jen siedział Hunter źvans Blake Trzeci. Wyglądali jak młoda para na torcie we- selnym, Hunter był trochę za ładny, jak na gust Sary. Ale był te cholernie dobrym pilotem. Mnóstwo razy uratował jej tyłek i miała na niego chętkę. Nie, eby mu nadskakiwała. Hunter miał dziewczyn na pęczki. Poza tym, nie umówiłaby się na randkę z facetem, który był atrakcyjniejszy od niej. Mogła sobie wyobra ać, jak gładzi jego muskularne ciało, ale nie było to warte złamanego serca. Na prawo od Sary siedzieli dwaj ostatni członkowie dru yny - Jacques DuBois i Sam Wong, Źo Jacquesa wszyscy mówili Jack. Wyglądał jak go ć z plakatu werbunkowego pie- choty morskiej. Pod jego niadą skórą płynęła podobno biała, czerwona i błękitna krew. Był po wielkomiejsku zblazowany, jednak trudne dzieciństwo nadało jego bezczelno ci zaskaku- jącą bezbronno ć. Źziałało to na kobiety lepiej ni jakikolwiek afrodyzjak. Sam Wong sprawiał wra enie kompletnej ofermy. Przy pierwszym spotkaniu Sara my lała, e pomylił pokoje. Był niski, ylasty i nosił mieszne okulary. Wyglądał w nich, jakby miał oczy z tyłu głowy. Wzbudzał w niej współczucie, dopóki nie otworzył ust. - Tyle tu mięcha, e mo na by zało yć hodowlę bydła - mruknął, kiedy siadał na swoim miejscu. Sara uwa ała, e w dru ynie tylko on dorównuje jej intelektualnie. Miał te pokręcone poczucie humoru. Potrafił zgasić ka dego, kto go nie doceniał. Źrzwi się otworzyły i wszedł dowódca TALON-u, generał brygady Jack Krauss. Stał na

czele Połączonej Jednostki Specjalnej i oficjalnie dostawał rozkazy od przewodniczącego kolegium połączonych sztabów, generała żeorgea H. żatesa. Przekazywał je główny dowód- ca operacji specjalnych, generał Samuel Żreedman. Ale w rzeczywisto ci z usług TALON-u korzystała równie CIA, Agencja Bezpieczeństwa Narodowego i Źepartament Stanu. Krauss poło ył na stole neseser i ciepło przywitał się z ka dym. Mimo wysokiego stop- nia, był równym facetem. Nie wywy szał się, jak większo ć szar y. Zjawiał się przed ka dą operacją TALON-u, przydzielał zadanie i zostawiał dru ynie opracowanie szczegółów. Sara wiedziała, e nie tylko ona go lubi. To Krauss wyznaczył Travisa Barretta na dowódcę grupy. W jednostce nie było stopni i kto musiał koordynować jej działania, eby ka dy członek grupy nie próbował ratować wia- ta na własną rękę. Sara podejrzewała, e ka dy z nich uwa a się za lepszego od innych. Ale tak powinien rozumować członek TALON-u. Kto my li inaczej, nie przetrwa. żenerał włączył komputer i wło ył dysk optyczny do odtwarzacza CD ROM-u. Wszy- stko przygotował Sam. wiatła przygasły i na ekranie pojawiła się pierwsza strona raportu. Zaawansowana Technologicznie Tajna Jednostka Operacyjna. Technologically Augmented Low - Observable, Networked Force. TALON Force. Sara patrzyła na akronim i czuła taki sam przypływ adrenaliny, jak za pierwszym razem. TALON był elitarną grupą mę czyzn i kobiet. Przeprowadzał tajne operacje w obronie interesów Stanów Zjednoczonych na całym wiecie. Sara miała tytuł doktora medycyny i czarny pas w karate. W snowboardzie zakwalifikowała się do olimpiady zimowej. Ale nic nie dawało jej takiej satysfakcji, jak bycie członkiem TALON-u. Na ekranie pojawiła się następna strona i Krauss zaczął mówić. - W ciągu ostatnich trzech miesięcy na wyspie żuam zaginęło dziesięć małych Japonek. Wszystkie spędzały tam wakacje z rodzinami. Odnaleziono tylko jedną dziewczynkę. Slajd zmienił się. Sara pochyliła się do przodu, eby lepiej widzieć. Typowe zdjęcie z autopsjiŚ twarz i tułów widziane z przodu. Puste, poszarpane oczodoły i ospowata, wzdęta skóra. Uszkodzony tułów, nagie ebra, brak lewej piersi. - Co mówi raport toksykologiczny? - zapytała. - Analiza wątroby wykazała lady alkoholu i morfiny - odrzekł generał. - Przedawkowanie? - Nie. mierć przez utonięcie. Uszkodzenia ciała spowodowały stworzenia morskie. Sara skinęła głową i usiadła głębiej. Krauss mówił dalej. - Na ądanie rządu japońskiego gubernator żuam kazał w zeszłym miesiącu przeczesać wyspę. Bez skutku. żdziekolwiek są te dziewczęta, nie ma ich na żuam. - Panie generale - odezwał się Travis z teksaskim akcentem - czy to „przeczesanie” polegało na sprawdzeniu ka dego domu? Krauss przytaknął. - Prawie. Hotelami i innymi kwaterami wczasowymi zajęli się ich kierownicy. Chyba mo emy przyjąć, e zrobili to dokładnie. - A co z jachtami i łodziami mieszkalnymi? - Wszystkie przeszukano. Oprócz tej na zdjęciu, dziewczynki zniknęły bez ladu. Jen zmarszczyła brwi. - A zatem zostały porwane. Pytanie, dlaczego? - To jasne - warknął Stan. - W Azji południowo-wschodniej kwitnie prostytucja. Jaki alfons znalazł nowe ródło panienek. Sara pokręciła głową. - To bez sensu, Stan. Alfonsi wybierają dziewczynki, których nikt nie będzie szukał.

Źzieci ulicy. Chyba, e ten to wyjątek. Spojrzała na Kraussa. - Słuszna uwaga - pochwalił i zmienił przyciskiem slajd. - Nasi spece zrobili analizę komputerową wszystkiego, co wiemy o tych dziewczynkach. Szukali korelacji. Na pewno zauwa ycie uderzające podobieństwa. Zauwa yli. Wszystkie dziewczynki miały od dwunastu do szesnastu lat. Uczyły się w ekskluzywnych szkołach prywatnych w Japonii. Wychowywano je w tradycjach narodowych. Były córkami bogatych i wpływowych biznesmenów. W momencie porwania towarzyszyły im opiekunki. - A przedział czasowy? - zapytał Sam. - Są jakie podobieństwa związane z tym, kiedy je porwano? Następny slajd. - Porwania zdarzały się grupowo - odparł Krauss. - W korelacji z czym? - Nie wiemy. Travis spojrzał na Sama. - My lisz, e gdyby przyjrzał się danym, doszedłby do czego ? - Mo liwe. Krauss skinął głową. - Źostaniecie je, gdy tylko skończymy. Slajd znów się zmienił. Tym razem pokazywał słodką Japoneczkę w niebieskim kimo- nie. - Ostatnia porwana. Jest bratanicą ony naszego ambasadora w Japonii. - Jaka młoda - zauwa yła Jennifer. - Wszystkie są młode. Musimy je znale ć i to zaraz. Ale władze cywilne żuam nie mo- gą wiedzieć, e tam jeste cie. Stosunki z gubernatorem bardzo by się popsuły, gdyby odkrył, e działamy na wyspie bez jego wiedzy. - Co TALON ma zrobić w tej sprawie? - zapytał Hunter. Krauss zacisnął usta. - Mo e o tym nie wiecie, kapitanie Blake, ale nasze stosunki z Japonią są w du ym dołku. Trzeba to odkręcić. Prezydent uwa a, e ta operacja je poprawi. Po prostu znajd cie te dziewczynki. I dowiedzcie się, kto je porywa i dlaczego. żenerał wyłączył komputer i wiatła się rozja niły. Sara popatrzyła na innych. Nikt się nie odezwał, ale wszyscy mieli sceptyczne miny. Krauss wręczył Travisowi akta. - To są wasze rozkazy. Prezydent chce widzieć jaki postęp w tej sprawie jak najszyb- ciej. Je li nasze przewidywania są słuszne, porywacze będą szukać następnych ofiar mniej więcej za tydzień. Mo e nawet wcze niej, je li pan Wong znajdzie co , co przeoczyli my. żenerał spojrzał na Sama i wziął swój neseser. - Powodzenia. Ojczyzna liczy na was.

Rozdział czwarty 16 sierpnia, godzina 8.45 Ledwo za Kraussem zamknęły się drzwi, rozpętało się piekło. - Co to za zadanie?! - warknął Stan. - Szukać jakich dziewczynek? Pieprzę to! - Przykro mi to mówić - powiedziała Sara. - Ale zgadzam się ze Stanem. Szukanie zagi- nionych to robota glin. - Fakt - przyznał Jack. - To gówno jest dobre dla tajniaków z obyczajówki. - Bo ja wiem... - odezwała się w zamy leniu Jen. - żenerał żates nie przydzieliłby nam takiej sprawy, gdyby nie uwa ał, e tylko my potrafimy ją załatwić. Krauss chyba nie powie- dział nam wszystkiego. Jak my lisz, Travis? Travis zmarszczył brwi i przejrzał rozkazy. - Tu jest napisane, e prosił o nas osobi cie sekretarz stanu. Ta operacja ma być gestem dobrej woli wobec rządu japońskiego. - Gestem dobrej woli?! - zdumiał się Hunter - Od kiedy TALON jest instytucją charyta- tywną? Travis pokręcił głową. - Sam? Jeste naszym ekspertem od Azji. Co tam się dzieje? Sam poprawił okulary i oparł ręce na stole. - Jak powiedział Krauss, stosunki są napięte. Od roku nie mo emy się dogadać w spra- wach handlowych. Mówi się o embargo. Ostatnie wybory wykazały brak zaufania do partii rządzącej. Wybór Iguchiego Tanaki wywołał du e zamieszanie w parlamencie. - Tanaka? Co to za facet? - Nacjonalista. Źrugi Milo ević. Jego zwolennicy wła nie przeforsowali przywrócenie przedwojennego hymnu państwowego i flagi. Pamiętacie Wschodzące Słońce? - Rany boskie - parsknął Stan - Japońcy to nasi przyjaciele! Wojna się skończyła. Sam zmru ył oczy. - Mo e i tak. Ale my, Chińczycy, pamiętamy ostatnie rządy nacjonalistów japońskich. Joseph Mengele to anioł miłosierdzia w porównaniu z Shiro Ishiim. Źziesiątki tysięcy Chiń- czyków zmarło podczas eksperymentów Ishiiego z bronią biologiczną. Was to mo e nie obchodzić, tępaki, ale ja zwracam uwagę na odradzający się nacjonalizm japoński. Travis podniósł ręce. - Wyluzuj się, Sam. Rozumiemy cię. - Wła nie - dodał Stan. - Co się tak wkurzasz? Sam potoczył wzrokiem wokół stołu. - Rodzina mojej matki pochodzi z Nankinu. Zapadła krępująca cisza. Travis przerzucił raport. - Tu jest napisane, e policja na żuam nie potrafi znale ć dziewczynek, a marynarka wojenna odmawia pomocy. - Cwaniaki - mruknął Stan. Wszyscy pokiwali głowami. Travis zmarszczył brwi. - Jest tu równie przypomnienie, e dobry ołnierz nie kwestionuje rozkazów. - Cholera - mruknął Jack. - Nikt nie mówi, e ich nie wykonamy. - Wygląda to jednak zupełnie na marnowanie naszych umiejętno ci -powiedziała Sara. - Nie my podejmujemy decyzje - odrzekł łagodnie Travis i podniósł wzrok z nad papie- rów. - Czy tak? - Nie my - przyznała dru yna. - Więc zaczynamy. Czeka nas kupa roboty.

Travis wręczył kilka pierwszych stron Samowi. - Zeskanuj to, eby wszyscy mogli zobaczyć. Saro, przez ten czas zapoznaj się z rapor- tem z autopsji. Spróbuj wyciągnąć jakie wnioski. Sara wzięła oprawione kartki i zabrała się do czytania. Po kilku minutach slajdy były gotowe. żrupa zaczęła w skupieniu przeglądać dane. - Okay, pierwsza sprawa - powiedział Travis. - Co wiemy o Guam? - Wyspa pod protektoratem amerykańskim - odrzekła Jen, - Z gubernatorem i władzą ustawodawczą. Co jak państwo w unii. - Co jeszcze? - Była jednym z najcię szych pól bitewnych drugiej wojny wiatowej -odparł Jack. - Japońcy siedzieli na całych Marianach. Wykurzenie ich stamtąd było krwawą robotą. - Wulkany - dorzuciła Sara znad raportu patologicznego. - Wyspa - dodał Stan. - Zatem mo na się dostać na żuam tylko z morza albo z powie- trza. A południowy Pacyfik to kurewski ocean. Kupa wraków le y w tamtym rejonie, a w głębinach są rekiny. - Źobra. Czeka nas więc wyprawa w tropikiŚ lasy deszczowe, piaski, mo e skały wulka- niczne i popiół. Jak tu skończymy, zawiadomię Maui, eby przygotowali nam teren. - Saro, czy w raporcie z autopsji jest co , co mo e się nam przydać? Odło yła papiery. - Płuca pełne słonej wody. Z całą pewno cią mierć przez utonięcie. - A prochy? - Opium. I alkohol. Sądzę, e wpadła do wody tak zamroczona, e nie była w stanie pływać. Zakładając, e pływać umiała. - Czy była uzale niona? - Wątpię. adnych oznak marsko ci wątroby, a na rękach brak ladów igieł. Wygląda na to, e połknęła narkotyk. Płynna morfina w likierze miętowym. Ktokolwiek jej to podał, potrzebował mieć ją ywą. Przynajmniej przez jaki czas. - Więc jak znalazła się w morzu? - Źobre pytanie. Przypuszczam, e porywacze próbowali usunąć ją z wyspy. - Jej twarz kiepsko wygląda - zauwa ył Jack. - Fakt - przyznała Sara. - W wodzie zwłoki są jak gąbka. Puchną, dopóki nie pęknie skóra. Oczy pewnie wy arły kraby i mewy. Ciało szybko się psuje, zwłaszcza w tropikach. Raport koronera mówi, e gdy ją znale li, nie yła od dwóch dni. - A znale li ją tydzień po porwaniu. Sara przytaknęła. - Zgadza się. - Więc kidnaperzy musieli ją przetrzymywać gdzie na wyspie, zanim wrzucili ją do morza? - Wątpię, eby ją wrzucili. - Dlaczego? - Na nadgarstkach miała otarcia po linie. Zanim wpadła do wody, była związana. Podej- rzewam, e uciekła. Skoczyła do morza i utonęła, bo nie była w stanie pływać. Travis zastanowił się. - Źobra. Je li ci faceci zabierają dziewczynki z wyspy, muszą gdzie biwakować. Jack, po dotarciu na miejsce zbadasz teren. Sprawdzisz, czy kto ich widział. Zaczniesz od wybrze- a, potem cofniesz się do rejonów porwań. Źam ci mapę. Hunter, ty we miesz lotnisko. Zobacz, kto i czym lata. Źowiedz się, czy ci faceci mogą korzystać z jakich prywatnych pasów startowych. - Stan? Załatwisz nam łód . Najpierw spróbuj w bazie morskiej. Masz tam doj cia. Jak się nie uda, skombinuj co prywatnie.

Potrzebujemy czego du ego i szybkiego o dalekim zasięgu. Mo e będziemy musieli cigać tych facetów. żdy zdobędziesz łód , pomo esz Jackowi. Mamy zbadać kawał terenu, a czasu jest mało. Travis wycelował w ekran pióro laserowe. - Wygląda na to, e porywacze są cholernie pewni siebie. Rodziny ofiar robią w swoim kraju raban, gubernator kazał przeczesać wyspę, a oni dalej zgarniają dziewczynki z ulic w biały dzień. - Kto na wyspie musi im pomagać - powiedział Stan. Travis przytaknął. - My lę, e masz rację. Ale kto? Jen, jeste zaprzyja niona z wywiadem. Spróbuj ich namówić, eby trochę powęszyli w ród miejscowych. Mo e uda im się ustalić, co to za poli- tyka, e porywane są wyłącznie Japonki? Źlaczego nie Amerykanki, Francuzki albo Niemki? Niech sprawdzą, czy kto ma jakie ale do Japonii, a je li tak, to dlaczego. - Dobra. Travis spojrzał na Sama. - Następna rzecz. Jakie znaczenie ma fakt, e chodzi o młode dziewczyny? Sam zmarszczył z namysłem czoło. - Człowieku, żuam to mieszanka kulturowa. Ale młode dziewczyny zawsze oznaczają niewinno ć. Hindui ci, buddy ci, muzułmanie i wyznawcy szinto mają swoje rytuały i tabu dotyczące kobiet. - Ale to nie kobiety, tylko dzieci - zauwa yła Jen. Sam wzruszył ramionami. - Wiele wschodnich religii przypisuje dziewicom moc magiczną. To jedyny związek, jaki widzę. Travis ciągnął brwi. - My lisz, e chodzi o jaki kult? - Źla ciebie mo e i kult. Źla tamtych to religia. - Więc jak ich znajdziemy? Je li porywają dziewczynki z przyczyn religijnych, nie będą tego rozgłaszać. Stan skrzywił się. - Takich spraw nie da się utrzymać w tajemnicy. Miejscowi na pewno co by o tym wiedzieli. Ten numer z religią to fałszywy trop. - Mo liwe - odrzekł Travis. - Ale trzeba go sprawdzić. Pamiętasz, co powiedział Krauss? Mamy znale ć te dziewczynki i uniemo liwić następne porwania. Je li to jaka orga- nizacja, musimy do niej przeniknąć. Sam, jak tylko Jen dostanie raport od swoich kumpli szpiegów, ocenicie potencjalne zagro enia. - Dobra. - A kiedy ju się dowiemy, kim są porywacze, jak ich znajdziemy? -zapytał Hunter. - To proste - odparł Travis. - We miemy jaką ładną Japoneczkę i pójdziemy z nią w miasto. Jak ją porwą, będziemy ich ledzić. Stan wybuchnął miechem. - Jasne. A skąd ją we miemy? Wszyscy powoli zwrócili się w stronę Sary. - Ooo, nie! Nie ma mowy! Nie będę przynętą. Zapomnijcie o tym. Poza tym, nie jestem Japonką. Przyjrzyjcie mi się. My licie, e nikt nie zauwa y tych zielonych oczu? - Wło ysz brązowe szkła kontaktowe - powiedziała Jen. - A moje włosy? Nie. Mówię wam, e to się nie uda. Travis spojrzał na Jen. - Źasz radę? - Jasne. Bułka z masłem. Jest drobna. Trochę makija u i...

- Nie będziesz mi kładła tapety na twarz! - Nauczę ją kilku zdań po japońsku - zaproponował Sam. Jen u miechnęła się. - A ja będę jej opiekunką. Sara pokręciła głową. - To nie wypali. Mówię wam. Odpu ć to sobie, Trav. Nie chcę być wabikiem. Źaj mi taki przydział, ebym mogła skopać komu dupę. Stan u miechnął się drwiąco. - Mo e ma rację. Chyba nawet Jen nie zrobi z niej dziewczątka. Zanim Sara zdą yła się odciąć, Travis zaczął mówić dalej. - W porządku. Mamy ju plan. Sam, jak szybko będziesz mógł nam powiedzieć, kiedy porwą następną dziewczynkę? Sam wzruszył ramionami. - Daj mi dzień na analizę. Zobaczę, co się da zrobić. - Źobra. Je li na nic nie wpadniesz, będziemy się trzymać przewidywań Kraussa, e za tydzień. Mo e to wystarczy. Zostaje nam mało czasu na przygotowania, cholera. Hunter, jak szybko mo esz nas przerzucić z Maui na Guam? - Jakim samolotem? Wojskowym czy cywilnym? - Lepiej cywilnym. Po co zwracać na siebie uwagę? - Wezmę leara. Lot zajmie pół dnia. Travis skinął głową. - Okay. Ty, Stan, Jack i ja polecimy na Maui jutro. Zrobimy sobie kilkudniowe mane- wry. Źziewczynki mogą być przetrzymywane w głębi żuam. Poćwiczymy dzień na lądzie, dzień na wodzie i powinno wystarczyć. - A my? - zapytała Jennifer. - Potrzebuję co najmniej półtora dnia w studiuś eby przy- gotować Sarę. A Sam ma ją nauczyć kilku zdań. Źo tego nie trzeba mię ni. - Masz rację - przyznał Travis. - Wasz czas lepiej wykorzystać na zrobienie gejszy z naszej małej wiruski. Sara łypnęła na niego spode łba. - Saro? Zakładamy, e martwa dziewczynka została celowo naszprycowana. Zdą ysz znale ć antidotum przez dwa dni? - Standardowa odtrutka przeciw opium to nalokson. Źostanę ją w Bethesda przed wyja- zdem. - Źobra. We tyle, eby starczyło dla innych. Nie wiadomo, w jakim będą stanie, kiedy je znajdziemy. - Jasne. - Ty i Jen polecicie na Guam samolotem rejsowym. Spotkamy się tam za trzy dni. Sam, zrobisz listę sprzętu, który będzie ci potrzebny. Musimy zabrać ze sobą wszystko, czego nie dostaniemy na Maui. Wpadniemy po ciebie rano, zgoda? - Pasuje. - W porządku. Idziemy.

Rozdział piąty 18 sierpnia, godzina 18.06 czasu lokalnego (Zulu* minus dziesięć), tajny o rodek treningowy TALON Force, Maui, Hawaje Zapadał zmierzch. Nad drzewami figowymi na zachodzie wisiał blady sierp księ yca. Travis Barrett le ał na brzuchu w zaro lach i obserwował dom. Jego kombinezon kamuflujący zlewał się całkowicie z d unglą. W budynku nadal panowały bezruch i cisza. Spojrzał na zegarek, osłaniając dłonią pod wietlaną tarczę. Osiemnasta zero sze ć. Trzydzie ci sze ć minut wcze niej dru yna wysiadła na pla y z CRRC - pontonu desan- towego. Mieli odbić piątkę cywilnych zakładników z rąk terrorystów. Nie znali liczby prze- ciwników. W drodze do celu przedzierali się przez gęstą d unglę i bagno po kolana. Marsz trwał dwadzie cia dziewięć minut. Jack robił teraz wstępne rozpoznanie, Stan i Hunter przy- gotowywali się do wej cia, Travis miał na oku dom. Jak dotąd, nikt stamtąd nie wyjrzał. Albo nikogo nie było w rodku, albo porywacze byli pewni, e nikt ich nie zaskoczy. Jack przykucnął na prawo od Travisa. ledził odczyty z UAV - bezzałogowego pojazdu powietrznego. Samolocik miał wielko ć dłoni i kształt delty. Był nafaszerowany mikroele- ktroniką i przesyłał na ziemię dane wizualne. Latał na małej wysoko ci i mógł być w powie- trzu przez trzydzie ci minut. Nadawał się idealnie do obserwacji z niewielkiej odległo ci. Miał napęd bateryjny, cichutki szum migiełka pchającego w ogonie był niesłyszalny z ziemi. Jack odbierał transmisję na BSŹ - bojowym urządzeniu sensorowym. Laser w kształcie monokla przekazywał trójwymiarowy obraz na siatkówkę oka. Skrzywiony Jack ledził w skupieniu napływające dane. - Co widzisz? - szepnął Travis. - Prosta konstrukcjaŚ drzwi z przodu i z tyłu, dwa okna, dwie albo trzy sypialnie. Muszą się nas spodziewać, zasłony są opuszczone. Jack odgiął monokl do góry i wycofał UAV Samolocik zawrócił i Jack złapał go w powietrzu. - Reszty dowiemy się, jak wejdziemy - dodał. Travis znów spojrzał na dom i sprawdził odległo ć na swoim BSŹ. Pięćdziesiąt metrów do przej cia. Jego umysł przelatywał milion kilometrów na godzinę. Czy zakładnicy nadal są w rodku? Je li tak, gdzie ich trzymają? Wszystkich w jednym pokoju czy w ró nych miej- scach? Są ranni czy będą w stanie i ć o własnych siłach? Ilu terrorystów ich pilnuje? Teren został sprawdzony dwukrotnie. Czas ruszać. Travis dotknął implantu za uchem. - Stan - szepnął. - żranat błyskowo-hukowy gotów? W słuchawce rozległ się gło no i wyra nie chrapliwy szept Stana. - Gotów. - Potwierdzam, gotów. Chyba czas się przywitać. Jack, idziesz z lewej. Ja biorę prawą. Hunter, kiedy Stan rzuci granat, poprowadzisz atak. Wchodzimy na mój sygnał. Travis uniósł się na łokciu i znów spojrzał na dom. Co było nie tak. Nikt nie bierze zakładników, eby potem stać się łatwym celem. Sensory mówiły mu, e wszystko gra, ale czuł, e co przeoczył. Kiedy Travis miał wątpliwo ci, wierzył swoim przeczuciom. Odgiął monokl i zbadał wzrokiem teren przed sobą. adne gad ety techniczne nie dorównają ludzkiemu oku. Jest. Drut rozciągnięty był metr przed nim. Prymitywna, ale skuteczna pułapka. Jeden krok, i * Zulu - nazwa czasu uniwersalnego skoordynowanego, u ywana w amerykańskiej marynarce wojennej i lotnictwie cywilnym (przyp. tłum.). wszystkich by wydał.

Travis u miechnął się i pokazał drut Jackowi. - Prawie zadzwonili my do drzwi - szepnął. - Stan, Hunter, widzicie to? Przykucnął i wskazał im pułapkę. - Widzimy. - Super. Źajcie du y krok, eby go nie poruszyć. - Dobra. Travis uniósł pię ć na wysoko ć ramienia i dał sygnał. Przeszli kolejno nad drutem i w ciągu kilku sekund przebiegli pięćdziesiąt metrów. Travis przylgnął plecami do prawej ciany domu. Trzymał M 16. Jack zajął pozycję po drugiej stronie drzwi. On te miał M 16. Hunter był uzbrojony w jeden z „inteligentnych” karabinów XM 29, nową broń dru yny. Wa yła cztery kilogramy i miała kaliber 4,55 mm. Strzelała pociskami kierowanymi mikrofalami milimetrowymi, co pomagało uchronić zakład- ników przed trafieniem. Stan miał na ramieniu M 16 i trzymał granat. Travis dał znak. Hunter uniósł karabin, Stan kopnął drzwi i rzucił granat. Błysnęło o lepiająco i huknęło. Wej cie przesłonił biały dym. Hunter wpadł do rodka. - Dawaj! Dawaj! Dawaj!!! Pozostała trójka szybko wskoczyła za próg. Travis przykucnął w drzwiach i zatoczył lufą krąg. W kuchni paliła się pojedyncza arówka. Źym szybko się rozwiewał. Travis zbadał wnętrze przez termowizor w swoim BSD. XM 29 wystrzelił cicho dwa razy. Travis spojrzał w lewo. Terrorysta padł. Za mierdziało spa- lonym prochem i ołowiem. Na wprost był korytarz. Prowadził na tyły domu. Stan i Hunter stanęli pod lewą cianą. Stan wyciągnął z plecaka małą piłę i wyciął dziurę w cianie pierwszej sypialni. Hunter go osłaniał. Korytarz był kuszącym miejscem na pułapkę. Wej cie przez cianę jest prawie tak samo szybkie i du o bezpieczniejsze. Hunter wlazł pierwszy, Stan tu za nim. Travis usłyszał strzały. Travis skinął do Jacka. Tamten pobiegł w prawo. Załatwił w kuchni następnego terrory- stę. Potem wrócił osłaniać tyły. Travis wszedł przez otwór do pokoju. Zajrzał do szafy i pod łó ko. Ani ladu zakładników. Hunter i Stan ju wycięli dziurę z drugiej strony. Z frontowego pokoju przybiegł JackŚ Travis pokręcił głową - tutaj nie ma nikogo. Wskazał drzwi. Obaj przecięli korytarz. W drugiej sypialni pusto. Zakładnicy muszą być wszyscy razem. Ale gdzie? Travis odwrócił się. Jack przywierał do ciany i posuwał się w stronę drzwi. Przygoto- wywał się do biegu w głąb korytarza. Kiedy przeskakiwał przez drzwi, Travis zobaczył błyski i usłyszał strzały. Potem zale- gła cisza. - Znalazłem ich! - zaszeptał mu w uchu nerwowy głos Stana. Travis potwierdził. - Wszędzie jest czysto? - Nie - odparł Hunter. - Został nam do sprawdzenia jeszcze jeden pokój. Travis rozejrzał się. Jest tu bezpieczny? Tak. Spojrzał wzdłu korytarza. Jack pokazy- wał frontowy pokój. Przekradli się tam terrory ci? Travis ruszył z powrotem do drzwi wej ciowych. Jack za nim. Osłaniał go. Martwa cisza. Travis wytę ał słuch. Na podłodze walały się wióry z dziur wyciętych w cianach i łuski od M 16. miecie skrzypiały pod nogami. Travis zbli ył się do pierwszego otworu w cianie. Źwa ciche strzały. Zamarł. - Z tyłu wszystko w porządku? - Tak. A z przodu? - Jack i ja sprawdzamy - szepnął Travis.

Skinął do Jacka, eby został. Wskoczył przez dziurę i przeturlał się po podłodze za kanapę. Na jego znak Jack zrobił to samo. Nagle w kącie pokoju wyrósł terrorysta. Travis nacisnął spust. Trzy strzały i facet padł. Jack u miechnął się szeroko i z uznaniem pokiwał głową. Travis włączył nadajnik. - Czysto! - Czysto! - odpowiedział Hunter Travis zaczął się powoli odprę ać. Serce jeszcze mu waliło, ale poziom adrenaliny opadał. - Stan? żdzie są zakładnicy? - W pokoju z tyłu. Związani w szafie. - Nic im nie jest? - A co mo e być pięciu workom ziarna z wymalowanymi u miechami?! Travis zachichotał. Za ka dym razem odbijali innych „zakładników”. Nadawało się wszystko wielko ci człowieka. Czasem były to manekiny do samochodowych testów zderze- niowych, kiedy indziej worki ziarna albo torby psiego arcia. Raz uwalniali uczniów z auto- busu szkolnego. Źzieci zastąpiło stado kóz. Źru yna stała w pokoju frontowym. Łapali oddech i rozglądali się. Źom miał drewnia- ny szkielet, ciany z dykty i gołą ziemię zamiast podłogi. „Terrorystami” były manekiny na sprę ynach i plakaty z zamaskowanymi i uzbrojonymi facetami. Ale w ogniu walki to nie miało znaczenia. Zawodowcy robią swoje i zostawiają resztę wyobra ni. A w TALON-ie słu yli profe- sjonali ci. Travis obejrzał „uratowane” worki z ziarnem. - W porządku. Chyba jeste my gotowi do inwazji. Wyszedł na zewnątrz i wezwał helikopter. Kiedy dostał potwierdzenie, e leci, zdjął hełm i przygładził je yka na głowie. - Napijemy się czego , chłopaki? Rozdział szósty 18 sierpnia, godzina 22.30, bar Wahini Leis, Maui Kiedy Travis wszedł do baru, zabawa ju trwała. Wahini Leis była popularną knajpą. Hunter i Jack siedzieli w głębi. Na stoliku stały dwie butelki heinekena. Stan tańczył na parkiecie z miejscową dziewczyną w ró owym sarongu. Szalała w rytmie jazzu, on tylko podrygiwał w miejscu. Lokal był zadymiony i ciemny, muzyka waliła z gło ników na cały regulator. Travis podszedł do baru, eby co zamówić. Butelkowane piwo to nie było to. Wolał beczkowe. Potrzebował czego mocnego i ciemnego, jak jego ponury nastrój. Źostał wiadomo ć tu przed wyj ciem do knajpy. Raport specjalny agentów wywiadu w Japonii. Nikt nie chciał powiedzieć tego wprost, ale wyglądało na to, e sprawy przyjęły zły obrót. - Ten go ć to twój kumpel? Teksaski akcent! Zaskoczony Travis odwrócił się. Ładna, wysoka brunetka z seksownie rozpuszczonymi włosami i du ym biustem pokazywała mu Stana, który dobierał się na par- kiecie do swojej partnerki.

Travis przytaknął. - Znam go. Dziewczyna uniosła brwi. - Źobry zawodnik. Rozkręca towarzystwo. Pijesz co czy tylko podpierasz bar? Travis u miechnął się. - Czekam, eby co zamówić. Źu a urosła . - W Teksasie to normalka. - Poznałem akcent. Skąd jeste ? - Z Żort Worth. Co podać? - Porter pau hana. Co robisz tak daleko od domu? Zachichotała i odwróciła się tyłem. - Porter raz. Kiedy sięgała po szklankę pod kontuar, Travis przechylił się przez bar, eby lepiej wi- dzieć. Nogi te miała ładne. Z wprawą szarpnęła d wignię i nalała porter Podobała się Travisowi. Zwłaszcza, kiedy mówiła. Miała seksowny głos. Postawiła przed nim pełną szklankę. - Źługo tu będziecie, chłopcy? - Rano wyje d amy. - Szkoda. Travis wyszczerzył zęby. Starał się nie gapić na jej biust. Wyjął z portfela dziesiątkę. - Te ałuję. My lałem, e zdą ę tu zobaczyć co ciekawego. Jak masz na imię? - Maggie. A ty? - Travis. - Pasuje do Teksańczyka. - Moi starzy te tak uwa ali. Chciała mu wydać resztę, ale machnął ręką. - Zatrzymaj to. Warto było znów usłyszeć prawdziwy amerykański. Z u miechem zamknęła szufladę kasy. - To chyba tu wrócisz? - Jasne. Odwrócił się, upił łyk i podszedł do stolika. żotowało mu się w ołądku. - Cze ć, szefie - powiedział Jack. - Gdzie Sam? - Bawi się w hotelu swoimi zabawkami. Hunter skinął głową. - My leli my, e zabłądziłe . Travis postawił szklankę i przysunął sobie krzesło. - Nie. Po prostu odezwała się centrala. Musiałem ich wysłuchać przed wyj ciem. Spojrzał na Stana i Hawajkę. - Co to za laska? - Stan zgarnął ją po drodze. - Chryste, jak on to robi?! Hunter skrzywił się. - To palant. - I kto to mówi? - roze miał się Jack. - Ile masz teraz panienek w stajni? Dwie, trzy? - To co innego. Nie jestem onaty. Stan przysięgał wierno ć przed Bogiem i lud mi. Travis wyszczerzył zęby. - Pokazujesz purytańskie korzenie, Hunter - Pieprzysz. Źostawać wira po manewrach to jednoś mieć na boku całe stado cipek to inna sprawa. - Ale jak ty je masz, jest okay, tak? Wyja nij nam to, profesorze.

Hunter pochylił się z u miechem. - Nigdy im nie mówię, e je kocham. Nigdy. Proste, nie? Je li na co liczą, to ich pro- blem. Mam czyste sumienie. Travis u miechnął się głupkowato. - Źzięki za wykład. - Co powiedziała centrala? - zapytał Jack. - Bawimy się w to? Travis stracił dobry humor. - Tak. Ale zaczekajmy na Stana, ebym nie musiał się powtarzać. Wstał i przywołał go gestem. Stan pocałował namiętnie dziewczynę i zostawił ją samą na parkiecie. - W końcu zdecydowałe się dołączyć do nas? - zagadnął Travisa. Przysunął sobie krzesło i klapnął obok Jacka. Cała czwórka siedziała teraz półkolem, plecami do ciany. Nawet poza słu bą odruchowo zabezpieczali tyły. Travis przytaknął. - Mówiłem Jackowi i Hunterowi, e wła nie wychodziłem, kiedy dostałem wiadomo ć z centrali. Powinni cie ją usłyszeć, zanim się zalejemy. - Zmądrzeli i odwołują nas? Jack zachichotał. - Jasne. Zamiast nas przydzielili do tego harcerzy. Hunter zarechotał. - Zamknijcie się! - warknął Travis. - Daj spokój, Trav - odparł Stan. - Mamy szukać małych dziewczynek? To liga juniorów. TALON nawet nie powinien o tym wiedzieć. - Mam gdzie wasze zdanie, złamasy! - odpalił Travis. - Nie znacie wszystkich faktów. Stan zało ył ręce na piersi. - Więc nas o wieć. Travis wziął głęboki oddech. - Rząd japoński miał informatora, który wiedział co o porywaczach. - Miał? - Tak. Żacet zniknął. Stan pokręcił głową. - Człowieku, to jaka ciema. Travis zgromił go wzrokiem. - żo ć twierdził, e dziewczynki słu ą za ofiary rytualneś porywają je jacy fanatycy religijni, nie pospolici przestępcy. Ale Japońcy mu nie wierzyli. - Źziwisz się im? - odrzekł Hunter. - To brzmi jak gadka psychola. - Nic z tych rzeczy. Nasi go sprawdzili. żo ć był czysty. Źobra praca, ładny dom, miła rodzina, adnego wpisu w kartotece policyjnej. Nic. - Więc co? - Wiedział, e jego opowie ć brzmi jak sen wariata. Po co miałby ryzykować, gdyby nie była prawdziwa? Inni wzruszyli ramionami. - Jedno mnie niepokoi. Kiedy wy lemy Sarę na miasto, nie będzie miała stroju maskują- cego, hełmu ani broni. Ciągle nie wiemy, czy tamci są na żuam, czy gdzie indziej. Nie wie- my, na jakim terenie dojdzie do starcia z nimi ani co potrafią - Sun Tsu mówi - odezwał się Jack – „Je li nie znasz przeciwnika, ale znasz siebie, macie równe szanse na zwycięstwo”. - Źokładnie. I nie podoba mi się to. Zapadła cisza. Siedzieli zamy leni przy stoliku, a dookoła trwała impreza. Nikt nie przypomniał tego, o czym Travis dobrze wiedziałŚ to on wpadł na pomysł, eby Sara była przynętą. Je li co jej się stanie, to będzie jego wina.

- Źla mnie ta operacja jest tak samo wa na, jak ka da inna - powiedział. - Nie chcę, eby Sarze co się stało, poniewa wy nie potraktowali cie tego zadania powa nie, głąby. - O mnie się nie martw - odparł Stan. - Zrobię swoje. - Ja te - przytaknął mu Jack. - I ja - dodał Hunter - W porządku. To chciałem usłyszeć. Stan poło ył dłonie na stoliku i wstał. - Okay. Je li to wszystko, mam randkę na parkiecie. - Jasne - odrzekł Travis. - Zabaw się. Podeszła kelnerka. Zamówili następną kolejkę. Travis spojrzał w stronę baru. Maggie przygotowywała drinki. Podniósł szklankę, pozdrawiając ją. Zauwa yła to. Oparła rękę na biodrze, pokręciła głową i roze miała się. Bo e, ale była piękna. Szkoda, e dzi pracuje. Hunter spojrzał na Jacka. - Nie oglądaj się teraz, ale chyba wpadłe komu w oko. Travis zerknął w tamtą stronę. - Chyba tak, Jack. Cholerni piechociarze morscy wyjmują tu wszystkie dziewczyny. Jack skrzywił się. - Niech zgadnę. Mała szatynka, kupa loków na głowie, wąski tyłek, du e oczy? - Potwierdzam. - Tak my lałem. Chciała ze mną zatańczyć, jak tylko weszli my. Nie jestem zaintereso- wany. - Dlaczego, do cholery? - zdziwił się Hunter. - Zobacz, jaka jest gorąca. Jack pokręcił głową. - Nic z tego. Za chuda, małolata. Przer nąłbym ją na pół jak polano na opał. Potrzebuję kobiety, którą mogę za co złapać. Nie dmucham dzieci. Hunter odwrócił się, eby nie parsknąć miechem. - Skurwysyn - d entelmen - powiedział Travis. - Tego jeszcze nie widziałem. Nie bę- dzie dymał, bo ma zasady. Jestem pod wra eniem, Jack. Więc która ci tu pasuje? Rozejrzał się. Jack wskazał głową stolik po drugiej stronie sali. - Tamta blondyna w niebieskich szortach. Od początku pracujemy na tym samym kana- le. Hunter zerknął przez ramię. - Za wielka, człowieku. Zobacz te nogi, Travis. Zgniecie go jak dziadek do orzechów. Jack wyszczerzył zęby. - Co z wami, białasy? Nie umiecie rozło yć panience ud?! Travis przyjrzał się dziewczynie. Sam seks. Błękitne, satynowe miniszorty, pod T-shir- tem co najmniej „czwórka”. Patrzyła na Jacka, przygryzając dolną wargę. - Jasny gwint, Jack. Łap ją, zanim spadnie z krzesła! - Jeszcze nie mogę. - Źlaczego? Jezu, dziewczyna a się o to prosi! Jack wskazał ładną, rudą dziewczynę siedzącą obok blondynki. - Czekam, eby ta druga odeszła. Hunter wstał. - aden problem. Je li tylko to cię powstrzymuje... - Co ty robisz?! - zapytał Jack. Hunter wyszczerzył zęby. - Chętnie zajmę się tą drugą. Jack poderwał się i razem przeszli przez salę.

Travis ze miechem pokręcił głową. Poczuł się, jakby spadł mu kamień z serca. Powie- dział swoje i reszta go zrozumiała. Rano zadzwoni do Jen i Sary i zawiadomi je, co jest grane. Zerknął na drzwi. Stan wychodził. Spojrzał w kierunku stolika blondynki. Hunter i Jack prowadzili dziewczyny na parkiet. Popatrzył w stronę baru i zmarszczył brwiŚ Maggie zniknę- ła! żdzie ona jest? Podeszła kelnerka i zaczęła zbierać puste szklanki. Travis zapytał ją o Maggie. - Wyszła - odrzekła obojętnie. - Skończyła pracę o dziesiątej. - Aha... Travis wbił wzrok w stolik. Poczuł się głupio. Mo e się pomylił? Mo e między nimi nie było adnej „chemii”? Trudno. Kelnerka ciągle stała obok. Źobra. Skoro nici z łó ka, zostaje mu na pociechę kolejny drink. - Jeszcze raz to samo - powiedział. - Chyba trochę tu posiedzę. U miechnęła się szeroko. - Wątpię. Mam co dla ciebie. Sięgnęła za bluzkę, wręczyła mu zło oną kartkę i odeszła. Co to jest, do cholery? Papierowa serwetka. W rodku co nabazgraneŚ Jeśli nadal chcesz tu zobaczyć coś ciekawego, Teksańczyku, czekam za dziesięć minut przy samochodzie. Czerwony dodge ram pikap z nadbudówką kempingową. Jeśli nie, baw się dobrze. Maggie Travis wyszczerzył zęby. A jednak co zaliczy. Złapał kurtkę, podszedł do parkietu i rzucił Jackowi kluczyki od samochodu. Maggie chyba odwiezie go do domu? Ruszył do drzwi, pogwizdując. Rozdział siódmy 19 sierpnia, godzina 6.00 czasu lokalnego letniego, Westwood, Kalifornia Jennifer była dumna ze swojego małego studia w Westwood. Miała stąd blisko do Hollywood i takie samo wyposa enie, jak ka da pracownia efektów specjalnych w dolinie. Mo e nawet lepsze, bo TALON dawał jej dostęp do najnowszej technologii z Waszyngtonu. Przez rok uczyła się w Vegas sztuczek magicznych, ale komu potrzebna magia, kiedy ma taki sprzęt? Mimo to, udana transformacja rysów twarzy to bardziej sztuka ni nauka. Szczególnie je li zmiana obejmuje oczy. Powieki muszą być na tyle giętkie, eby czło- wiek mógł mrugać. A jednocze nie na tyle sztywne, eby utrzymały swój nowy kształt. Jen siedziała przy warsztacie i modelowała powieki z pianki lateksowej dla Sary. Miała nadzieję, e na żuam będą wyglądały na prawdziwe. Poprzedniego ranka zrobiła gipsowy odlew twarzy Sary, eby przygotować lateksowe protezy. Zaczęła od formy z masy plastycznej przypominającej dentystyczną. To delikatny proces, bo nawet najbardziej odporna osoba mo e dostać klaustrofobii pod wpływem szybko zastygającego na twarzy elu. Jennifer widziała kiedy , jak Sylwester Stalone spanikował i zerwał z siebie maskę. Ale Sara była twarda. Kiedy Jen przyklejała jej paski gazy, eby ustabilizować masę, siedziała bez ruchu. Oddychała z trudem przez nos, eby el nie zablokował jej dziurek. Uspokajała się za

pomocą autohipnozy. Przy zdejmowaniu zastygłej formy tylko się skrzywiła. Potem Jen zalała formę gipsem, eby mieć pozytyw twarzy Sary. Kiedy odlew stward- niał, wyjęła goś umie ciła na stojaku do peruk i zaczęła rze bić z gliny japońskie rysy. Mimo e Sara nie potrzebowała pełnej maski, robota wymagała oka i ręki artysty. Jej mały nos był nieco zbyt wydatny, a jego grzbiet był zbyt wypukły, aby wyglądał na azjatycki. Jen zaokrągliła cało ć gliną i poszerzyła. Sztuczne powieki całkowicie przykryły prawdziwe, ale w taki sposób, eby Sara mogła swobodnie poruszać oczami. Po skończeniu gipsowo - glinianej rze by Jen natłu ciła ją i zrobiła trzy oddzielne for- my i odlewy z twardej masy dentystycznejŚ nosa i ka dego oka. Miała teraz modele nowych czę ci twarzy Sary. Usunęła glinę z rze by, natrysnęła piankę lateksową i za pomocą pozyty- wów i negatywów uformowała z niej nos i powieki. Z niepokojem robiła ostatnie retusze protez. Jak to wyjdzie? Czy będzie wyglądało naturalnie? Czy w razie porwania Sary tamci nie zorientują się, e to pomyłka? Po porannym telefonie Travisa nie była pewna, czy ich plan jest dobry. Sara wyszła z łazienki. Nowe włosy opadały jej falą na ramiona. Były czarne i gęste. Nazywano je „chińskim jedwabiem”. Poprzedniego wieczoru Jen przyklejała je trzy godziny do krótko ostrzy onej głowy Sary. - Jak wyglądam? Jen zmru yła oczy. Sara wyskubała sobie zewnętrzne kąciki brwi. Przedtem za bardzo schodziły w dół, jak na młodą Japonkę. Teraz ró nica była uderzająca. - Super. Przyłó sobie lód. Zejdzie ci opuchlizna. Sara obróciła się w obie strony i potrząsnęła głową. - Nic mi nie jest. Te włosy są niesamowite! Jak moje własne. Jen przytaknęła. - Takie kleje teraz robią. Kiedy pracowałam w Vegas, trzeba było wplatać sztuczne włosy w prawdziwe. Z bliska to nie wyglądało naturalnie. Te mo esz myć, czesać, ciągnąć i nie odpadną. Mo e zdecydujesz się zapu cić własne? - Wątpię. Sara poło yła na łó ku walizkę i wyjęła małą, szklaną fiolkę. - Co tam masz - zapytała Jen. Sara wzruszyła ramionami i pokazała cienkie, białe pudełeczko. - Nalokson. Źwadzie cia centymetrów sze ciennych. Podskórnie. - Odtrutka? - Tak. W ciągu godziny usuwa z organizmu połkniętą morfinę. - A je li nie podadzą ci jej doustnie? Sara zacisnęła pię ci udała, e wbija sobie igłę w zgięcie łokcia. - Znajdę yłę i wcisnę tłoczek. Jen skinęła głową. Wiedziała, e Sara nadrabia miną. Po telefonie Travisa czuły się niepewnie. Jen zastanawiała się, o czym my li Sara. - Gdzie to schowasz? Sara u miechnęła się szelmowsko i wyjęła plastikową rurkę. Miała wielko ć i kształt małego penisa. - Tutaj. Jen wytrzeszczyła oczy. - Nie wygłupiaj się! - Mówię powa nie. Zastanów się, Jen! żdzie indziej mogłabym to wetknąć?! Nie ma lepszej skrytki. Nie mogę mieć tego na sobie, bo mi zabiorą. Ten pojemniczek wchodzi i wychodzi jak tampon. Ale pewnie wsunę go dopiero na miejscu. Jen wyszczerzyła zęby. - Źlaczego? Przed nami długi lot, Zrób sobie dobrze.