uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 720 559
  • Obserwuję750
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 007 791

Krystyna Boglar - Klementyna lubi kolor czerwony

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :363.9 KB
Rozszerzenie:pdf

Krystyna Boglar - Klementyna lubi kolor czerwony.pdf

uzavrano EBooki K Krystyna Boglar
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 519 osób, 98 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 70 stron)

KRYSTYNA BOGLAR KLEMENTYNA LUBI KOLOR CZERWONY NASZA KSIĘGARNIA 1981

Rozdział I w którym znajdujemy Jarzynkę i gubimy spokój ducha Była sobota dwudziestego szóstego sierpnia. Dlaczego ta data jest taka ważna, okaże się oczywiście dużo później, ale na razie dodamy tylko, że ta właśnie sobota była bardzo długa i nudna. Mimo to perspektywa wczesnego pójścia do łóżka nikomu się właściwie nie uśmiechała. No, ale co można robić innego w domku na skraju lasu po zapadnięciu zmroku? Oczywiście dorośli zawsze znajdują jakieś wyjście z sytuacji, ale co mają robić dzieci i na przykład kury? Kury są tu przykładem, bo przecież wszyscy dobrze wiedzą, że na wsi „chodzi się spać z kurami”. A to była wieś. Nazywała się bardzo zwyczajnie Aniołkowo, ale i tak wszyscy nazywali ją Wsią Wakacyjną: mama, tata i nawet gruba pani Śmietanowa, u której mieszkali. Oczywiście pani Śmietanowa też nazywała się inaczej, ale to już był jeden ze znakomitych pomysłów Asi. Bo pani Śmietanowa dostarczała wszystkim okolicznym urlopowiczom znakomitą, tłustą śmietanę - szalenie ważny dodatek do poziomek i pierogów z serem. I choć to nie był dzień „pierogowy”, ta właśnie sobota stała się bardzo ważnym dniem w życiu Marka, Asi, no i Pulpeta. Pulpet (choć z niemałym trudem) siedział na żerdce ogrodzenia oddzielającego kurnik od słonecznikowej grządki, i machając leniwie nogami, łuskał drobne ziarnka wprost ze sztywno rosnącej słonecznikowej tarczy. Pani Śmietanowa bardzo się o to gniewała, bo prawie wszystkie słoneczniki miały wyjedzone najlepsze miejsca i brzydko świeciły łysinami, ale Pulpet był tak łakomy, że nie pomagały nawet tatusiowe groźby. Siedział więc na tej żerdce, która niebezpiecznie trzeszczała, i zastanawiał się, co będzie robił jutro, bo niedziela na wakacjach niczym się przecież nie wyróżnia od pozostałych dni tygodnia. - Jak myślisz - zapytał wypluwając łuskę ziarenka - czy jutro też będzie na obiad gotowana kura? - Na pewno - odparł Marek drapiąc się zawzięcie w łydki okropnie pogryzione przez komary. Marek bardzo nie lubił gotowanej kury, ale w tej wiosce zewsząd otoczonej lasem, odległej o trzydzieści kilometrów od najbliższego miasteczka, nic innego nie można było dostać. Ziewnął szeroko i spojrzał ponad wysokie konary sosen, czerwone od promieni zachodzącego słońca. - Pobiegniemy jeszcze do Żabiego Króla? - Możemy pójść - odparł Pulpet złażąc z trudem z żerdki. - Na bieganie nie mam jakoś ochoty! Należałoby może wyjaśnić, że Pulpet tak naprawdę nazywał się Darek, ale nikt już o tym nie pamiętał, nawet mamusia, której to imię kiedyś szalenie się podobało. Nic w tym zresztą dziwnego, że przezwisko „Pulpet” przylgnęło do chłopca z taką łatwością. Jak daleko pamięć sięga. Pulpet zawsze był tłusty i nie lubił się ruszać. Toteż Marek tylko westchnął ciężko i kiwnął głową.

- Zawołać Asię? - zapytał li tylko dla formy, bo wiadomo było, że do Żabiego Króla chodzi się zawsze we trójkę. Asia skończyła właśnie rytuał wieczornego podlewania kwiatowych grządek i odstawiła pustą konewkę koło beczki z deszczówką. - Idziemy! - powiedział Marek i pociągnął głośno nosem. Z kuchni bowiem, przez otwarte okno, doleciał go zapach ciasta ze śliwkami. - Nie węsz - powiedziała Asia otrzepując ręce - dzisiaj nic z tego! Śmietanowa nie da ani okruszyny! - Właściwie dlaczego placek można jeść tylko w niedzielę? - denerwował się Pulpet. - Przecież to szalenie niesprawiedliwe! Tak naprawdę to cała trójka zgadzała się z tym całkowicie. No, bo dlaczego pieczenie takich pyszności, jakimi są bez wątpienia placki ze śliwkami lub masą orzechową, odbywa się zawsze w sobotę? A na dodatek je się dopiero w niedzielę? Dzieci wciągnęły jeszcze nosami zapach ciasta i pomału podreptały gęsiego w stronę małego stawku otoczonego ze wszystkich stron ciemnozieloną ścianą lasu. Stawek - czyli państwo Żabiego Króla - odkryli kiedyś przypadkiem w pierwszych dniach swego pobytu we Wsi Wakacyjnej. Bawiąc się w Indian, z piórami przepisowo zatkniętymi w potargane czupryny, rozpierzchli się po lesie szukając Olka - Zielonej Strzały, ukrytego gdzieś wśród gęstwiny. Głośny wrzask i chlupot, który rozległ się nagle z lewej strony wielkiego dębu, wywabił z wigwamu nawet Pulpeta, który w tym dniu pełnił straż obozową. Okazało się, że to Bolek, sam Wielki Karaluch, wódz i znakomity indiański wojownik, wpadł nagle aż po szyję w sadzawkę zarosła zieloną rzęsą. Kiedy, wyłowiony wspólnymi siłami, zrzucał przemoczoną odzież, z kieszeni na piersi wyskoczyła mu ogromna, zielona żaba. Oczywiście, był to ów Żabi Król - władca stawu bez dna, król, którego państwo, choć niewielkie, bogate było nadzwyczaj w żabich obywateli. Ba, król posiadał swój żabi chór, który wieczorami dawał nadzwyczajne koncerty. A więc kiedy tak sobie maszerowali gęsiego, idący przodem Marek nagle raptownie przystanął. Oczywiście, Pulpet wpadł na niego z impetem i o mały włos go nie przewrócił. - Co się stało? - zapytała Asia zamykająca pochód. - Ciii… - zamruczał Marek, wyraźnie czegoś nadsłuchując. - Boooję się - wyjąkał Pulpet na wszelki wypadek. Pulpetowi zawsze się wydawało, że skoro już się boi - to właściwie ma jak gdyby cały problem „z głowy”, bo przecież nic się straszniejszego już stać nie może. - Słyszycie? Ktoś tu płacze - Marek wskazał ręką kępę fioletowo kwitnących krzaków. - Tam! Teraz już cała trójka usłyszała jak gdyby ciche pochlipywanie.. - Może to duch? - zapytał Pulpet cofając się. - Duch nie chlipie, tylko dzwoni łańcuchami - odparła Asia z przekonaniem.

- No, ale jeśli akurat nie ma łańcuchów? - wyjąkał Pulpet drżącym głosem. - Idziemy! - zakomenderował Marek i zaczął się przedzierać w kierunku krzaka. - Mmoze jjja zostanę na straży - zamamrotał Pulpet, który miał ogromną ochotę wziąć nogi za pas i zwiać do domu, ale przeszkadzała mu w tym Asia stojąca za nim na wąskiej ścieżce. - Chodź, tchórzu - powiedziała i popychając przed sobą opierającego się brata zaczęła przedzierać się przez kolczaste krzewy. Chcąc nie chcąc, Pulpet sunął naprzód, rozgarniając ostrożnie gałęzie. Z wielkim trudem starał się opanować ogarniający go, przemożny strach, który obezwładniał mu nogi i wyginał buzię w podkówkę. „Nie ryknę! Wcale nie mam zamiaru ryknąć” - przemawiał do siebie raz po raz, potykając się o wystające korzenie. Tymczasem Marek dotarł wreszcie do fioletowo kwitnącego krzaka i delikatnie rozsunął gałęzie. To, co zobaczył, wprawiło go w takie osłupienie, że nie zareagował nawet na zduszony szept Asi, która szarpała go za ramię, chcąc czym prędzej poznać źródło tajemniczych pochlipywań. - No, co tam jest? - zapytała zniecierpliwiona milczeniem brata. - Co jest? - powtórzył jak echo Pulpet. - Dziecko - powiedział niepewnie Marek. - Mała dziewczynka! - Pokaż! - zażądała Asia i odsunąwszy gałąź zajrzała Markowi przez ramię. Pod krzakiem, na kupce zielonego mchu, siedziała mała, bardzo zapłakana dziewczynka. Ubrana była w czerwoną sukienkę z błyszczącego materiału, a na głowie miała zawiązaną czerwoną chusteczkę. Brudną piąstkę przyciskała do buzi, z której co chwilę wyrywał się głośny szloch, i z przerażeniem patrzyła szeroko otwartymi oczyma na nieznajomą trójkę dzieci. Biedne dziecko - wyszeptała Asia. - Skąd ona się tu wzięła samiutka w lesie? - Widocznie się zgubiła - powiedział Marek, któremu też zrobiło się bardzo przykro na widok zapłakanej buzi małej nieznajomej. Dziewczynka wyjęła piąstkę z buzi i przysłuchiwała się rozmowie. - Jak się nazywasz? - zapytał Marek, słusznie rozumując, że tylko w ten sposób można się o dziecku dowiedzieć czegoś bliższego. - Jarzynka - powiedziała mała bardzo cieniutkim głosem. - Jarzynka? - zdziwiła się Asia. - Ale masz chyba jeszcze nazwisko? Przypomnij sobie, jak się naprawdę nazywasz! - Jarzynka! - powiedziało dziecko równie cieniutko, ale z uporem. Pulpet spojrzał na nią z ukosa. - Jeśli mówi, że nazywa się Jarzynka, to na pewno tak jest - powiedział z przekonaniem. - Ja też mam nie najlepsze imię, a nikt się temu nie dziwi - dodał

przepychając się do przodu. - Ale skąd się tu wzięłaś? - Marek wreszcie ochłonął z zaskoczenia i postanowił wziąć inicjatywę w swoje, jak mniemał, doświadczone ręce. - Stamtąd - szepnęła Jarzynka wskazując rączką cztery olbrzymie grube dęby stojące w jednym szeregu. - Z lasu? - nie dowierzał Pulpet ssąc z zapałem listek zajęczego szczawiu. - Przecież to jest niedostępny bór! - Tam poszła Klementyna! - odpowiedziała wyginając buzię w podkówkę. Jej szare oczy w jednej sekundzie napełniły się łzami spływającymi jak groch po okrągłych policzkach. - Kto to jest Klementyna? - zapytał Pulpet. - Czy to twoja siostrzyczka? - Asia pełna współczucia przyklękła koło dziecka i niezdarnie gładziła małą po krótkich lokach wymykających się spod czerwonej chusteczki. - To jest moja… - mała zaniosła się głośnym szlochem. - No tak, to na pewno jej siostra - odparł z przekonaniem Marek pocierając czubek nosa. Marek zawsze pocierał czubek nosa, gdy był w kłopocie albo gdy aktualny problem przerastał jego siły. Tymczasem problem uspokajał się powoli i tylko ciche pochlipywania świadczyły o tym, że wspomnienie Klementyny było dla Jarzynki silnym przeżyciem. - I ta siostra tak cię porzuciła w lesie? - dziwił się Pulpet. Było mu bardzo przykro z powodu porzuconej Jarzynki, bo Pulpet miał, jak mawiała mamusia, miękkie serce i szalenie przejmował się czyimś nieszczęściem. Z drugiej jednak strony cieszył się, tak troszeczkę, że jego rodzeństwu nie wpadło nigdy do głowy zostawić go samego w ciemnym i o tej porze wybitnie nieprzyjaznym borze. - Ona poszła naprzód… sama… a potem ja za nią… - chlipała Jarzynka. - Może chciała nazbierać grzybów albo poziomek… - Asia starała się jakoś usprawiedliwić dziwny bądź co bądź czyn nieznanej Klementyny. - Ona przecież nie lubi grzybów! - odparła mała podnosząc na Asię ogromne, zdziwione oczy. - Nie lubi grzybów?! - wykrzyknęli jednocześnie Marek i Pulpet. - Nniee - wyjąkała Jarzynka. Marek coraz mocniej pocierał nos, tak że stał się czerwony jak pomidor, ale żaden genialny pomysł nie przychodził mu do głowy. Na jego usprawiedliwienie można dodać jedynie, że nie zdarza się przecież tak często znajdować dziewczynki w lesie pod fioletowo kwitnącymi krzakami. Gdyby jeszcze był tato! Marek z pretensją pomyślał, że tato zawsze wyjeżdża wtedy, gdy jest szalenie potrzebny. I na dodatek zabrał z sobą mamę!

- Co z nią zrobimy? - zapytała Asia. Pulpet przestępował z nogi na nogę. - Weźmiemy ją z sobą! - Oczywiście! - powiedział Marek. - Nie możemy w żadnym wypadku pozostawić jej tutaj! Robiło się ciemno. Czerwone błyski na sosnach dawno już zgasły i z lasu powiało chłodem. Cienie dębów wydłużyły się i czarnymi mackami sięgały fioletowego krzaka. - Chodźmy! - zakomenderował Marek. Pomyślał przy tym, że ma jeszcze trochę czasu do zastanowienia się nad sytuacją, w której znaleźli się tak nagle i niespodziewanie. - Hej ho, hej ho, do domu by się szło! - wrzasnął Pulpet i pierwszy pogalopował ścieżką wśród jeżyn, szczęśliwy, że wraca do domu. Asia wzięła Jarzynkę za rączkę i cierpliwie pomagała jej wydostać się z kolczastych gałęzi. Pomyślała przy tym, że dobrze byłoby mieć w domu jeszcze jedną dziewczynkę! Marek i Pulpet to bardzo dobry dodatek do życia rodzinnego, można się z nimi bawić w korsarzy albo Indian, ale jeśli ma się ochotę na coś poważnego - to potrzebna jest koniecznie dziewczynka! Zbliżali się do zabudowań pani Śmietanowej. Marek pomyślał, że chyba nie ma sensu wchodzić przez ganek, bo wtedy pani Śmietanowa natychmiast zauważy z kuchennego okna, że to nie trzy, ale cztery pary nóg tupią po kamiennych schodkach. - Stój! - zarządził półgłosem, zatrzymując się na skraju śliwkowego sadu. - Trzeba się naradzić! - W brzuchu mi piszczy! - zaprotestował Pulpet, ale zatrzymał się posłusznie. - Musimy ją jakoś przemycić do domu! Śmietanowej nic powiedzieć nie możemy, bo zaraz narobi wrzasku. Jarzynka będzie spała w moim łóżku! - A ty? - zdziwiła się Asia. - A ja? Ja pójdę na poszukiwanie… Klementyny! - odparł Marek i dumnie wypiął pierś. Bo teraz już wiedział, co ma robić! Tak, musi odnaleźć Klementynę, która na pewno też płacze ze strachu w ciemnym lesie. - Ja z tobą! - Asia podskoczyła, a razem z nią jej śmieszne, cienkie warkoczyki. - I ja! - wrzasnął Pulpet, jak zwykle bojąc się, żeby go nie zostawili samego, ale natychmiast przypomniał sobie czarny las i zrobiło mu się ogromnie ciemno na duszy. - I ja - powtórzył nieco ciszej. - Ale pod warunkiem, że mnie nie… zgubicie! - Dobrze! Postaramy się nie zgubić! Teraz przejdźcie przez tę dziurę. Marek odsunął jedną z desek w płocie i przytrzymał ją kolanem, dopóki pięty Pulpeta nie zniknęły po drugiej stronie. - Asia z Jarzynką wejdą oknem! Pulpet wbiegnie po schodkach, głośno tupiąc! Ja pójdę jeszcze do Olka i Bolka! Czekajcie na moje rozkazy! Cześć! - I pobiegł w stronę sąsiednich zabudowań.

Rozdział II w którym dowiadujemy się, do czego mogą się przydać trzy pary czystych nóg - B pięć! - mówi Bolek i cichutko chichocze. - Pudło! - odpowiada Olek i spogląda z satysfakcją na kratkowaną kartkę papieru, na której sprytnie umieścił swoją morską flotyllę. - No to G dziewięć! - ponawia Bolek. - Trafiłeś! - martwi się Olek. - Czteromasztowiec! - No to koniec z tobą! - Wcale nie! - oburza się Olek wykreślając na swoim planie tak niecnie trafiony statek. Olek i Bolek również przyjechali do Wsi Wakacyjnej, aby, jak sobie tego życzyła ich babcia: „nabrać ciała” i „wydobrzeć”. Nie wiadomo dokładnie, dlaczego „nabieranie ciała”, czyli innymi słowy „tuczenie”, odbywać się powinno w lecie, kiedy biega się po polach i lesie. Na pewno wie to babcia, ale Olek i Bolek oprócz tego, że opalili się na kolor czekoladowy - nie przytyli ani grama! Obaj bracia zaprzyjaźnili się z trójką sąsiadów i wspólnie urządzali zawody w pluciu pestkami czereśni do celu oraz zabawy w Indian. Nie uznawali jedynie spacerów do Żabiego Króla, a to z dwu względów: Po pierwsze - zawsze o tej porze jedli kolację. Po drugie - bardzo (ale to naprawdę bardzo) nie lubili żabi - G osiem, siedem i sześć - mówi Bolek z wielką ulgą w głosie. Olek pracowicie wymazuje na kratkowanym papierze swoją czteromasztową klęskę wysuwając przy tym koniuszek języka. Potem podnosi głowę i patrzy z urazą na brata. - Po co odpukujesz? - Co odpukuję? - dziwi się Bolek i nadstawia Puk. Puk. Puk. - To nie ja! To ktoś puka w okno! Bolek podnosi się ostrożnie z krzesła i chwyta przygotowany „na wszelki wypadek” łuk indiański. Skrada się ostrożnie w stronę okna. Nagle odwraca się błyskawicznie i celuje strzałą prosto w Olkową pierś. - Co robisz, wariacie! - wrzeszczy Olek i chowa się pod stół. - To na wszelki wypadek, żebyś mi nie zaglądał do moich okrętów! Bolek wysuwa ostrożnie głowę przez okno. Nic. Ciemno. W oddali szumią wysokie sosny. - Ciii… Bolek, to ja, Marek - słyszy ostrożny szept dobiegający z wielkiej kępy

łopianów rosnących pod oknem. - Dlaczego się ukrywasz? - Bolek odstawia łuk pod ścianę i wskakuje na parapet. Tak rozmawia się dużo wygodniej. Olek zajmuje miejsce obok brata i cztery chude nogi w sandałach zwisają swobodnie z okna wysokiego parteru. - Musiałem zastukać - mówi Marek teatralnym szeptem, wysuwając głowę ponad olbrzymie liście łopianu. - Nie możecie zejść? - Po co? - pytają chórem. - Ważna sprawa. Nikt nie może się o tym dowiedzieć! Znaleźliśmy dziecko… - Coś takiego - mruczy Bolek. - Pewnie przyjechało na wakacje! - Głupiś! - denerwuje się Marek, bo mu już szalenie niewygodnie w tych liściach i cierpnie mu najwyraźniej lewa łydka. - Przecież to koniec wakacji! Kto by teraz przyjeżdżał! Znaleźliśmy tę dziewczynkę w lesie… Nazywa się Jarzynka! - Aha - odpowiadają chórem Olek i Bolek patrząc na siebie niepewnym wzrokiem. - Musimy iść do lasu - szepce Marek wyłażąc z łopianu - tam została druga dziewczynka, Klementyna, i trzeba ją odnaleźć… - I my też… - zaczął Bolek, ale spojrzał na majaczący w dali czarny las i zawahał się na moment. - Nie musicie - powiedział szybko Marek, bo przecież wcale nie chciał, aby ktoś inny odnalazł Klementynę. Nam tylko potrzeba trzech par czystych nóg… - Czystych? - zdziwili się chłopcy. To wielkie zdziwienie, które wyraźnie zabrzmiało w głosach obu braci, nie było takie bezpodstawne! No, bo przecież nie jest rzeczą możliwą, aby po całodziennym uganianiu się po lesie, w kurzu, po mokradłach, po wilgotnej od rosy łące - nogi pozostały czyste. To jest naprawdę niemożliwe. Jeśli ktoś sądzi, ze Wieś Wakacyjna pozbawiona była całkowicie wody, której można by użyć na wieczorne mycie nóg, bardzo się myli! Woda była! Studnia pani Maciejkowej, głęboka i przepaścista, zawierała wodę zimną i czystą jak kryształ. Trzeba było tylko chcieć! Ba! A oni na ogół nie chcieli. To znaczy - nie chcieli się myć. Na próżno pani Maciejkowa napełniała wodą wielką balię, w której mogło się na dobrą sprawę zmieścić sześciu takich brudasów jak Bolek i Olek. Oni zawsze umieli znaleźć jakiś wykręt. A teraz te czyste nogi! - Po co? - zapytali chórem, ale już z mniejszym zainteresowaniem. - To wszystko przez Śmietanową - szeptał Marek głuchym basem. - Ona zawsze nam sprawdza nogi przed zaśnięciem! No tak. To była prawda. Pani Śmietanowa, której opiece powierzali rodzice często swoją trójkę pełniła tę funkcję z godnością i pewnym… umiarem. Tuż przed zaśnięciem wkraczała do pokoju dzieci, przekręcała kontakt i przy nikłym świetle wysoko zawieszonej żarówki sprawdzała czystość trzech par nóg wysuniętych w tym celu poza żelazne pręty łóżek. Kto zaś leżał w tych łóżkach, było dla pani Śmietanowej rzeczą tak

oczywistą, że nie należało się w ogóle nad tym zastanawiać. Naturalnie dużo gorzej przedstawiałaby się sprawa, gdyby na przykład zachciało jej się sprawdzać uszy! No, ale to się jeszcze nigdy nie zdarzyło. - Okropne! - westchnęli bracia i spojrzeli na swoje czarne pięty. - Musicie zająć nasze miejsca w łóżkach - wyjaśniał Marek - i jak wejdzie Śmietanowa… - O! To my mamy spać zamiast was? - wykrzyknął Olek wesolutko. - Coś w tym rodzaju! My idziemy zaraz do lasu. - Aha - powiedzieli znów chórem i spojrzeli po sobie. „To może być zabawne” - pomyślał Bolek. Dawno już marzył o jakiejś przygodzie, która by pozwoliła wrócić we wrześniu do szkoły z porcją solidniejszych wspomnień niż te, które w danej chwili posiadał. „Może to właśnie to?” - pomyślał w tym samym czasie Olek, który bardzo, ale to bardzo chciał raz chociaż prześcignąć brata. Zawsze Bolek i Bolek! To on został wodzem, Wielkim Karaluchem, któremu Olek musiał się podporządkować, czy chciał, czy nie. - No więc co? - zaszeptał zaniepokojony Marek. - Dobrze! - odkrzyknęli z okna odrobinę może zbyt głośno jak na tak wielką tajemnicę. - Więc słuchajcie - zaszemrał Marek, któremu cierpła już druga łydka i sztywniał kark od ciągłego zadzierania głowy - dwa łóżka będą wolne! W trzecim będzie spać Jarzynka… - Aha! Zamiast Asi - domyślił się Olek. - Tak. I wystawcie tylko nogi. Czyste! - dodał groźnie. - Bo inaczej figa i klops z całej historii! Teraz idę do domu przygotować plan akcji. Musicie wejść oknem dokładnie o dziewiątej trzydzieści. O dziesiątej przychodzi Śmietanowa. - Hej! - zawołał Bolek, który chciał się jeszcze dowiedzieć, kto to są właściwie ta Jarzynka i Klementyna. Ale Marka już nie było. Wiatr, który nagle zerwał się ni stąd, ni zowąd, zaszumiał groźnie i przebiegł falą po gęstych krzakach jaśminu. W oddali ledwie widoczne na tle czarnego nieba sosny kłaniały się sobie nawzajem rozległymi konarami. - Bym nie poszedł - przyznał się odważnie Olek oczekując aprobaty. - Bym poszedł - powiedział jak gdyby od niechcenia Bolek i spojrzał na brata z wyraźną pogardą. Odwrócił się i zeskoczył na podłogę. Za nim zrobił to Olek. - Po co? - zapytał Olek. - Co: po co? - No, po co byś tam poszedł? - Do lasu? A dlaczego to właśnie oni mają ją znaleźć? Ja też potrafię odszukać w

lesie tę dziewczynkę! Zresztą, za takie czyny dostaje się medale! - Jakie medale? - zdumiał się Olek. - Za odwagę! Olek westchnął głęboko. To był argument. Z doświadczenia wiedział, że pójdzie za Bolkiem do tego dalekiego, ciemnego lasu. Pokusa była silniejsza od strachu. Tylko te nogi… - Czym myjemy? - zapytał przypomniawszy sobie, że mydło wyrzucili wczoraj w krzaki. - Może proszkiem do prania albo tym, którym pani Maciejkowa szoruje garnki… - Dobra, idziemy! Cicho wsunęli się do sionki. Drzwi do kuchni były uchylone. Olek ostrożnie zajrzał przez szparę. Nie widząc nikogo wśliznął się do środka i porwał puszkę z proszkiem do czyszczenia, stojącą na kuchennym piecu. - Teraz szybko na dwór! Za chwilę zgodnie szorowali nogi w cebrzyku pełnym deszczówki, zielonych liszek i opadłych liści. - Do kolan wystarczy, co? - targował się Olek machając nogami w powietrzu, żeby prędzej wyschły. - Uważaj teraz - Bolek podniósł ostrzegawczo palec w górę, zupełnie tak, jak to robił w szkole pan nauczyciel - jak tylko Śmietanowa wyjdzie z pokoju, zaraz wyskakujemy oknem i biegniemy na poszukiwanie… - Myślisz, że my będziemy szybsi? - Pewnie! Pulpet toczy się jak żółw! Będą się wlekli! - roześmiał się głośno Bolek. Ponieważ sprawa czystych nóg, która w zasadzie była najtrudniejsza, została już z grubsza załatwiona, nic nie stało na przeszkodzie, aby obaj chłopcy cichutko i szalenie ostrożnie przedostali się przez podwórze na ścieżkę łączącą oba domostwa. Była to wąska, piaszczysta dróżka, którą w zależności od wygranej lub przegranej bitwy Asia nazywała „Gościńcem Zwycięzców” lub „Zwyciężonych”. Więc kiedy tak sunęli brzegiem wspomnianej ścieżki, myśleli o tym samym, tylko całkiem inaczej. Bolek zastanawiał się, czy nie należałoby jednak wtajemniczyć w tę sprawę kogoś z dorosłych. Ale kogo? Rodzice byli, jak się to mówi, za górami, za lasami… Maciejkowa? Nie! Wykluczone! Maciejkowa narobiłaby tylko wrzasku na samo wspomnienie nocnej wyprawy! A z drugiej strony - wizja medalu za odwagę! Olek na pewno się boi. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Cała więc odpowiedzialność spadnie jak zwykle na niego - Bolka! Trudno. Trzeba tylko poprowadzić swoją dwuosobową drużynę, której jest członkiem i naturalnie głównodowodzącym w jednej osobie. Wyprawa nie będzie łatwa. Jest ciemno. Ponadto mają zostać z tą… jakże jej tam… aha, Jarzynką. Cóż to za dziwaczne imię! Przypomina coś, o czym nie bardzo wiadomo, czy jest treścią, czy tylko ozdobą talerza z drugim daniem. I co gorsze przeważnie bywa szpinakiem! Brrr! No, ale tym razem to jest dziewczynka. Tylko że nie powinno się jej znów zostawiać samej! No, ale zostanie w

domu. To już coś. I w ciepłym łóżku! Musimy się od niej dowiedzieć czegoś więcej o tej drugiej, zgubionej w lesie… Tak. To pozwoli nam może lepiej umiejscowić punkt, w którym zniknęła. W takim razie moglibyśmy znaleźć Klementynę o wiele szybciej niż tamci. Koniecznie trzeba ich ubiec i wreszcie ogłosić swoje wielkie, absolutne, wakacyjne zwycięstwo! W tym samym czasie Olek myślał nad tym, co ta biedna dziewczynka robi sama w tym okropnym lesie? No, a gdyby tak na przykład mnie ktoś zgubił? Oczywiście, że nikt nie może mnie zgubić, jestem już duży, ale gdyby? To co bym robił? Pewnie bym się bał! Nawet na pewno! Chłopcy przyspieszyli kroku. - Jak myślisz, która godzina? - zapytał Bolek. Olek uniósł głowę ku gwiazdom. - Według słońca to bym ci pewnie powiedział! Ale teraz jest na to za ciemno! - Trudno - odparł Bolek mocując się z wiadomą deską w płocie, od strony sadu. Przedzierali się przez krzewy malin. Bolek zatrzymał się na chwilę pod śliwką i zerwał dwa duże owoce. - Masz, ale szybko! - Aaego yybko? - zabulgotał Olek z pełnymi ustami. Musiał przystanąć na chwilę, żeby z czeluści kieszeni wyciągnąć chustkę do nosa. Pospiesznie wytarł spływający po brodzie sok i pogalopował za Bolkiem. Tamci już czekali. Czaili się pod oknem, wskazując na migi, że droga wolna. - Tylko jej nie przestraszcie! - szepnęła Asia do ucha Olkowi. - Ona o byle co płacze! - I już jej nie było! „Zupełnie jakby się rozpłynęła w powietrzu!” - pomyślał Olek, ale nie miał czasu na dłuższe medytacje, bo Bolek kiwał na niego palcem. Przeskoczyli parapet i na palcach zbliżyli się do łóżka, na którym siedziała troszkę wystraszona Jarzynka. - Cześć - powiedział Bolek przestępując z nogi na nogę. Czuł się bardzo nieswojo. To oczywiście zupełnie naturalne uczucie, bo Bolek i Olek nie mieli siostry i nie zadawali się z „żadnymi dziewczynami”. Asia - to było całkiem co innego. Po pierwsze była siostrą Marka i Pulpeta, a ci zaliczali się do przyjaciół, a po drugie była taka jakaś inna! Nigdy się nie mazała i znakomicie potrafiła się skradać! - Cześć - powtórzył Olek i przysiadł na brzegu łóżka. - Wiesz, co masz robić? - zapytał Bolek. - Tak - szepnęła Jarzynka i schowała się natychmiast pod kołdrę wystawiając przez pręty gołe nóżki. - To fajnie! Olek, marsz pod koc!

W jednej chwili znaleźli się w łóżkach. Był to już ostatni moment, bo zaraz potem usłyszeli głos pani Śmietanowej żegnającej na progu domu jakąś swoją kumoszkę. Cała trójka z bijącymi sercami czekała na chwilę, kiedy pani Śmietanowa zapali światło. Bali się tak okropnie, że w końcu ten moment jakoś uszedł ich uwagi. - Śpicie, smyki? - zadudnił głos pani Śmietanowej zupełnie tak samo, jakby się grom przetoczył po niebie. - Nogi czyste? Dobrze! Burza idzie chyba czy co? I światło zgasło. Byli uratowani. Bolek odczekał chwilę, potem dał sygnał Olkowi. Jarzynka wysunęła głowę spod kołdry i ciekawie przyglądała się chłopcom. - Też idziecie? - Pewnie! Powiedz tylko, jak ona jest ubrana ta… Klementyna? - Ubrana? - Jarzynka aż otworzyła buzię z wrażenia. - No, w jakim kolorze? - Szarym, ale… - U rety! Szary kolor w takich ciemnościach! - martwił się Bolek. - Ale ma czerwoną chusteczkę na głowie! Ona lubi tylko czerwony kolor! Chyba, że ją znów gdzieś zgubiła! Zawsze gubi chusteczki! - zaszlochała Jarzynka. - Cicho, nie płacz! Na pewno ją znajdziemy! - I przyprowadzimy tutaj! Olek pomyślał, że to wcale nie jest takie pewne, ale w tym samym momencie Bolek pociągnął go za nogawkę. Pomachali rękami dziewczynce i jednym susem znaleźli się w sadzie. Wiatr szumiał. Od strony miasteczka nadciągała dziwna, srebrnoszara chmura. Olek spojrzał w niebo i przypomniał sobie, jak bardzo boi się burzy, ale wstydził się o tym powiedzieć bratu. Bolek zresztą pomyślał dokładnie o tym samym. Westchnęli obaj cichutko i pomaszerowali ledwie majaczącą w mroku ścieżką.

Rozdział III w którym dowiadujemy się, czym się kończy podsłuchiwanie rozmów telefonicznych Bandyci są coraz bliżej. Tolek wyciąga nogi, jak tylko może najszybciej. Byle do tego domu, który na horyzoncie. Bandyci też przyspieszają kroku. Są tuż, tuż. Tolek czuje nawet na karku przyspieszony oddech tego najgroźniejszego. Drrrrrr! Drrrr! Co to? Klakson samochodu? Gdzie dom? Gdzie się podzieli bandyci? Drrrrr! Tolek z rozmachem siada na łóżku. Więc to był tylko sen? Okropny sen o bandytach! Szeroko otwartymi oczyma wpatruje się w ledwie widoczną plamę okna. Ciemno, głucha noc. Drrrr!!! Natarczywy dźwięk świdruje w mózgu. Telefon! W gabinecie taty! Naturalnie tato nie słyszy! Tolek zrywa się z łóżka i już pędzi do drzwi, kiedy z sąsiedniego pokoju dolatuje go charakterystyczne klapanie rannych pantofli tatusia. Tolek leciutko popycha drzwi i wsuwa w szparę swą rozczochraną głowę. - Haloo! Tak! Tu sierżant Brzęczek. Co się stało? Co? Nic nie słyszę! Tolek wzdryga się, bo mu się nagle zrobiło chłodno w bose stopy. Zerwał się wiatr i łomoce okiennicą. „Burza będzie czy co? - myśli przestępując z nogi na nogę. - Kto to telefonuje po nocy? Może się zdarzyło coś ciekawego?” - Haloo! - woła sierżant Brzęczek i nerwowo stuka w widełki aparatu. Kto zginął? Dziecko? Czyje dziecko? Czyje? Nie słyszę… No tak. Tego jeszcze nie było. Tolek wraca cichutko do łóżka i wsuwa stopy w przydeptane papucie. Narzuca na ramiona koc i wraca na swój posterunek pod drzwiami. To może być coś interesującego. Dziecko! Gdzie mogło zginąć dziecko? I komu? Zagląda przez szparę i widzi ojca nerwowo dmuchającego w wysłużoną słuchawkę telefoniczną. Tatuś jest w piżamie i tak śmiesznie wygląda! Zupełnie nie jak sierżant Milicji Obywatelskiej. Tatuś w mundurze - to całkiem co innego! Tolek, oczywiście, jest szalenie dumny z taty milicjanta, ale w głębi duszy uważa, że te metody, którymi się tatuś posługuje na co dzień w swej pracy zawodowej, są jakieś takie nie „detektywistyczne”! Bo gdzie tam posterunkowi w Aniołkowie do znakomitego gabinetu słynnego angielskiego detektywa Sherlocka Holmesa, którego przygody oglądał Tolek w telewizji. I tatuś wcale nie chce palić tej fajki, którą Tolek z zaoszczędzonych pieniędzy kupił mu na imieniny. Fajka to jeszcze głupstwo, ale tatuś nie umie wcale grać na skrzypcach.

Tymczasem telefon wydaje z siebie co chwilę jakieś dziwne dźwięki, a tatuś coraz mocniej przyciska słuchawkę do ucha i nic, ale to zupełnie nic nie słyszy poprzez szum wydobywający się z membrany. - Hallooo! Więc co z tym dzieckiem? Aha, dziewczynka! Dokąd poszła? Do lasu? Do lasu! Jolek ze zdumienia aż przysiadł na piętach. Dziewczynka poszła w nocy sama do lasu! Ale po co? I nie bała się? To dziwne! Dziewczynki na ogół są znane z tego, że nie ruszają się same po ciemku z jednego pokoju do drugiego, a co dopiero do lasu! - Za kim poszła? Nie słyszę? Za Klementyną? A kto to jest? - Hallooo! Halloooo! No tak. Urwało się. Rozmowa urwała się nagle, jakby ktoś nożem przeciął kabel telefoniczny. Sierżant Brzęczek jeszcze kilkakrotnie dmuchał w słuchawkę, ale bez skutku. Telefon pozostał głuchy. Sierżant zmarszczył czoło i mruczał coś pod nosem, czego Tolek nie mógł z tej odległości usłyszeć. I chyba dobrze, że nie usłyszał, bowiem gromy, które padały z ust tatusia na telefony i współczesną technikę w ogóle, a wiek postępu w szczególe - nie nadawały się absolutnie dla bądź co bądź dziecinnych uszu Tolka. - To skandal! Co to w ogóle za meldunek! - denerwował się sierżant. Tolek otworzył szerzej drzwi i wyplątał się z koca. Zastanawiał się cały czas nad tym, co teraz robi w lesie obca dziewczynka. - Tato - zaczął niepewnie - ale chyba jej się nic nie stanie? - Komu? O czym ty mówisz? A w ogóle co ty tutaj robisz po nocy? Ba, na to nie było łatwo odpowiedzieć nawet Tolkowi. Przecież wiedział, że podsłuchiwanie cudzych rozmów telefonicznych, a w szczególności służbowych rozmów tatusia jest surowo wzbronione. - No, telefon dzwonił… - Faktycznie! Tylko niczego nie można było zrozumieć! - martwił się sierżant siadając na krześle. - Zdaje się, że zginęła jakaś dziewczynka, trzeba będzie jej szukać… - No, ale jak jej będziesz szukał? W lesie w nocy? Ba, tego jeszcze sierżant Brzęczek nie wiedział. Nie wiedział również, jaka była prawdziwa intencja tego pozornie tylko niewinnego pytania. Otóż Tolek od wielu lat marzył o jakiejś wielkiej akcji. Termin „Wielka Akcja” został oczywiście zapożyczony z kolejno czytanego kryminału i oznaczał w jego pojęciu coś wielkiego, co należałoby przeżyć, i to chyba jak najszybciej, bo przecież nieuchronnie zbliżał się koniec wakacji, a z nim jakakolwiek szansa na przygodę. Oczywiście Wielka Akcja nie powinna być tylko zwykłą przygodą wakacyjną, bo samo słowo „akcja” jest tak ważne i groźne, że wymaga stanowczo przynajmniej plutonu milicyjnego, paru karabinów maszynowych i stada wytresowanych psów. No, przynajmniej jednego psa! Ale skąd wziąć karabin maszynowy? No i tylu milicjantów? Oprócz sierżanta Brzeczka posterunek w Aniołkowie dysponował jedynie kapralem Kluska, który, choć to

może śmieszne, nie był wcale gruby i w niczym kluski nie przypominał. Przeciwnie, był długi i chudy jak patyk. No, a psy? O, to już nie przedstawiało takiego problemu! Tolek miał przecież własnego, ukochanego Klopsa, który dzielił z nim wszystkie chwile smutne i radosne, a nierzadko i talerz z zupą. Klops był dużym, podpalanym owczarkiem alzackim o miłej mordce i szalenie pogodnym usposobieniu. Tatuś czasem wyśmiewał niezbyt, zdaje się, rasowych przodków Klopsa, ale nie miało to żadnego znaczenia dla obustronnej miłości chłopca i psa. Tak więc ze wszystkich wyżej wymienionych rekwizytów potrzebnych do Wielkiej Akcji - Tolek dysponował jedynie psem. I to nie tak bardzo dobrze wychowanym i wytresowanym, jak tego wymagałyby okoliczności. No, ale przecież jeszcze nie zanosi się na żadną akcję, nawet najmniejszą! Tato, czy będziesz szukał tej, jak to ona się nazywa… - Oczywiście! Zaraz wyślę kaprala Kluskę do miasteczka. On tam wyjaśni, że meldunek telefoniczny był niezrozumiały i że przerwany został najprawdopodobniej kabel telefoniczny… Może zorganizujemy coś wspólnie… Ale, ale marsz do łóżka! Tolek przestępował z nogi na nogę i wcale, ale to wcale nie miał ochoty na spanie. Przeciwnie, pomyślał, że może należałoby zacząć własne działanie. Ale jak? Dziewczynka pewnie gdzieś siedzi pod drzewem albo co gorsze błąka się w gęstych krzakach. Las jest duży, to prawda, i szansa na znalezienie jej w nocy - mała. Takie akcje lepsze są w dzień. No, ale w dzień będzie już pewnie po wszystkim. Zajmie się tym zaraz tatuś wraz z milicją i wszystko przepadnie! Milicja dysponuje psami, samochodem, w ogóle tak zwanym „sprzętem”. Tatuś ściągnie posiłki z miasteczka i… żegnaj, nadziejo! Więc trzeba samemu, i to zanim kapral Kluska dotrze do miasteczka. Tolek raz jeszcze spojrzał spod oka na ojca, który nerwowo bębnił palcami po stole. Telefon milczał. - Tolku, idź już spać i nie przeszkadzaj mi, bo muszę się ubrać! Tolek kiwnął głową. O to mu przecież chodziło. Skoro nie ma mowy o akcji z karabinami maszynowymi, będzie akcja prywatna Tolka Brzęczka. Tylko pod jakim hasłem? To jasne, że musi być hasło, czyli, jak mówią w milicji, kryptonim. Tolek usiadł na łóżku i oparł głowę na dłoni. Bardzo trudno jest coś wymyślić na poczekaniu! Może „Akcja Klementyna”? Poza tym trzeba jednak tatusiowi zostawić list! Więc wstał i poczłapał cichutko do stołu. Wydarł kartkę z zeszytu, chociaż nigdy tego nie robił, i zaczął pisać czerwoną kredka: MELDUJĘ CI TATO, ŻE AKCJA „KLEMENTYNA” ROZPOCZĘTA IDĘ Z KLOPSEM ON MA NOS JAK W SKOTLANDJARDZIE W RAZIE NIC WZMOCNIJ PSIE POSIŁKI CZEŚĆ ANATOL Tolek spojrzał na kartkę, przeczytał raz jeszcze i uśmiechnął się z uznaniem. Dobra informacja! Tato zawsze twierdzi, że najlepszy jest meldunek krótki i treściwy. A tu jest wszystko, jak trzeba. Zastanowił się na moment nad słowami „w razie nic”, ale machnął

ręką. To przecież jasne. Podszedł do okna i spojrzał na niebo. Wyraźnie zanosiło się na deszcz. Żeby chociaż nie było burzy! Wezmę kompas i Klopsa. To powinno wystarczyć. No i latarka. Bez latarki nie można się w nocy obejść. Skoro telefonowali do tatusia - dumał Tolek drapiąc się w głowę - to znaczy, że zgubiła się w naszym lesie. Ale skąd wiedzą o tym w miasteczku? Coś się tu nie zgadza. Przecież miasteczko jest oddalone od Aniołkowa o trzydzieści kilometrów! Nie, nie mogła wędrować z miasteczka. To jest absolutnie wykluczone. Tato ma rację mówiąc, że należy tę wiadomość sprawdzić. No, nic. Spróbujemy! Może jest gdzieś blisko? Należy na razie pójść tą ścieżka koło czterech wielkich dębów, którą Tolek tak dobrze zna. Zna tu prawie każde drzewo i każdy krzak. Tak czy inaczej wyruszamy. I to zanim naprawią linię telefoniczną i zanim tatuś zacznie działać. - Tolku, śpisz? - usłyszał głos ojca. Szybko wskoczył pod kołdrę i nakrył się po uszy. - Tolku, ja wychodzę do kaprala Kluski. Telefon nadal nie działa. - Dobrze, tato! - odpowiedział drżąc ze strachu, że tatuś zauważy list na stole. Ale nic się nie stało. Tatuś nie zapalił nawet światła i zamknął drzwi za sobą. Tolek odczekał jeszcze chwilę i wyskoczył z łóżka. Ubrał się szybko i nie chcąc robić hałasu wdrapał się na parapet okna. Stamtąd - tylko jeden skok do ogródka. Klops w swojej budzie zaskomlił radośnie. Tolek czule pogłaskał go po łbie. - Chodź, piesku! Idziemy na wielką akcję! Sprawdził latarkę, czy świeci, i kompas, czy działa. Pies machał ogonem i podskakiwał. Był wyraźnie szczęśliwy z powodu nieoczekiwanego spaceru. - Cicho, ciii… - mruczał Tolek trzymając go ręką za pysk - nie szczekaj, nie wolno! Otworzył drewnianą furtkę w płocie i cicho, na palcach, wydostał się na ścieżkę. Teraz trzeba było bardzo uważać. Droga do lasu prowadzi obok domu, w którym mieszka sierżant Kluska. A skoro tatuś tam właśnie poszedł… można się niespodziewanie na niego natknąć. Tego zaś za wszelką cenę należy uniknąć! Tolek posuwał się wzdłuż płotu. Za nim bezszelestnie biegł Klops. Pies miał nastawione uszy i łowił każdy, najmniejszy nawet szelest. Tak dotarli do zielonej furtki domu, w którym mieszkał kapral. Nagle Klops przystanął i cicho warknął. Tolek przylepił się całym ciałem do grubego pnia jabłoni. - Trzeba natychmiast pojechać do miasteczka - odezwał się w ciemnościach głos sierżanta. - Gazikiem, panie sierżancie? - Nie, wystarczy wam motor. - Już się jedzie! - Zameldujcie się u komendanta w miasteczku, zapytajcie, co się właściwie stało, i natychmiast wracajcie. Motor stoi u mnie w szopie. Dam wam jeszcze meldunek. - Tak jest! - odkrzyknął służbiście kapral Kluska.

Sierżant zszedł z ganku po kilku drewnianych stopniach, które okropnie skrzypiały, i otworzył zieloną furtkę. Tolek mocno przywarł do pnia. Z całej siły trzymał Klopsa za pysk. Bał się, że pies pobiegnie do tatusia, który przecież nie powinien go zauważyć. Sierżant niczego nie podejrzewając przeszedł o krok od psiego ogona. Zamyślony, z pochyloną głową, szedł w kierunku domu. Tolek odczekał jeszcze chwilę, poklepał psa i ruszył ścieżką przed siebie. * * * Ciemno było, choć oko wykol, i na dodatek zanosiło się na solidną burzę. Za chwilę pociemniało jeszcze bardziej, a srebrna chmura zasnuła już całe niebo. Wiatr zrywał się co chwilę i łomotał wśród konarów drzew. Wyglądało zupełnie niewesoło. Wprost nie do wiary, że ten sam las, zielony i słoneczny, był miejscem najwspanialszych zabaw wszystkich dzieci z Wakacyjnej Wsi! Pulpet zresztą też nie wyglądał wesoło. Wlókł się za Asią i spod oka łypał na ciemną ścianę drzew. Za to Marek maszerował wcale dzielnie i zastanawiał się, czy nie byłoby lepiej, gdyby zamiast jak teraz gęsiego weszli do lasu tyralierą, to znaczy tak, jak robią żołnierze w czasie bitwy. Albo partyzanci. Ale czy reszta się na to zgodzi? Mogliby przecież do siebie pohukiwać od czasu do czasu. Nie, oni nie zechcą się rozdzielić za nic w świecie. Pierwszy zaprotestuje oczywiście Pulpet. I co gorsza ryknie. A nie ma nic straszniejszego na świecie od widoku ryczącego Pulpeta. Ta dziewczynka nie powinna zresztą być daleko. Jarzynka wskazała rączką kierunek. Powinna być gdzieś w okolicy Żabiego Króla. No, w każdym razie niewiele dalej. - Może go jednak odstawić do domu? - zapytała Asia biorąc Pulpeta za rękę. - Nie! Nie pójdę! Chcę z wami! - Nie wrzeszcz - powiedział spokojnie Marek - nie mamy już czasu na powrót. Jedyna nadzieja, że nie będziesz się mazał! - Nie będę - powiedział Pulpet słodziutkim głosem. - Dobrze, że zostawiliśmy Olka i Bolka. Jarzynka będzie miała opiekę - powiedział Marek, czując cały ciężar odpowiedzialności za losy małej dziewczynki. * * * Ba, nie mógł przecież wiedzieć, że Olek i Bolek posuwali się już za nimi tą samą dróżką. Mieli na dodatek trudniejsze zadanie. Musieli się ukrywać. Przed grupą Marka oczywiście. Za nic w świecie nie mogli się natknąć na kogokolwiek z nich. Bolek wierzył święcie, że znalezienie Klementyny jest najważniejszym zadaniem, jakie przypadło im w udziale podczas tegorocznych wakacji. Bolek musi odszukać dziewczynkę, zanim znajdzie ją Marek. O tym, że w tak dużym lesie łatwo się samemu zgubić, nikt z nich jakoś nie pomyślał. Bolkowi ambicja nie pozwalała na strach, Marek natomiast myślał wyłącznie o tajemniczej nieznajomej błąkającej się może za tym, a może za tamtym krzakiem. Oczywiście odległość między grupą Marka a Bolkiem i Olkiem była dość znaczna, bo

przecież tamci wyszli co najmniej pół godziny później. Jeżeli nawet nie więcej… * * * Ale w lesie był jeszcze szósty wtajemniczony! Tolek, który nic, ale to zupełnie nic nie wiedział, że ktoś jeszcze wcześniej udał się w tym samym celu do lasu. No, bo skąd miał wiedzieć? Tolek nie znał wcale tamtych dzieci. Tak się bowiem dziwnie złożyło, że mieszkając na drugim końcu wsi nie miał okazji się z nimi zetknąć. Bawił się z innymi kolegami, którzy też przyjechali do wsi na wakacje, ale ku ogromnemu żalowi Tolka wyjechali wcześniej. Tak więc Tolek wyszedł z domu najpóźniej i kiedy wraz z Klopsem szedł dróżką, pozostała piątka detektywów była już w lesie od dłuższego czasu.

Rozdział IV w którym dowiadujemy się, kogo doprowadza do szewskiej pasji kichanie czerwonego samochodu Pan Ignacy Prokop - reporter, który zapełniał codziennie stronice stołecznej gazety najbardziej sensacyjnymi wiadomościami - czuł się zmęczony. Zmęczenie tym bardziej dało mu się we znaki, że przyszło w momencie, gdy pan Ignacy siedział za kierownicą swojego czerwonego samochodu, i to na samym środku szosy. Dodajmy: szosy nieznanej, albowiem podróż, którą przedsięwziął reporter, była z typu podróży w… nieznane. Nieznane było również źródło dziwnych dźwięków przypominających kichanie, które dobiegały spod zamkniętej maski samochodu. Wszystko to nie byłoby w końcu takie denerwujące, gdyby nie fakt, że od najbliższego miasteczka dzieliło reportera około trzydziestu kilometrów wyboistej drogi, którą mapy tego rejonu określały szumnie mianem „szosy”. Kichanie nie pozwalało panu Ignacemu na spokojne rozpatrzenie sytuacji. Brzmiało tak, jak gdyby w silniku siedziało sześć bardzo zakatarzonych kotów. Pan Ignacy, który miał dość gwałtowne usposobienie, powinien w zasadzie pienić się ze złości nad kichającym motorem, ale - był na to zbyt zmęczony. Czerwony samochód - źródło nieustannych trosk i kłopotów - miał zawieźć pana Ignacego Prokopa na dobrze zasłużony odpoczynek do pewnej leśniczówki, w której mieszkał chwilowo jego przyjaciel - malarz Telesfor Knot. W tej jednakże sytuacji, w jakiej znajdował się pan Ignacy, odpoczynek w leśniczówce pana Telesfora oddalał się z każdą minutą. - Co robić? - zastanawiał się pan Ignacy Prokop stukając końcem parasola w skomplikowane kłębowisko żelastwa wypełniające wnętrze otwartej maski. - Może to tu? A może całkiem gdzie indziej? Pan Ignacy westchnął głęboko i otarł pot z czoła. Spojrzał na niebo i zasępił się. Idzie deszcz! A może nawet burza! To byłoby najgorsze! Czerwony kabriolet nie dawał żadnego zabezpieczenia i reporter był całkowicie pozbawiony tego, co się potocznie nazywa dachem nad głową. Droga wiodła wśród pól i młodych zagajników, które nie stanowiły żadnej naturalnej osłony przed ewentualnym deszczem. Pan Ignacy wyciągnął ze schowka dużą mapę samochodową i rozłożył ją na kolanach. Zaświecił latarkę i końcem ołówka wodził po liniach przedstawiających skomplikowaną sieć dróg. To tu - powiedział sam do siebie i znów westchnął. Miejsce, w którym się znajdował, było jeszcze niestety bardzo daleko od położonej w głębi lasów leśniczówki. A samochód stał i kichał. „On tam na pewno zajada jajecznicę - pomyślał o swoim przyjacielu malarzu może nawet jajecznicę z pięciu jajek?” To było już nie do zniesienia! Wszystko mógł darować,

ale to, że w tej samej chwili Telesfor Knot zajada jajecznicę… - Nie! - wykrzyknął pan Ignacy i zerwał się na równe nogi. - Ja się z tym nie zgadzam! Jak gdyby w odpowiedzi na ten pełen rozpaczy okrzyk błysnęło nagle i daleki grzmot przetoczył się po niebie. - Burza! - jęknął pan Ignacy i ze zdwojoną siłą zaczął stukać w zwoje rurek i innych metalowych części składających się na silnik. - Apsik! Apsik! - odpowiedział samochód. Pan Ignacy zakręcił się wokół własnej osi i z całej siły kopnął nogą w zderzak. I nagle stał się cud! Motor kichnął, prychnął i zarżał mocą swych wszystkich koni mechanicznych. BUUUUUMMMM!!! Łoskot piorunu jeszcze nie przebrzmiał, gdy ostra błyskawica znów przecięła czarne niebo. Pan Ignacy wskoczył do samochodu i nacisnął gaz. Samochód ruszył z kopyta. BUBUUUUUMM!!

Rozdział V w którym ktoś gubi się w lesie, ale ponieważ jest burza, więc nikt się niczemu nie dziwi BUUBUUUMMMM!! Olbrzymia, zielona błyskawica przecięła całe niebo i zlała się razem z piorunem w jeden przeraźliwy „światłohuk”. W jednej chwili, w czarnym dotychczas lesie, zrobiło się jasno jak w dzień. - Ratunku! - wrzasnął Pulpet i rzucił się pędem przed siebie. - Stój! - wykrzyknęli jednocześnie Asia i Marek bojąc się, że Pulpet zginie im w lesie. Ba, nie ma się czemu dziwić! Ta sama błyskawica przeraziła również dorosłego bądź co bądź pana Ignacego. - Booooję się! - wyjąkał Pulpet swoje tradycyjne zdanie. Znów było bardzo ciemno, tylko wiatr szarpał włosy i ubranie i rzucał na ziemię połamane gałązki i liście. - Dobrze, że nie leje! - powiedziała Asia i przystanęła na ścieżce. - A może burza przejdzie bokiem? Szli już dość długo, bacznie rozglądając się na boki i przetrząsając okoliczne zarośla. Nawet Markowi wydawało się, że już, już, a znajdą się po drugiej stronie lasu. Dawno minęli punkt graniczny, którym były trzy srebrne świerki stojące jak ołowiane żołnierzyki w jednej linii. To był punkt, poza który nie zagłębiali się w las. Nawet w dzień. Oczywiście, nigdy jeszcze nie byli w lesie w nocy. Asia ujęła Pulpeta za rękę i pociągnęła za sobą. - Czy on się jeszcze trzęsie? - zapytał Marek macając ręką przed sobą, bo jakieś zeschnięte gałęzie zwisały z drzew aż na ścieżkę - Nie wiem, czy się trzęsie, ale na razie się nie zgubił! - odparła Asia popychając braciszka. - To nie ze strachu - zaczął Pulpet - tylko… - Uwaga! - wrzasnął nagle Marek, ale… było już za późno. Asia i Pulpet usłyszeli jedynie jakiś grzechot, a potem łomot padającego ciała. - Ratunkuuu… - usłyszeli głos Marka, ale dziwnie daleki i zduszony. BUUUUMMMMM!!!! Gruchnęło tak nagle i bez żadnego ostrzeżenia, że wystraszony Pulpet wyrwał się z rąk Asi i skoczył przed siebie w ciemność. - Pulpet! Marek! Gdzie jesteście? Odezwijcie się! - wołała Asia kręcąc się bezradnie w miejscu. Teraz i ona się bała. Było okropnie. Las jak gdyby ożył i nagle wydało się, że

jest pełen szelestów, szmerów i jęków. Co chwilę pobłyskiwały w gąszczu jakieś zielone punkciki, ni to robaczki świętojańskie, ni to czyjeś oczy! - Marek! Odezwij się! - wrzeszczała przekrzykując narastający szum wiatru. Zamiast odpowiedzi usłyszała tylko jakieś szamotanie i czyjś daleki jęk. A oto co przydarzyło się Markowi: zboczywszy ze ścieżki chłopiec potknął się nagle o wystający korzeń, przewrócił i… zjechał po zboczu do głębokiej jamy pełnej igliwia i kłujących szyszek. „To chyba czyjaś nora?” - pomyślał, gdy wreszcie zdołał nieco oprzytomnieć W świetle kolejnej błyskawicy zobaczył wysoką krawędź i… ku swemu przerażeniu jakiś ciemny kształt, który spadał wprost na niego z góry. „Niedźwiedź!” - przemknęło mu przez myśl i w tej samej chwili poczuł straszny ciężar walący mu się na głowę i piersi. Nie namyślając się zamachnął się i z całej siły kopnął nieprzyjaciela. - Uuaaaaa! - zawył Pulpet z bólu i przerażenia, albowiem był to on we własnej, śmiertelnie wystraszonej osobie. - To ty? - zapytał Marek przytomniejąc. - Aaaa kto? - zabulgotał Pulpet rozcierając sobie bolące siedzenie. - A ty myślałeś, że to słoń? - Myślałem, że to niedźwiedź. Gdzie Asia? - A skąd mam wiedzieć? Nagle błysnęło i coś mnie poderwało z ziemi i rzuciło tobie na głowę - mamrotał Pulpet usiłując znaleźć jakieś dogodniejsze miejsce. - Asiu! Hej! Asiaaaa! - zawołał Marek. - Teraz się na pewno pogubimy! - martwił się nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi. Bo Marek czuł się odpowiedzialny za losy rodzeństwa. Był przecież motorem i sprężyną całej wyprawy. - Myślę, że ona też siedzi w jakiejś dziurze - powiedział Pulpet i mocno zacisnął powieki, bo tam w górze, poza krawędzią jamy, znów zrobiło się dziwnie zielono i niebiesko. - Asia? - Nie, ta dziewczynka, której szukamy! - Wiesz - powiedział Marek poufnym tonem, którego używał wyłącznie w chwilach szczególnie niebezpiecznych - wcale nie jestem pewien, czy my ją w ogóle znajdziemy! - Co ty? Co ty? - rozmazał się natychmiast Pulpet, który pomyślał właśnie, że jest tu z Markiem, a ta biedna Klementyna gdzieś tam całkiem samiutka. Poza tym wspomnienie własnych wygodnych łóżek i ciepłych koców, pod którymi wylegują się teraz Olek i Bolek, było tak bolesne, że biedny Pulpet jęknął cichutko. Marek zaś, choć to prawie niewiarygodne, z westchnieniem pomyślał o szklance gorącego mleka, którego nigdy nie chciał pić. Nawet na śniadanie.

W tej samej chwili lunął straszliwy deszcz. Nastąpiło to tak szybko i bez żadnego wstępu, że Marek podskoczył jak oparzony, uderzając głową o jakiś twardy występ. Schylił się i ku swojemu ogromnemu zdziwieniu wymacał nad głową coś w rodzaju daszku składającego się z poplątanych korzeni drzew i suchych gałęzi. - Pulpet, chodź tutaj! - wykrzyknął. Malec mokry i ogromnie nieszczęśliwy przykucnął obok niego. - Ttto mmoże być jaskinia lwa! - zamruczał drżąc na całym ciele. - Zupełnie możliwe! - roześmiał się Marek. - Ale może ten lew jest teraz na spacerze… - Ty się zawsze śmiejesz ze mnie, a mnie jest mokro - drżał Pulpet więcej ze strachu niż z zimna. - Pomyśl o Klementynie! Ona już od tak dawna błąka się po lesie i jest sama… - A Asia? Też jest sama i też… BUMMM! BUUUMM! Pulpet zadygotał i całym ciałem przywarł do Marka. Deszcz lał jak z przysłowiowego cebra. Strugi wody uderzały o gęste korony drzew, rozpryskiwały się na liściach i spadały gradem na gęste podszycie lasu. Po każdej błyskawicy robiło się jeszcze ciemniej i jeszcze straszniej. Wiatr szarpał gałęziami i wył jak stado wilków. - Ja chcę do Asi! - wykrztusił malec przylepiając się szczelniej do pleców Marka. - Tylko się nie rozmaż, panie bracie - powiedział Marek i przyjacielsko szturchnął malca w żebro. - Myślę, że teraz będziemy szukać dwóch dziewczynek zamiast jak dotychczas jednej! - A czy nie myślisz, że Asia teraz szuka nas? - Pulpet bardzo martwił się o siostrę. Oczywiście martwienie się o Asię miało i inny powód. Oprócz rzeczywistej trwogi o losy dziewczynek Pulpet chciał w ten sposób zagłuszyć własny strach. Wiadomo, że gdy w czasie burzy myśli się bardzo, bardzo intensywnie o zupełnie czymś innym - to burza jak gdyby się zmniejsza i strach nie ma już takiej władzy. Nie wiadomo, jak długo właściwie siedzieli w tej dziurze, która, choć sucha, była bardzo, ale to bardzo niewygodna. - To jest dziura jednoosobowa - powiedział Marek, któremu znów cierpły łydki. - Chyba nie chcesz, żebym sobie stąd poszedł? - zapytał Pulpet bardzo cienkim głosikiem. - Ach, skądże! - odrzekł Marek zaciskając zęby, bo w łydce biegało mu już sto tysięcy oszalałych mrówek. Zawsze się wydaje, że to mrówki. Deszcz jak gdyby ustawał, ale błyskawice w dalszym ciągu rozświetlały krawędź ich kryjówki, a pioruny waliły jeden za drugim. Cały las dudnił i trzaskał jak płonące w ogniu szczapy.