uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 720 559
  • Obserwuję750
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 007 791

Krystyna Boglar - Rodzina Leśniewskich 01, Nie głaskać kota pod włos

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :354.2 KB
Rozszerzenie:pdf

Krystyna Boglar - Rodzina Leśniewskich 01, Nie głaskać kota pod włos.pdf

uzavrano EBooki K Krystyna Boglar
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 129 osób, 56 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 86 stron)

KRYSTYNA BOGLAR NIE GŁASKAĆ KOTA POD WŁOS KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA

1978 Lato kończyło się smakiem jagód. We wczesną jesień wchodziło się wraz z pluciem pestkami słoneczników. Beztroska zamieniała się ukradkiem w czarne szkolne dni, a wieczorami ostrzej świeciły gwiazdy. Pani dozorczyni podlewała grządki pomarańczowych nasturcji, a na ławeczce pod akacją żółciły się pierwsze opadłe listki. We wspomnieniach Leszka wakacje pachniały morską wodą, zaś Agnieszka wdychała jeszcze dymy wieczornego ogniska i z dumą spoglądała na świeżo zdobyte harcerskie sprawności. Tylko Bąble chodziły smętne i - jak mawiał tato - „zarośnięte mchem”, jednak mama twierdziła, że to brud, którego nie można z nich zeskrobać nawet ryżową szczotką. Bąble były bliźniakami i miały swoje całkiem nawet dźwięczne imiona: Beata i Paweł, ale nazwa „Bąble” przylgnęła do nich od najwcześniejszego dzieciństwa, ponieważ oboje rośli raczej wszerz niż wzdłuż. Okrąglutkie postaćki ostrzyżone „na pazia” lub, jak wolała mama, „na Piasta Kołodzieja” toczyły się równiutko po leśnych ścieżkach i przepadały na całe godziny w mchach i paprociach. Tak było dawniej, na wakacjach, bo teraz przed Bąblami stanął trudny acz zaszczytny obowiązek poturlania się do szkoły. I to po raz pierwszy w życiu. Z zaciekawieniem obwąchiwały nowiuteńkie tornistry wraz z całym ich wyposażeniem. Któreś z nich zjadło nawet gumkę do ołówków tylko dlatego, że zielony plastyk, z którego była zrobiona, pachniał miętówką. Inne przybory, jak na razie, świeciły czystością i lakierem. Elementarz, w którym nareszcie Ala była bez kota, a zamiast konia był traktor, obwąchiwały ze szczególnym pietyzmem. Przed otworzeniem elementarza łapy były myte różowym mydełkiem i niezmiernie dokładnie wycierane w gruby ręcznik. Bąble były wychowane w kulcie dla słowa drukowanego, o co zadbał już tato. Nigdy nie podarły żadnej gazety, a ich dziecięce książeczki - od tych najdawniejszych, umianych prawie na pamięć, aż

do dzisiejszych - stały na regale czyste i ukochane. Niemniej Bąble były łzawe i jakby jeszcze okrąglejsze, bowiem rozstanie się z dotychczasową absolutną swobodą stało się w ich życiu momentem zwrotnym. Mama starała się jednak zapanować nad sytuacją, tak więc placek z jabłkami, który smakowicie pachniał w kuchni, miał się stać osłodą życiowych trudów całej czwórki. Z tymi trudami to też, mówiąc szczerze, lekka przesada, bowiem Bąble umiały już całkiem poprawnie pisać wszystkie litery i składać z nich co poważniejsze zdania. Właśnie Paweł smarował mazakiem po kartce papieru, wysuwając przy tym pracowicie czubek języka. - Przeczytaj - zażądał podsuwając ojcu pod nos. - Beata jest gupia - bezmyślnie wysapał tato, który był myślami bardzo daleko. - Hej - zastanowił się przytomniejąc. - Coś tu nie tak! Pisze się „głupia”, a nie „gupia”! - I zaraz popadł znów w zamyślenie, bo przecież nauka pisania już w głębokiej starożytności tak właśnie, a nie inaczej, mogła wyglądać. Jakiś tam najstarszy Grek mógł kiedyś wyryć w glinie coś zupełnie podobnego. Na przykład, że Homer był „gupi”, albo że miał odstające uszy. - Tato, on mnie znowu przezywa! - mruknęła Beata, choć wcale nie zamierzała się obrażać. - Skarżypyta! - warknął Paweł i dopisał „ł” w słowie „gupia”. - Czy oni nie przestaną się kłócić? - jęknęła Agnieszka, zamykając z trzaskiem komiks, gdzie dzielny kapitan Kloss utrupiał właśnie kolejnego hitlerowca. - Spokoju nie ma ani za grosz! Tylko Leszek nie narzekał, bo od dwóch godzin ryczał mu nad uchem stereofonicznie nagrany zespół „The Old Timers” i poza tym nic a nic nie słyszał. Po prostu nie mógł słyszeć. Był już solidnie ogłuszony i może dlatego największa bomba, jaka wybuchła w trzypokojowym mieszkaniu przy ulicy Kolorowej, nie eksplodowała w umyśle Leszka równie silnie, jak u pozostałych osób. Kolacja pachniała już pomidorową sałatką, gdy mama, wziąwszy głęboki oddech, oznajmiła: - Dostałam się na studia.

Pięć widelców nieruchomo zawisło w powietrzu. Tato zakrztusił się i wybałuszając oczy usiłował złapać oddech. - Mówiłaś coś, kochanie? Mama ciężko westchnęła. Sytuacja była, jak mawiał Leszek, „podbramkowa”. - No… powiedziałam wam już. Będę studiować. - Chcesz chodzić do szkoły dobrowolnie? - wyjąkał zdumiony Paweł. - Przecież jesteś już okropnie stara! - szczerze zdziwiła się Beata. Tato znów się zakrztusił, ale tym razem w jego oczach błysnęła iskra rozbawienia. - Robisz z nas balony, mamo? - delikatnie spytała Agnieszka. - Zawsze wierzyłam w twoje poczucie humoru. Leszek pacnął się w ucho, by zagłuszyć wreszcie brzęczące tam jeszcze dźwięki big- bitu. - Ktoś coś mówił o studiach? - Właśnie. - Tato przyglądał się plasterkowi pomidora, jakby to była podręczna, domowa bomba zegarowa. - Właśnie mama coś nam oznajmiła. Plasterek elegancko pacnął na biały obrus. Tym razem nikt nie rzucił się na pomoc. Cisza grzmiała jak orkiestra symfoniczna w pełnym składzie. - Jak ty to sobie wyobrażasz? - przytomniał tato odsuwając talerz. - Dom, czworo dzieci i… - Na dobrą sprawę, czasem tu jest pięcioro dzieci - westchnęła w zadumie mama. - Czy przynieść liczydła? - zapytał Leszek, któremu „The Old Timers” już definitywnie umilkł w udręczonym mózgu. - Mogę w ostateczności wypożyczyć komputer typu „Odra”. Mają taki w zarządzie spółdzielni mieszkaniowej. To nam ułatwi orientację w prawdziwej ilości dzieci w naszym mieszkaniu. Mucha z bzykaniem uwikłała się w firankę nie mogąc znaleźć drogi na wolność. Niezdecydowanie gęstniało w powietrzu. - A… co będziesz studiować? - Tato odważnie przerwał ciszę. Westchnienie ulgi wyrwało się z pięciu płuc. W tym domu taka cisza była czymś zgoła nienormalnym i prawie groźnym. Mama wyraźnie się zafrasowała. Robiła wrażenie osoby, której najtrudniej przychodzi wypowiedzenie najprostszych słów.

- No, przyznaj się! - Leszkowi zrobiło się żal matki. Tak nerwowo miętosiła serwetkę. - Co to będzie? Astrofizyka? - Co za wygłupy! - żachnęła się Agnieszka. Wszyscy przecież dobrze wiedzieli, jak bardzo mama nie cierpi wszelakich działań arytmetycznych. - To nie może być również inżynieria lądowa, wodna i te… no, te inne. Babie zgodnie kiwały głowami. Te rozważania były dla nich i tak za trudne. - Co zostaje? - Tato bezskutecznie usiłował być dzielnym. - Medycyna? Choroby dziecięce? To nawet niezły pomysł, zważywszy… - Tato chyba zapomina - roześmiał się Leszek - że gdy mama skończy studia, a przy najlepszym układzie będzie to za sześć lat, w tym domu dzieci staną się już całkiem… dorosłe! - I będą miały wnuki - odezwała się Beata. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. - Chcę studiować pedagogikę. - Mama wykrztusiła wreszcie tę największą z tajemnic. - Zgiń, przepadnij, siło nieczysta! - ryknął Leszek, aż zadźwięczało szkło. - Będziesz cudze dzieci uczyć? Bąble spojrzały na siebie oniemiałe ze zgrozy. - Nie. - Mama wciągnęła powietrze w płuca tak, jak robią to pływacy przed skokiem i trampoliny. - To będzie pedagogika połączona z psychologią. Chciałabym się potem zająć… no… dziećmi… - Jakimi dziećmi? - Agnieszka miała niewyraźne podejrzenia. Mama potoczyła po obecnych błędnym spojrzeniem. W tej chwili sama przestała wierzyć w głęboki sens swego postanowienia. - Chcę się zająć trudnymi dziećmi. Tymi, które… Tato zgasił papierosa w cukiernicy i nikt tego nie zauważył. Nawet on sam. - Trudnymi? - Pięć par oczu zawisło na twarzy tej, która podjęła tak heroiczną decyzję. Znów cisza brzęczała jedynie zaplątaną w firankę muchą. Bąble spojrzały na siebie i nagle niebiański uśmiech rozjaśnił pucołowate buzie. - To są dzieci jeszcze od nas trudniejsze? - Paweł w zachwycie walnął łyżeczką w musztardę. Brązowe krople jak rosa pokryły róże na obrusie. Nikt się nawet nie poruszył, choć

śmiech wzbierał im w gardłach jak wielka włochata kula, która musi wydostać się na zewnątrz. - No, to żyjemy! - Beata sięgnęła łyżką do słoika konfitur. - Puść to! - warknął Paweł, który spóźnił się zaledwie o ułamek sekundy. Za chwilę Bąble walczyły zaciekle, zaś przedmiot ich sporu leżał na podłodze w skorupach, tworząc ładną mozaikę ze szkła i wiśni na wyfroterowanym parkiecie. - Oto przedmiot twoich przyszłych studiów - powiedział tato i, zabrawszy gazetę, cicho, bardzo cicho zamknął za sobą drzwi do przedpokoju. Agnieszka szczękając talerzami wycofywała się w kierunku kuchni, zaś Leszek niezauważenie wyprysnął do swego przyjaciela „z klatki”, Krzyśka, który miał mu pożyczyć najnowsze nagrania. Na pobojowisku została opuszczona bohaterka wieczoru i strzępiasty kłąb, w którym z trudem można było dostrzec nogę Pawła i zmierzwioną grzywę Beaty. Nad tym wszystkim unosił się zapach smutku, niezrozumienia i wiśniowego dżemu. W godzinę później, w pokoju zajmowanym przez Agnieszkę i Leszka, zmierzch gasił prostokąt okna, za którym pobłyskiwały światła sąsiedniego bloku. Agnieszka leżała na tapczanie, a myśli uganiały się po jej głowie z szybkością ponaddźwiękową. Przed oczami miała obraz matki w białej, studenckiej czapce, jakiej nikt dziś już nie nosi. Ocknęła się, gdy stuknęły drzwi. To wszedł Leszek. Bez słowa rzucił się do adaptera i nastawił płytę. Za chwilę pokój wypełnił się rykiem, w którym dominowały dwa głosy powtarzające z uporem maniaka: ye, ye, ye! - Zamknij to - powiedziała Agnieszka. Leszek nie dosłyszał. Burza dźwięków zagłuszyłaby start rakiety „Sojuz”, gdyby poligon lotów kosmicznych przez przypadek znajdował się pod ich domem. Dziewczynka zerwała się i jednym ruchem uciszyła wyjący niczym stado szakali zespół. - Ty co? - zdziwił się Leszek nagłą ciszą. - Dosyć. Wyczerpałeś limit. Jaka była umowa? Leszek skrzywił się, jakby połknął żabę. - O rety! Ale trujesz! - westchnął. - No dobrze, już dobrze. Pamiętam: trzy godziny muzyki dziennie…

- Nie dziennie, tylko wyłącznie po południu. I będę ci liczyła każdą minutę, jasne? - Coś taka dokładna? - Leszek usiadł. Miał minę pawiana, któremu odebrano banan. Agnieszka w milczeniu przyglądała się bratu. Jakiś czas wytrzymał ten surowy wzrok, wreszcie skapitulował. - Dlaczego się na mnie gapisz? Nie jestem Kaczorem Donaldem! - Fakt - zgodziła się. - Patrzę, jak nie wygląda trudne dziecko. Co myślisz o nowym pomyśle Mufki? „Mufką” nazywali matkę od czasu pewnego festiwalu Sopockiego, gdzie pewien chłopak, charakteryzujący się przedziwną fryzurą, śpiewał piosenkę pod tym właśnie tytułem. Silnie skręcona chmara włosów otaczała jego okrąglutką twarz niczym ciasna aureola. Mama też miała bardzo kręcone włosy, szczególnie dające się jej we znaki w dni mgliste i deszczowe. Ciekawe, że żadne z dzieci nie odziedziczyło po niej tej ozdoby. Wszystkie miały włosy jasne i proste jak druty. - Mufka zawsze miała fantazję, no nie? - powiedział po chwili Leszek. - Głupiś! - syknęła dziewczynka. - W swoim krótkim i ograniczonym umyśle nie widzisz straszliwego niebezpieczeństwa, które się za tym kryje? Leszek wydął wargi. Jakoś nie chciało mu się kłócić z siostrą. Z doświadczenia swoich dwunastu lat wiedział, że nie warto z nią wszczynać wojny. I tak nigdy nie potrafi jej przegadać. - Obraziłeś się? - spytała z nadzieją Agnieszka. - Też coś! - Leszek wzruszył ramionami. - Mogę się obrażać wyłącznie na kogoś ode mnie mądrzejszego. Agnieszka uśmiechnęła się. Była sprawiedliwa i miała poczucie humoru. Jak wszyscy, zresztą, w tej rodzinie. - Ale te studia wytrącą Mufkę z jej domowych spraw, jasne? Leszek zastanowił się. No tak. Oczywiście. Większość obowiązków domowych spadnie na nich. Byli najstarsi, a ojciec… - Tato jej tego nie wyperswaduje? Agnieszka spojrzała na niego z politowaniem. Ojciec był cudowny, kochany, ale

nigdy i w niczym nie sprzeciwiał się mamie. - Coś ty, fantasta. My też jej tego nie wytłumaczymy. Skoro Mufka postanowiła nawracać trudną młodzież na drogę cnoty, nikt, rozumiesz nikt jej tego nie obrzydzi. - Ale… można spróbować, no nie? Agnieszka spojrzała na brata z uwagą. - Można. Chyba nawet powinniśmy… dla dobra rodziny… Leszek roześmiał się. - Ale walisz z grubej rury! Jak z armaty do wróbla! Dla dobra rodziny, uśmiać się można! - Tyle, że nie ma z czego! - odpaliła Agnieszka. Była wściekła. Znakomicie rozumiała, że brat nie pojmuje jeszcze całego ogromu nieszczęścia, które spadnie na nich z chwilą praktycznego wyłączenia się mamy z domowych zajęć. Bo i kiedy będzie robiła zakupy, sprzątała? - Ja w każdym razie elektroluksu nie ruszam - zastrzegła się sprytnie. - Dlaczego? - Leszek przytomniał. - Boję się elektryczności, przecież wiesz! Chłopiec wziął piżamę i zrobił parę kroków w stronę drzwi. - Rozumiem, o co ci chodzi - powiedział wolno. - A ja nie będę zmywał garnków. Boję się wody. I wyszedł. W pokoju, a raczej, jak mawiał tato, „kajucie”, która była przystanią Bąbli, dwa tułubki otulone kołdrami okupowały piętrowe łóżka. Beata na dole. Paweł na górze. Nie sprzyjało to wprawdzie obrzucaniu się poduszkami, ale od biedy można było w tym układzie prowadzić rozmowy. - Hej, ty, na dole - zaczął Paweł. - No? - Ale śmiesznie! - Komu? Paweł obraził się. Leżał chwilę sapiąc i dmuchając, wreszcie doszedł do wniosku, że sprawa wymaga jednak omówienia i to bez względu na muchy w nosie bliźniaczej siostry. - Jej nie będzie w domu. Jej wcale nie będzie w domu. - No. - Ty, zamurowało cię? Dlaczego nic nie mówisz?

- Myślę. - Beata ugniatała Jasiek, który wydawał jej się dzisiaj twardy, jakby był wypełniony łuskanym grochem. - Jak wymyślisz coś, to powiedz. - Pawła roznosiła złość. - A ty się nie czepiaj! - Beata nasunęła kołdrę aż po czubek nosa. Koniec sierpnia nie należał do najcieplejszych. - Sama wiem, że coś trzeba zrobić. Ty - zastanowiła się - skąd Mufka weźmie te trudne dzieci? - Nie wiem. Może im dają na przydział. Każdy student dostaje dwoje lub czworo… - Zwariowałeś? Za pokwitowaniem, jak rachunek z gazowni? I co my z nimi zrobimy? - Z kim? - nie zrozumiał Paweł. - Osioł. No, z tymi trudnymi dziećmi, jeśli nam je mama tu przyprowadzi… i w ogóle po co nam jeszcze więcej dzieci? - Może nie przyprowadzi. - Paweł usiłował być optymistą. - A jeśli… to chyba dopiero, jak Mufka skończy te studia. - Wcale nie powinna ich zaczynać! - Beata uniosła się nagle na łóżku. - Wiem! - Co? - Paweł z zaciekawienia aż wysunął głowę. - Będziemy chorować. Na przemian. Naprzód ty, potem ja. - Dlaczego naprzód ja? - zaniepokoił się Paweł. - To ja miałem ostatnio anginę! - To nic. Możesz mieć jeszcze raz Albo jakąś zagraniczną zarazę… - Co? - Skrzypnięcie drabinki świadczyło wyraźnie o tym, że Paweł nie zaakceptował żadnej zarazy. Zwisał ze szczebelków z wdziękiem młodego szympansa i groźnie błyskał czarnymi jak guziczki oczkami. Beata wolała nie zaczynać. - Jak sobie chcesz. Ostatecznie mogę się poświęcić i na coś zachorować. Mufka wtedy nie przytaszczy do domu tych… trudnych. Będzie się bała. Skrzypnięcie na górze miało tym razem charakter ugodowy. Paweł znów leżał pod kołdrą. - Najlepiej, żeby cię ukąsiła żmija - rozmarzył się głośno. - Tylko skąd ją wziąć? Może z zoo. - Głupiś. W zoo są pytony, które duszą, a nie gryzą… wcale nie chcę, żeby mnie coś gryzło! - rozmazała się Beata. - Dlaczego nie chcesz? - Paweł był wyraźnie zdziwiony. - Byłoby fajnie! - Jak mnie Reksiowe pchły pogryzły na wakacjach, to miałam czerwone bąble!

- Sama jesteś bąbel! A po żmii nic nie wyskakuje, tylko się zaraz umiera. Beata chwyciła piłkę, która leżała na podłodze i z rozmachem rzuciła nią w górne łóżko. Paweł nie pozostał dłużny. Odgłosy walki, jakie dochodziły z kajuty Bąbli, przypominały średni sztorm na Morzu Barentsa. W pokoju ostro zabłysło światło. - No, co jest? - zapytał ojciec, stając w drzwiach. Miał na sobie piżamę w paski, a w ręku trzymał okulary i gazetę. - Ten pyton chce, żeby mnie żmija ugryzła - wyjąkała Beata wyciągając z trudem głowę z wiklinowego koszyka na śmieci. - Tato, ona się uparła na zarazę, a ja wolę już anginę - błagalnie szeptał Paweł wydobywając się spod materaca. - Cisza, spokój! Beata, Paweł, w tył zwrot i do łóżek! O co wam właściwie poszło? Jaka zaraza, jaka żmija? Bąble spojrzały na siebie spod oka. „Wyjaśnić - nie wyjaśnić… wtajemniczyć tatę czy nie?” Pierwsza ocknęła się Beata. - Tatku - wtedy, gdy mała chciała coś uzyskać, mówiła zawsze do ojca czule: „tatku”. - My nie chcemy, żeby mama była studentką. Ojciec zmierzwił już i tak rozczochrane włosy. - Nic na to nie poradzimy. Sam nie jestem… tego… zachwycony, ale skoro mama tak chce… zawsze marzyła o wyższych studiach, ale naprzód praca, potem wy… - Co: my? - wzburzył się Paweł. - No… wy przychodziliście na świat. Kolejno. - My nie kolejno, tylko razem - sprostowała Beata. Ojciec uśmiechnął się. - Właśnie. Mama była bardzo wami zajęta. Nie mogła sobie pozwolić na to, by choć trochę wyrwać się z domu. Ale teraz… - Właśnie protestujemy - Paweł podniósł do góry palec. - Nie macie prawa. - powiedział tato poważnie. - Wolność osobistą gwarantuje nasza konstytucja. - To powiedz jej, tej konsty… konstytucji… - zaczęła Beata. - Że my nie chcemy - dokończył Paweł. Ojciec spojrzał uważnie na rozzłoszczoną dwójkę. Wyglądali jak para prychających

tygrysiątek. - Odłóżmy tę dyskusję do jutra - powiedział otulając kołdrą Beatę. - Rano wam wszystko wyjaśnię. Również sprawy konstytucji. To są sprawy, o których każdy praworządny obywatel powinien wiedzieć. Światło zgasło. Cicho zamknęły się drzwi. - Hałabała w kącie stała - mruknęła niegrzecznie Beata. - Tu o Mufkę chodzi, a on nam mówi o konsty… konstytucji! W kajucie zapadła cisza. Tylko za oknem, na mokrym asfalcie, z szumem opon przemykały samochody. W dużym pokoju ojciec przyciszył radio. Gazeta szeleściła, a przyćmiony blask lampki odbijał się w szkłach jego okularów. - Te studia, o których mówiłaś, są zaoczne? - spytał z nadzieją. Mama uśmiechnęła się nikło. - Nie. Normalne. Pięć lat normalnych uniwersyteckich wykładów, ćwiczeń, egzaminów… Pokiwał głową. - Spróbujemy ci pomóc. W każdym razie ja i Agnieszka. Może uda się nam zwerbować również Leszka. Jest nieco przyuczony do domowych obowiązków. - Dziękuję. - Mama z westchnieniem odłożyła do koszyczka zacerowane dziecinne majtki. - Ale postaram się nie zapomnieć, że mamy czworo dzieci. Nie chciałabym, żeby to zbytnio odczuły. Są takie samodzielne… na szczęście… Noc wkraczała niepostrzeżenie. Zapalała gwiazdy, tłumiła niepokoje. - Jedno jajko czy dwa? - Agnieszka stała niezdecydowana nad stolnicą, na której zgodnie ze sobą sąsiadowało mielone mięso, bułka tarta, mąka i torba z makiem. - Czy ja wiem? - zafrasował się tato. - Po co ten mak? - Mufka napisała na kartce, żeby do kotletów dać to wszystko, co jest w papierowych torbach. W jednej był mak. - Nie pomyliłaś czego? - Ojciec nie miał najmniejszego pojęcia o gotowaniu. Agnieszka też mawiała, że ze wszystkich sztuk pięknych, kulinarna stoi u niej zdecydowanie na ostatnim miejscu.

- Mogę nie dawać maku. Jak sobie chcecie. Swąd palącego się tłuszczu sprawił, iż obydwoje rzucili się w kierunku kuchenki. - Dlaczego patelnia stoi na gazie, skoro kotlety jeszcze nie zrobione? - Ojciec był niebezpiecznie logiczny. Agnieszka otarła pot z czoła. „Niełatwa sprawa - myślała. - Mamie to wychodziło jakoś tak mimochodem. Nic się nie przypalało, nie kipiało”. - Tato, o jedno z nas jest w tej kuchni za dużo. Co o tym sądzisz? Ojciec skinął głową. To też było logiczne. Swąd ze spalonego tłuszczu gryzł w oczy i zatykał oddech. Szybko, jak tylko to było możliwe, wycofał się do przedpokoju. Agnieszka otworzyła szeroko okno i wziąwszy głęboki oddech zanurzyła obie dłonie w mięsnej masie. Leszek wbiegał po schodach biorąc po trzy stopnie naraz. Płócienna torba z książkami obijała mu się o łydki. Pani „od polaka” dziś nie przyszła i mogli wybiec ze szkoły o całą godziny wcześniej. Miał nadzieję, że na podwórku będzie Krzysiek. Nie było. Leszek postanowił zostawić torbę w domu i zaraz pobiec do pobliskiego parku, gdzie zawsze o tej porze, mimo jesieni, „urzędował” zaprzyjaźniony lodziarz. Już w przedpokoju poczuł przykry zapach spalenizny. Węsząc trafił do kuchni, w której rozgorączkowana Agnieszka usiłowała z lepkiej, rzadkiej masy uformować coś, co choć kształtem przypominałoby mielone kotlety. Chłopiec stanął jak wryty. - Ty, co robisz? - wysapał. Agnieszka ze złością odwróciła się od stołu. Przy gwałtownym ruchu pacyna mięsa klapnęła na podłogę. W oczach dziewczynki błyszczała nienawiść. - Wynocha! Ale Leszek postanowił się nie obrazić. Z autentycznym zainteresowaniem przyglądał się, jak Agnieszka przy pomocy noża usiłuje zebrać z podłogi potrzebne do kotletów mięso. - Co to jest? - zapytał ciekawie. - Opona samochodowa posiekana z miodem! - wrzasnęła dziewczynka i nagle załamała się nerwowo. Usiadła na podłodze, a porzucony nóż wylądował w kuble na śmieci. Leszek po raz pierwszy nie wiedział, jak się ma zachować. Widok moralnie

zdruzgotanej Agnieszki nie sprawił mu żadnej przyjemności, o co się sam w głębi ducha posądzał. W pierwszej chwili chciał się czym prędzej wynieść z kuchni, ale po namyśle został. - No, co tak podpierasz drzwi? - warknęła. Ale nie było to już warczenie bardzo złego psa, lecz raczej ton przypominający oddalający się samolot. Jednopłatowy. - Mufka ci zaleciła tę robotę? - zapytał łagodnie. - Zaleciła! Też gadanie! Zostawiła kartkę na stole. Masz, czytaj! Chłopiec odruchowo wyciągnął rękę, ale zaraz ją cofnął. Kartka wyglądała, jakby ją ktoś naprzód wytarzał w kurzu, a potem wrzucił do garnka z zupą. - No, czytaj! - Agnieszka wyłowiła nóż z kubła. Leszek z westchnieniem uchwycił brzeg tego, co kiedyś było papierem. Wstrzymał oddech. Rozmazany tusz obwieszczał, co następuje: Kochani! Mam sześć godzin wykładów i jeśli chcecie zjeść obiad, to sobie go zróbcie. Wszystko przygotowałam na stolnicy. Niech Leszek nie zapomni o wyniesieniu śmieci! Całuję, wasza Mufka - Pyff! - Chłopiec, jak parowóz, wypuścił nagromadzone w płucach powietrze. - I to jest ten obiad? - wskazał palcem na bezkształtną masę, która w cudowny sposób przeniosła się już ze stolnicy na ceratę. - To SĄ kotlety mielone - stęknęła Agnieszka. - Ciekawostka - zainteresował się poważnie Leszek - mnie to raczej przypomina pokarm dla niemowlaków. To się je łyżką? - Pałeczkami! Pałeczkami - odparła Agnieszka. W jej miodowym głosiku brzmiała ukryta groźba. Skorupka z jajka miękko lądowała na czuprynie chłopca. - Gdzie te śmieci? - westchnął. - W salonie królowej Anglii. Wynocha! - wrzasnęła niespodziewanie, groźnie błyskając oczami. Leszek chwycił wiadro i jak z procy wypadł na korytarz. Tutaj czuł się już względnie bezpiecznie. Odruchowo zerknął do pokoju rodziców. - Tato? - zdziwił się. - Uhum - mruknął ojciec wyciągając z trudem głowę spod tapczana. - Gonisz myszy? - zainteresował się chłopiec przykucając obok. - Nie. A tu są myszy? Nie wiedziałem. Szukam spinki od mankietów.

- Klęska - mruknął Leszek wsadzając głowę pod tapczan. - Jak tu coś spadnie, to jak do studni. Mam! - Świetnie! - ucieszył się ojciec. - No, gdzie ta spinka? - Jaka spinka? - spytał bezmyślnie Leszek pochylony nad wyciągniętym spod tapczana tekturowym pudełkiem. Ojciec raz i drugi pociągnął nosem. - Śmierdzi coś jak gdyby. - Jasne. Kubeł ze śmieciami, który stoi obok. - Nie, to nie to. Leszek otworzył pudełko i natychmiast je zamknął. To, co zobaczył, odebrało mu na chwilę mowę. - Co tam masz? - zaciekawił się tato. - Oszczędności Bąbli, podejrzewam. Sam zobacz. Tato ostrożnie zajrzał do pudełka. Za chwilę tarzał się po dywanie wstrząsany atakami śmiechu. - To chyba… tort… od ciotki - wyjąkał w końcu. - Tak. - Leszek ostrożnie wrzucił woniejące pudełko do kubła. - I nie tylko. Makowiec, który miesiąc temu piekła pani Rózia, zzieleniałe czekoladki z urodzin Agnieszki i kawałek kiełbasy krakowskiej na oko sądząc sprzed pół roku. No, dobra. Idę to wyrzucić. Tato… - zawahał się. - Co? - Ojciec dalej poszukiwał spinki. - Chodźmy lepiej na obiad do baru mlecznego, co? Tato podrapał się w głowę. - Ja nie mam nic przeciwko temu, ale Agnieszka… to byłoby dla niej przykre. No, i mama… - Studenci mają ponoć niezłe stołówki. Mogłaby nam nasza studentka przynosić obiady w menażce, co? - Nie całkiem podoba mi się to, co mówisz - powiedział tato już normalnym, surowym tonem. - O kej, masz rację. Już mnie nie ma! Winda, jak na złość, nie chciała przyjechać. Leszek niecierpliwił się. Nie lubił

maszerować z kubełkiem śmieci. Wydawało mu się to niezbyt męskim zajęciem. Wolał wynosić go późnym wieczorem, kiedy wszyscy koleżkowie siedzieli już przy telewizorach. Wtedy jest najmniejsze prawdopodobieństwo napotkania kogoś ze znajomych na drodze do śmietnika. Winda wreszcie nadjechała i Leszek otworzył drzwi. Tyle, że wejść było nieco trudno. Na podłodze siedziało w kucki przynajmniej pięcioro dzieci i łupały w Czarnego Piotrusia przekrzykując się nawzajem. Leszek wyczuł raczej niż poznał, że prym wiodą w tym karcianym zespole Bąble. - Co jest, do stu par spodni! - wrzasnął. - Glamy - odparł miły Blondasek z trzeciego piętra, który nie wymawiał litery „r”. Leszek chwycił pierwsze z brzegu ucho i pociągnął. Rozległ się wrzask i kotłowanina sięgnęła szczytu. Z parteru ktoś głośno walił w zamknięte drzwi od windy. Widać od dawna nie mógł się już doczekać dźwigu. Chmara dzieci wyprysnęła wreszcie ze środka na klatkę schodową. Beata w biegu poprawiała opadające zawsze spodnie. - Czekaj! - syknął Leszek. - Już ci matka takie lanie sprawi, że popamiętasz! - Akulat - mruknął Blondasek. - Ona mówiła, że już jesteście sielotami. Bez mamusi… Leszek zmełł w zębach brzydkie słowo i pogalopował w dół po schodach. Winda oczywiście dawno już uciekła. Wizja domu bez matczynej ręki przedstawiała się na kształt biblijnej Sodomy i Gomory. A Krzysiek był. Na podwórzu. Właśnie teraz! - Cześć. Dokąd gnasz? - zapytał leniwie, jakby z kubłem na śmieci szło się na bal kapitański w czasie rejsu M/S „Stefanem Batorym”. Leszek wzruszył ramionami z miną człowieka, który nigdy, przenigdy nie miał do czynienia z żółtym, plastykowym wiaderkiem. - Szukałem cię. - No i? - Krzysiek nie był zbyt rozmowny. - Poszedłbym do parku, ale… Krzysiek domyślnie pokiwał głową. - Załatwi się. Hej, ty! - krzyknął w kierunku Blondaska, który właśnie otwierał drzwi

od klatki schodowej. Dzieciak spojrzał zdziwiony. Właśnie miał zamiar pogalopować trochę na koniu wyścigowym, którego z konieczności zastępował mu z powodzeniem kij od szczotki. - Co? - zapytał ściągając cugle. - Chcesz zrobić dobry uczynek? - Nie. - Szkoda - westchnął Krzysiek. - Myślałem, że jesteś krasnoludkiem. - A jakbym był, to co? - Mały dawał się wciągnąć w niebezpieczną grę. - To musiałbyś wynosić śmieci. Wszystkie krasnoludki wynoszą śmieci. I jeszcze odstawiają kubły pod właściwe drzwi. - Czyje drzwi? - Blondasek jeszcze nie rozumiał. - Królewny Śnieżki. Leszek nie wytrzymał i parsknął śmiechem. - Lobisz ze mnie dulnia, tak? - obraził się mały znów dosiadając rumaka. - A ja należę do telewizyjnego Klubu Niewidzialnej Lęki. - To świetnie! - ucieszył się Krzysiek. - Wsiadaj na swojego wyścigowego konia i zrób po drodze dobry uczynek. Niewidzialna Ręka pomaga bliźnim. Zabierz kubeł, wyrzuć śmieci i odstaw go potem pod drzwi z numerem sześćset trzynaście. Jasne? Blondasek rozejrzał się niepewnie, ale zobaczywszy, że obaj chłopcy odchodzą, chcąc nie chcąc, przytroczył do siodła żółte wiaderko. W parku było cicho i słonecznie. Zielonożółty parasol z gałęzi rozpinał się nad alejką. Pachniało butwiejącymi liśćmi i jesienią. Tu i ówdzie leżały na ziemi kolczaste, zielone jeszcze łupinki, z których dzieci wyłuskały kasztanowe serca. Na jednej z ławeczek siedziała dziewczynka w niebieskiej sukience. Jej jaskraworude włosy rozwiewał wiatr. Oglądała jakieś pismo w kolorowej okładce. Chłopcy zatrzymali się jak wryci. Obaj, nie zdając sobie z tego sprawy, wpatrywali się w rudą głowę niemalże z nabożeństwem. - Agata - wychrypiał Krzysiek. Leszek milczał jak zamurowany. Dziewczynka złożyła pismo i wstała. Chłopcy spojrzeli po sobie i już gnali alejką

wydając indiańskie okrzyki. Tuż obok ławki, gdzie błękitniała sukienka, zahamowali, aż zazgrzytał żwir. Krzysiek miał ochotę pociągnąć dziewczynkę za rude pasmo włosów, ale jakoś nie był w stanie podnieść ręki. Leszek dla odmiany słyszał bicie własnego serca i czuł jakąś dziwną suchość w gardle. Agata odwróciła się marszcząc brwi. - Chcesz… chcesz lody? - wymamrotał Krzysiek szurając sandałem po żwirze alejki. Nie miał przy sobie ani złotówki i dobrze o tym wiedział. - Mogę cię zaprosić - Leszek przełknął już ślinę i głos brzmiał względnie czysto. Miał dwadzieścia złotych. I był zwycięzcą. Agata spojrzała na nich z uwagą. - Dziękuję - odparła godnie - ale nie jem lodów przed obiadem. I odeszła. Chłopcy przysiedli na ławce. Świat zszarzał, stracił wszystkie kolory jesieni. Wraz z rudą głową odeszło szczęście i ochota na lody. Siedzieli tak w milczeniu może minutę, może dwie. Wreszcie przemówił Krzysiek. - Bo… właściwie Jolka jest ładniejsza. Leszek odzyskał nadzieję. Ale milczał. Nie wiedział jeszcze, co to męska taktyka. - Agata ma białe rzęsy - wymruczał wreszcie. - No. - I oczy plamiaste. Krzysiek spojrzał z uwagą na przyjaciela. „Też to zauważył?” Istotnie, Agata miała zielonkawe oczy w brunatne plamki. - Piegowate oczy! Roześmieli się obaj. Na dziś sprawa była uratowana. Słońce znów zajaśniało i wróciła ochota na lody. Bąble bez przekonania dłubały widelcami w ciemnej masie, którą Agnieszka wrzuciła im na talerze prosto z patelni. - Wolę mamine obiady - zamruczała Beata. - Nie szkodzi - westchnął ugodowo Paweł. - Reksio sąsiadki będzie miał kolację. To chyba nie jest zatrute? - zaniepokoił się. Leszkowi kęs utkwił w gardle. Szybko popił go wodą. - Popijanie trucizny wodą nie na wiele się przyda - odparł z uśmiechem tato. - A w

ogóle dlaczego w tym nie ma soli? Agnieszka spróbowała kęs tego, co niewątpliwie było jej własną twórczością. - Rzeczywiście. Mufka pomyliła torebki! - wykrzyknęła zadowolona, że chociaż coś nie wynikło z jej wyłącznej winy. - Zamiast soli wystawiła tę z makiem. - A makówka nie pomyślała - warknął Leszek, choć i tak nie był głodny. Cztery porcje lodów! Bagatela. Każdego zemdli. Kompot wypili w ugodowym milczeniu. Był z puszki. Zawieszenie broni nie trwało jednak długo. - Bąble zmywają - zadecydowała Agnieszka. - Myyy? - W dwugłosie brzmiało niebotyczne zdumienie. - Tak będzie sprawiedliwie - przytaknął ojciec. - Ładna mi sprawiedliwość! - wrzasnęła Beata. - Leszek się włóczy za dziewczynami, a… - Co takiego? - ojciec osłupiał. - Pewnie! - wtrącił się Paweł. - Sam widziałem! Śmieci za niego wynosi Blondas z trzeciego a oni z Krzyśkiem łażą za taką rudą… Agnieszka spojrzała na brata z ukosa. „Ruda? Czy to aby nie Agata, w której kochają się wszyscy chłopcy w klasie?” Tato poczuł się nagle bardzo starym człowiekiem. Zupełnie nie pamiętał, czy mając dwanaście lat biegał już za rudymi dziewczynkami. Raczej nie. To były inne czasy. Wtedy ze zrujnowanych domów wystawały żelazne macki wojny, a młodzież ze Służby Polsce śpiewała pieśni odgarniając gruz. No tak. A dziś Leszek i… ruda… - Zjadłaś? To zmywaj! - nie ustępowała Agnieszka widząc, że Beata ma wyraźną ochotę prysnąć, - Zjadłaś, zjadłaś! - przedrzeźniała dziewczynka starszą siostrę. - Trzeba by mieć język z podwójną zelówką, żeby to zjeść! Pić mi się chce. Gdzie jest mleko? - W lodówce znajdziesz krowę na łańcuchu - powiedział uprzejmie tato - a co do tej rudej… - Zwariować można w tym domu! - mruczał zachmurzony Leszek. Nie znosił, jak go szpiegowano. A Bąble były zdolne do wszystkiego. - Ja już swoją pracę odwaliłem. Kto sprzątał pokój?

Tato wstał od stołu i chwyciwszy oba Bąble za opadające spodenki powlókł je w stronę kuchni. Paweł szedł nawet dość posłusznie, ale Beata przysiadała co chwilę na chodniku. Jednakże po chwili z kuchni dochodziły już odgłosy pluszczącej wody. Jeśli było trzeba - ojciec umiał zaprowadzić porządek. Tylko, jak mawiał, tracił przy tym sporo kalorii. W godzinę później kuchnia państwa Leśniewskich błyszczała jak na reklamowym obrazku, zaś tato wraz z umęczonymi Bąblami spali jak susły na dużym tapczanie. W pokoju Agnieszki i Leszka trwała wojenna narada. Na wszelki wypadek odbywała się po cichu. - Nie będę gotować - mamrotała Agnieszka. - Ja też nie przepadam za elektroluksem, i to codziennie! - potakiwał Leszek. - Jeśli Mufka nie wróci do domu, to ja się wyprowadzę! - Dokąd? - Agnieszka była rzeczowa. Miała to po ojcu. - Choćby do Krzyśka. Zresztą… wszystko jedno. Nawet do internatu! - Dla trudnych dzieci? Leszek zerwał się z dywanu. - Trzeba mamie wybić z głowy te studia! - Ba - sapnęła Agnieszka. - Ale jak? Tego nie wiedział nikt. Nawet ojciec, który skrycie też o tym marzył. Wizja pięciu lat w mieszkaniu rządzonym przez dwunasto-, jedenasto - i dwoje siedmiolatków nie była nadmiernie optymistyczna. Jak pogodzić to wszystko z pracą zawodową, godzinami nadliczbowymi, służbowymi wyjazdami, bo i takie się zdarzają, i opieką nad czworgiem drobiazgu? Tymczasem połowa „drobiazgu” chrapała obok jak para słoni. Jedynie bohaterka opowieści, owa studentka pedagogiki, zdawała się tryskać optymizmem. Czego się bowiem nie robi dla przywrócenia społeczeństwu owych tajemniczych trudnych dzieci?! Niedziela była dniem, który gromadził i jednoczył rodzinę. Mama od rana przygotowywała ciepłe grzanki z dżemem, wolno było wylegiwać się do ósmej i siąść do śniadania w piżamie. Tato godzinami okupował łazienkę, a Leszek głuchł w swoim pokoju, gdzie zespół

„Czerwono-Czarnych” grzmiał setkami decybeli. Agnieszka wyniosła się do kajuty Bąbli i zatkawszy watą uszy czytała „Alicję w Krainie Czarów”. Bąble umyte i wylizane trzymały się poły maminego szlafroka nie puszczając go ani na sekundę. Wreszcie miały ukochaną Mufkę niemalże na własność. - Jutro znowu wyjdziesz rano? - pytał Paweł z miną smutnego wyżła. - Oczywiście. Mam wykłady już od ósmej rano. No, zjedzcie już te śliwki! Chciałabym pozmywać. Beata wpakowała do ust granatową węgierkę o szarym nalocie. Ciepła słodycz rozpływała się na języku. Dziewczynka była syta aż po dziurki w nosie. Takie śniadanie umie robić tylko mama! - My jesteśmy bez opieki - powiedział poważnie Paweł. Beata ze zdumienia aż otworzyła usta. - Co takiego? - Mama zatrzymała się w pół kroku. - Dlaczego? - Takie biedne dzieci z kluczem na szyi. - Paweł rozczulał się sam nad sobą. Mama uśmiechnęła się i przygarnęła chłopca ramieniem. - Jesteście już dużymi ludźmi, moje wy siedmiolatki. Umiecie sami poruszać się po ulicy, wierzę w to, że nie przechodzicie jezdni bez opieki, tak jak umówiliśmy się już dawno. Rodzice na ogół pracują i rzadko kiedy bywają przed południem w domu. Klucze na szyi nosi większość waszych szkolnych kolegów i koleżanek! To prawda. W bloku, w którym mieszkali, większość dzieci wędrowała z domu do szkoły i z powrotem dzwoniąc kluczami uwiązanymi na sznurkach na szyi, jak owieczki w górskiej bacówce. Bo jak inaczej mogłyby się dostać do pustego o tej porze mieszkania? Rodzice traktowali to jak szczyt zaufania do małego człowieka. Byle komu nie powierza się przecież kluczy od drzwi! Gdzieniegdzie, jak rodzynki w cieście, siedziały po mieszkaniach babcie opiekujące się wnukami, ale takich szczęśliwców nie było wielu w bliźniaczych blokach przy ulicy Kolorowej. Czasem litościwe cudze babcie roztaczały opiekę nad całkiem

obcymi dziećmi, pomagając im w otwieraniu opornych zamków lub częstując świeżo upieczonym ciastem. Taka była babcia Blondaska z trzeciego piętra. Tego samego, który nie wymawiał litery „r”. - Mufka - mruczała Beata wtulając policzek w maminy kuchenny fartuch - jak długo trwa pięć lat? - Trudne pytanie. - Mama doskonale wiedziała, o co chodzi. - Jak ja skończę studia, wy już będziecie mieli po dwanaście lat! - Tyle co Leszek! - ucieszył się Paweł. - Głupiś! - parsknęła pogardliwie bliźniacza siostra. - Leszek będzie miał wtedy… wtedy… - No, ile? - zainteresowała się mama. Była ciekawa, jak też Bąble radzą sobie z trudną sztuką dodawania. I to w pamięci. - Dużo - filozoficznie stwierdziła Beata. - No, pomyśl sama. - W mamę wstąpił jednak, duch przekory. - Mam dwanaście ogórków i dostaję od ciebie jeszcze pięć. Ile to będzie razem? - Mnóstwo - mruczy Beata - w siatkę się nie zmieszczą. A w ogóle to po co nam tyle ogórków? Zupy tato nie lubi, a do mizerii nie ma śmietany… - Skąd wiesz, że nie ma śmietany? - zainteresował się nagle Paweł. - Bo nie ma. Mama zajrzała do lodówki. Istotnie, Śmietany nie było. Ale stał słoik o ubrudzonych brzegach. Na jego ściankach zastygły smugi po pięciu palcach. Mama westchnęła głęboko. - Zeżarłaś? - zdenerwował się Paweł. - Sama? Beata miała minę niewiniątka. W jej błękitnych oczach odbijała się cała dobroć świata. - To była niedobra, stara śmietana. Wolałam, żeby to mnie bolał brzuch. Paweł aż zatrząsł się ze złości. Ta nieustanna „troskliwość” siostry była już przesadą. Drzwi do kuchni otworzyły się i stanął w nich ojciec. Pachniał mydłem i wodą kolońską. - Co dziś robimy? - zapytał. - Zależy kto. Ja obiad - odparła mama. - Może poszlibyśmy wszyscy do kina? - spytał z nadzieją.

- Do kina! Do kina! - wrzeszczały Bąble podskakując. „Dzieci lwicy Elzy” od dawna już czekały na spotkanie z nimi. Ten uroczy, kolorowy film przyciągał tłumy malców i ich rodziców. - Co na to Leszek i Agnieszka? Agnieszka leżała w kajucie na podłodze i ciągle czytała „Alicję”. Paweł zwalił jej się na plecy, Beata przysiadła nogi. Ale Agnieszka nawet nie drgnęła. Z płonącymi z przejęcia policzkami wędrowała wraz z tytułową bohaterką przez krainę pełną dziwów i czarów. Nie zwróciłaby nawet uwagi, gdyby koło niej usiadł hipopotam. - Idziesz do kina! - zawyła jej prosto w ucho Beata. Agnieszka wróciła z Krainy Czarów. - Czy musicie na mnie siedzieć? - spytała łagodnie. - To nasz pokój - wtrącił Paweł. - Ale czy pójdziesz z nami do kina? - Pójdę, na koniec świata i nigdy więcej nie wrócę, jeśli w tej chwili nie przestaniesz ugniatać mi pleców - wykrztusiła. - Nie pójdziesz, bo Beata siedzi na twoich nogach - stwierdził logicznie Paweł. Agnieszka z trudem uniosła w górę obie ręce. - Poddała się! - wrzasnął Paweł i pogalopował do kuchni. Zapytany Leszek skinął tylko głową. W ogłuszającym rytmie rock and rolla i tak nie bardzo wiedział, czego od niego chcą. Tak więc wszyscy pomaszerowali do kina. Powietrze było rześkie i wilgotne. Jesienne chłody stały już u wrót lasów i pól. Do miasta dotarły na razie ich forpoczty - lepkie mgły zmieszane ze spalinami. W południe świeciło nikłe słońce, a nitki babiego lata oplatały czerwieniące się jeszcze na balkonach pelargonie. Koło kina kłębił się tłum. Opodal oblegano czynną, o dziwo, choć to niedziela, budkę z piwem. Tato wszedł do holu i ustawił się w długiej kolejce. - Leszek, stań z ojcem, bo mogą mu nie sprzedać aż sześciu biletów - powiedziała mama. Rzeczywiście. Czasami miewali kłopoty i trzeba było tuż przed kasą odliczać kolejno wszystkie dzieci, aby miła pani kasjerka nie posądziła taty o nielegalny handel biletami. Beata zapatrzyła się nagle na rosłego osiłka, który wypijał już przy kiosku trzecią butelkę piwa.

- Mufka - szepnęła - czy to jest takie trudne dziecko? - Kto? - Mama nie zrozumiała. - No, ten tam. Koło budki. Ten, który się kiwa. Matka przyjrzała się osiłkowi z uwagą. Dzieckiem to on już nie był chyba od piętnastu lat. A czy był trudny? Zapewne tak. - I ty się będziesz takimi zajmować? - przeraził się Paweł. Chłopak pod kioskiem miał nos jak dobrze wyrośnięty kalafior i workowate drelichowe spodnie. Opowiadał coś sam sobie z dużą swadą. Agnieszka cofnęła się o krok. - Ależ Bąblu! To nie jest żadne dziecko. To jest margines! - Co? - Beata wydęła wargi. - Co to: margines? - Społeczny. Margines społeczny - wycedziła Agnieszka. - Mufka! Co ona plecie?! Matka rozłożyła ręce. Usiłowała wymyślić jakąś sensowną odpowiedź, „Jak wytłumaczyć siedmioletniemu dziecku, co to jest margines społeczny?” - Agnieszka ma na myśli tych, którzy nie przynoszą społeczeństwu pożytku. Na przykład nie chcą pracować… - Albo kradną i napadają - wtrąciła Agnieszka. - Słowem margines, to ci wszyscy, którzy są w niezgodzie z prawem, no… Wrócił tryumfujący tato powiewając biletami. - Trochę blisko. W szóstym rzędzie. Dlaczego macie takie niewyraźne miny? - Mama nie może nam wytłumaczyć, co to jest margi… margines społeczny. Ojciec spojrzał zdziwiony. - Skąd ten trudny temat? - Ale on jest na pewno trudny? Ten margines? - pytała Beata. - Jeszcze jak! - Ojciec uniósł wzrok ku niebu. - Jeszcze jak trudny! We wtorek Paweł miał podwyższoną temperaturę i nie poszedł do szkoły. Beata, która nigdzie się bez niego nie ruszała, już od rana wpadła w rozpacz. - On leży, a ja muszę iść! - jęczała. - Poczytasz elementarz, odpowiesz pani na parę pytań i wrócisz - pocieszała ją mama - gorzej, że ja nie pójdę na wykład! Tato w pracy, Agnieszka i Leszek w szkole do drugiej… kto przy nim posiedzi?

- Ja też zostanę w domu! - nudziła Beata. - Chcę być z tobą! Mama spojrzała na nią z uwagą. „Czyżby istotnie malcy cierpieli na niedosyt matczynej opieki? W przypadku Beaty, to dość podejrzana sprawa!” - Pójdziesz do szkoły, Beatko. Powiedziałam. Od takiego tonu nie było odwołania. I mała dobrze o tym wiedziała. W czwartek leżały już oba Bąble. W mieście szalała grypa i mama z trudem godziła domowe obowiązki ze studiami. Na stoliczku przy łóżkach stały słoiki i słoiczki, poniewierały się pigułki zielone, żółte i różowe, trzeba było Bąble poić herbatką, miętą i sokiem z malin, który na szczęście uwielbiały. - Mufka, opowiedz bajkę - nudziła Beata, gdy matka choć na chwilę przysiadła nad książką lub notatkami. - Daj cytrynę! - Mama, chustkę do kichania! - Pić, daj pić! Agnieszka nie wchodziła do kajuty, sama kichała jak z procy. Tylko ojciec i Leszek byli zdrowi i na nich spoczywał obowiązek aprowizacji. Po pięciu dniach mama sama padała już na nos, ale wciąż uparcie walczyła z chorobą Bąbli, Agnieszki, notatkami z wykładów, kolacją, śniadaniem, koszulami ojca i Leszka, a przede wszystkim z własną słabością. Kilka razy już, już chciała machnąć ręką na zajęcia uniwersyteckie, ale zawsze w końcu zwyciężał rozsądek. A może ambicja? Mama miała ciemne podkówki pod oczami ze zmęczenia i głęboką wiarę w „swoich”, że zrozumieją i nie zawiodą. Pomoc przyszła z zupełnie nieoczekiwanej strony. I w dość nietypowy sposób. Leszek z Krzyśkiem warowali w parkowej alejce, kiedy tylko pozwalała na to pogoda. Rudowłosa Agata przechadzała się koło fontanny lub siedziała na którejś z ławeczek przeglądając pisma. Wyglądała jak wiewiórka, która zbiegłszy z gałęzi przycupnęła nad orzeszkiem i teraz zastanawia się: zjeść? Nie zjeść? - Zjeść! - zdecydował się Krzysiek i wpakował ostatniego cukierka do ust. Leszek przyglądał mu się z dezaprobatą. Ze słodyczy uznawał jedynie lody i łakomstwo przyjaciela przyprawiało go o wściekłość. A cukierki miały być pierwotnie dla Agaty. Mieli sobie przysiąść na ławeczce koło dziewczynki i jakby nigdy nic poczęstować