uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 756 574
  • Obserwuję766
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 027 427

Phillip Margolin - Nierozerwalne wiezy

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :1.3 MB
Rozszerzenie:pdf

Phillip Margolin - Nierozerwalne wiezy.pdf

uzavrano EBooki P Phillip Margolin
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 49 osób, 60 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 467 stron)

PPhhiilliipp MM.. MMaarrggoolliinn NNiieerroozzeerrwwaallnnee WWiięęzzyy (Ties that bind) Przełożył Sławomir Studniarz

Prolog Triumf Młodości Grudzień 1970 Pedro Aragon leżał nagi na białym piasku w ramionach śniadej kobiety o jędrnym ciele, pachnącej hibiskusem. Nad splecionymi w uścisku kochankami kołysały się liście palmy, rzucające zbawczy cień. Fale z łoskotem biły o brzeg. Byłaby to wymarzona chwila, gdyby nie brzęczenie muchy. Próbował zignorować natrętnego owada. W końcu pacnął ręką, lecz brzęczenie przybrało tylko na sile. Otworzył oczy i skąpana w słońcu plaża przeobraziła się w wąski tapczan z brudną pościelą. Odgłos fal zastąpiło bębnienie deszczu o umazane szyby klitki, którą Pedro wynajmował za grosze. Przepadła też słodka woń chińskiej róży. Jej miejsce zajął stęchły zapach potu, zwietrzałego piwa i niedojedzonej pizzy. Pedro przekręcił się na bok, spojrzał na terkoczący budzik, który przerwał mu rozkoszny sen, i przez chwilę żałował, że go nastawił. Lecz zaraz przypomniał sobie, co ma się stać dziś wieczorem, i wygramolił się z łóżka. Zbyt wielu widział rozleniwionych facetów, którzy przegapili życiową szansę; on swojej nie zmarnuje. Kiedy Pedro miał czternaście lat, wyrwał się ze

slumsów Mexico City i postanowił szukać szczęścia w Stanach Zjednoczonych, gdzie podobno pieniądze leżą na ulicy. Był szczupłym młodzieńcem z zębami jak perły, roziskrzonymi oczami i wypielęgnowanym wąsem, przysłaniającym usta skore do uśmiechu. Patrząc na niego, trudno byłoby uwierzyć, że potrafi zadawać ból, a jeszcze trudniej – że potrafi zabijać. W jednej chwili wesoły, w następnej wpadał z zabójczy szał, i właśnie ta nieprzewidywalność czyniła go niezwykle groźnym, odstręczając potencjalnych przeciwników. Jesus Delgado, przedstawiciel meksykańskiego kartelu w Portlandzie, odkrył drzemiące w chłopcu możliwości i przygarnął go pod swoje skrzydła. Pod jego okiem Pedro wyrósł na podporę narkotykowego podziemia stworzonego przez Delgada. Dwa miesiące wcześniej na polecenie szefa potraktował pilą łańcuchową niesfornego handlarza, który odprowadzał część zysków do własnej kieszeni. W nagrodę Pedro otrzymał stanowisko po nieboszczyku. Zwykle sprzedawał narkomanom na głodzie pojedyncze działki heroiny, ale dzisiaj wieczorem miało się zjawić po grubszy towar trzech studencików i już widział tę forsę oczami wyobraźni. Klientów załatwiał w opuszczonym budynku w zaniedbanej dzielnicy, gdzie sąsiedzi mieli dość rozumu, żeby nie skarżyć się glinom – zakładając, że w ogóle odezwaliby się do gliniarzy. Trawnik przed niszczejącym domem był zapuszczony, szara farba odłaziła piatami od

murów, daszek nad gankiem w każdej chwili groził zawaleniem. Osłaniając się przed deszczem, Pedro zapukał do frontowych drzwi, które natychmiast się otworzyły. – Que pasa? – spytał uzbrojonego strażnika. – Slaby ruch w interesie. – Jeszcze się rozkręci. Clyde Hopkins, atletyczny kowboj mający powiązania z gangsterami z Las Vegas, przywitał się z Pedrem i poprowadził go korytarzem w głąb budynku. Weszli do małego pomieszczenia na tyłach, w którym szczupły okularnik przekazywał pozującej na Janis Joplin ćpunce porcję białego proszku w zamian za garść pogniecionych banknotów. Dziewczyna wyszła w pośpiechu, nawet nie zaszczyciwszy Pedra spojrzeniem. Wiedział, że pochłonięta myślą o upragnionym strzale w żyłę, nie zauważyłaby nawet samego Księcia Ciemności. – Witaj, Benny – zwrócił się Pedro do okularnika siedzącego za rozklekotanym stolikiem, na którym rozłożone były torebeczki z heroiną. Za plecami handlarza stal uzbrojony osiłek z ponurą miną. – Kiepski dzisiaj ruch – odparł Benny, wskazując zwitek wymiętych banknotów. Pedro przeliczył utarg z całego dnia. Był marny, lecz on się tym nie przejął. O wpół do jedenastej przyjadą te kujony i poprawią wynik. Chłoptasie przybyli punktualnie. Pedro obserwował przez okno, jak wysiadają z czerwonego jaguara, i zanosił

się śmiechem. – Widzisz to samo co ja? – spytał Clyde’a, który stał obek. – Jak oni się tutaj uchowali? – zdziwił się kowboj, potrząsając głową. Wjazd eleganckim wozem do tej zakazanej dzielnicy był jak zaproszenie dla złodziei; równie dobrze mogliby wymachiwać transparentem z napisem: „Prosimy, obrabujcie nas”. Na oko wyglądali na rówieśników Pedra, osiemnastolatków, ale wychowujący się na ulicy Meksykanin szybko zmężniał, podczas gdy ci trzej sprawiali wrażenie... niedojrzałych. Tak, wydawali się miękcy, dziecinni, ich odkarmione buzie wciąż szpecił trądzik. Strach i niedostatek nie wyryły na nich piętna. Pedro pamiętał, jak się zachowywali poprzedniego wieczoru w „Penthousie”, ekskluzywnym lokalu striptizowym należącym do Jesusa Delgada. Pełen szpan, na luzie, w co drugim zdaniu hiszpański zwrot wyniesiony z liceum, żeby pokazać, że są „w porząsiu”. Zwracali się do Pedra per amigo i „brachu”. Ubrani byli w mundurki spełniające rolę znaków rozpoznawczych, tak jak barwy gangów: szkolne blezery, niebieskie koszule i swetry z półgolfem. Pierwszy, ze sterczącą jasną czupryną, miał sylwetkę futbolisty, ale był rozlazły, pulchny. Bobas – osądził Pedro – który jeszcze nie spalił dziecięcego tłuszczyku. Następny, wzrostu Pedra, metr siedemdziesiąt pięć, wyglądał jak dzieciak i nikt by go nie wziął za studenta: chudy, w okularach w

rogowych oprawkach, z cienkimi czarnymi włosami sięgającymi ramion. Ostatni z nich, potężnie zbudowany, krótko ostrzyżony, mógłby występować w zapasach w wadze półciężkiej . Z całej trójki tylko on wydawał się groźny. Ale Pedro nie spodziewał się z ich strony zagrożenia; spodziewał się gotówki, mucho clinero, jak wyrazili się chłoptasie, przedstawiając mu propozycję rozprowadzania prochów w miasteczku studenckim. Pedro wysłuchał ich uprzejmie, wiedząc, że nie ma nic do stracenia. Zedrze z nich skórę, jeśli okaże się, że go kantują; albo uda mu się podbić nowy rynek zbytu, na którym panuje ogromny popyt na towar i gdzie będzie można zarobić kupę forsy. – Pedro! Siemasz, stary! – zawołał Bobas. – Amigo – odparł Pedro, podając mu rękę w powitalnym geście, który wymyślił na poczekaniu. – Mi casa es su casa. – Otóż to! – podchwycił z zapałem Bobas, rozpromieniony, podczas gdy jego dwaj koledzy rozglądali się lękliwie. Ich spojrzenie padło na kałasznikowa, leżącego na stoliku obok sfatygowanej kanapy, i trzech drabów rozstawionych w pomieszczeniu. – To co? Robimy interes? – spytał Pedro, siląc się na ciężki latynoski akcent, którego właściwie zdołał już się pozbyć po czterech latach pobytu w Stanach. – Si, amigo, interes. Gruby interes. – Co macie dla mnie? – Powoli, powoli. To zależy od tego, co ty

przygotowałeś dla nas – odparł przezornie Bobas, a wzrok jego kompanów nadal wędrował od jednego uzbrojonego ochroniarza do drugiego. – Dla was mam towar ekstra, lepszego nie znajdziecie – oznajmił Pedro, szczerząc zęby w uśmiechu. – Chodźcie, pokażę wam. Już się odwracał, lecz zastygł w miejscu, gdy do pokoju wpadł strażnik pilnujący drzwi frontowych. Po jego wzorzystej koszuli spływała krew. Ktoś poderżnął mu gardło. Strażnik osunął się na podłogę, a za nim ukazał się zwalisty czarnoskóry mężczyzna z szopą kręconych włosów, z olbrzymią spluwą w ręku. Chłoptasie wybałuszyli oczy, a Clyde rzucił się po kałasznikowa. – Odradzam, kolego – odezwał się potężny Murzyn, dwukrotnie naciskając spust. Skoszony Clyde runął na podłogę, a do pokoju wtargnęła grupa uzbrojonych po zęby bandziorów. Zabójca opuścił lufę. Dwóch jego kolesiów ostrożnie posuwało się w stronę pomieszczenia na zapleczu. – Ty pewnie jesteś Pedro – stwierdził spokojnie przywódca napastników, a nie doczekawszy się odpowiedzi, dodał, chichocząc: – Zaraz przejdziesz do historii, kolego. Gdy Pedro główkował zawzięcie, jak uratować skórę, usłyszał huk wystrzałów i wrzask dochodzący z zaplecza. Przywódca uśmiechnął się szeroko. – Moi chłopcy chyba dobrali się do twoich cennych zapasów – zwrócił się do Pedra. Potem spojrzał na białych

małolatów, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z ich obecności. Na twarzach studentów malowało się przerażenie. Wyciągnęli do góry ręce, jakby westernowi bandyci, którzy napadli na dyliżans, rozkazali im właśnie dosięgnąć palcami nieba. – No i kogo tu spotykamy? Abdul, jak to się mówi o takich milutkich chłopcach, którzy ładnie śpiewają na akademiach, co? – spytał, spoglądając przez ramię na oprycha z wyraźną blizną, biegnącą zygzakiem przez cały policzek. – Towarzystwo śpiewacze. – No właśnie, towarzystwo śpiewacze. Wy, chłopcy, należycie do takiego towarzystwa? – spytał, odwracając się do nich, po czym nagle znów przeniósł uwagę na Pedra. – Czy ja coś pochrzaniłem? Powiedz mi, Pedro. Doszły mnie słuchy, że sprzedajesz prochy na cudzym terenie, przejmujesz moich klientów, ale gotów jestem przeprosić, jeśli źle zrozumiałem. Szykowaliście się tu, żeby odśpiewać Cichą noc! Pedro milczał. – Tak myślałem. Żadni z was śpiewacy, zasrańcy – stwierdził. – Ty handlujesz prochami na moim terenie. – Skierował lufę w stronę Pedra, po czym, biorąc na muszkę trójkę studentów, dodał: – A wy dajecie temu latynoskiemu skurwielowi forsę, która powinna trafić do mojej kieszeni. To znaczy, że wszystkich was zaraz rozwalę.

– Proszę pana – wyjąkał dzieciak w okularach z rogowymi oprawkami. – Niech pan nas wypuści. Nikomu nie piśniemy ani słowa. Przysięgam. Murzyn zrobił minę, jakby brał ich propozycję na serio. – Przysięgasz, tak? – Tak, proszę pana. Myśmy nie wiedzieli, że pan kontroluje ten rynek. Możemy kupować towar od pana. Mamy mnóstwo pieniędzy. Czarnoskóry uśmiechnął się i skinął głową. – To brzmi rozsądnie – oświadczył, po czym zwrócił się do swego towarzysza z tyłu: – Abdul, ty też uważasz, że to rozsądna propozycja? – Wyglądają na porządnych białych chłopców – odparł Abdul. – Jesteście porządnymi chłopcami? – spytał przywódca napastników. – Tak, proszę pana. – Dzieciak w okularach skwapliwie pokiwał głową. – Wszyscy mamy dobre stopnie. – Coś takiego! Jak myślisz, Abdul, chyba możemy uwierzyć im na słowo? Nie wyśpiewają glinom, że wytłukliśmy całą załogę i zgarnęliśmy towar? – Jasne – przyznał Abdul, posyłając chłopcom złowrogi uśmiech. – Ale obiecacie nam, nie? Słowo skauta? Jego wesoły nastrój nagle się ulotnił, gdy wolno uniósł lufę, mierząc prosto w złocisty emblemat, przyszyty do blezera dokładnie na wysokości serca trzęsącego się chłopaka.

– Mam pieniądze – dukał dzieciak – mnóstwo pieniędzy. Gdy sięgał do tyłu po portfel, na jego spodniach pojawiła się mokra plama, a na podłodze, w miejscu, gdzie stał, rozlała żółta kałuża. Herszt bandy roześmiał się na ten widok. Czarni napastnicy wbili wzrok w przesiąknięte moczem spodnie chudzielca. – Widzieliście? Zlał się ze strachu. Wciąż zanosili się śmiechem, gdy chłopak wyszarpnął spod blezera pistolet i zaczął strzelać. Gangsterzy znieruchomieli, potem próbowali odpowiedzieć ogniem, lecz Zapaśnik i Bobas już pruli do nich jak do kaczek. W powietrzu fruwały kawałki tynku i odłamki szkła z rozbitych szyb. Pedro skoczył po kałasznikowa. Pocisk zarył w ścianie tam, gdzie stał jeszcze przed sekundą. Chwyciwszy karabin, Meksykanin przeturlał się za kanapę i poderwał, naciskając spust. Dwóch napastników wybiegających z zaplecza osunęło się na podłogę, ugodzonych w pierś. – Przestań! – krzyknął Zapaśnik, przykładając rozgrzaną lufę pistoletu do skroni Pedra. – Odłóż broń, Pedro. Opamiętaj się. Nie chcemy, żeby któryś z nas oberwał w tym zamieszaniu. Pedro zastanowił się nad swoim położeniem. Lufa boleśnie wrzynała mu się w czaszkę. Wypuścił karabin z rąk. – Dobrze – powiedział Zapaśnik, cofając się. Pedro rozejrzał się po pokoju. Wszyscy nie żyli, z

wyjątkiem jego, trzech studentów i przywódcy napastników, który postrzelony w brzuch wił się na podłodze. – O rany, ale jazda! – wyszeptał z przejęciem dzieciak w okularach z rogowymi oprawkami. – Na piątkę, kurwa – zgodził się Bobas. – Szczególnie twoje obszczane spodnie. – Chwileczkę, przecież skupili na nich całą uwagę, nie? – odparł z uśmiechem Okularnik. Bobas głośno wciągnął nosem powietrze, machając przy tym ręką. – Teraz też nie da się tego nie zauważyć – stwierdził. – Odczep się – roześmiał się Okularnik, po czym przybił piątkę Zapaśnikowi, a Pedro przyglądał im się osłupiały. Potem Okularnik podszedł do jęczącego z bólu Murzyna i wyszczerzył zęby. – Mogę skrócić twoje męki. – Pieprzę cię – wykrztusił ranny. – W tym stanie chybaby ci się to nie udało – skomentował Okularnik, wzbudzając wesołość Bobasa. – Dobij go – powiedział Zapaśnik, wyraźnie spięty. – Musimy się stąd wynosić. – Spokojna głowa – odparł tamten i podśpiewując pod nosem, zaczął krążyć wokół swojej ofiary; lufą trącał różne części jej ciała. – Przestań się zgrywać. – Ale z ciebie nudziarz! – Okularnik strzaskał rzepkę rannemu, który wrzasnął przeraźliwie. – Potrafisz wyciągać wysokie dźwięki – stwierdził z uśmiechem, lecz

nagle spoważniał i spojrzał Murzynowi w oczy. – Należałeś do chóru szkolnego, dupku? – Na miłość boską! – zniecierpliwił się Zapaśnik, oddając dwa strzały w głowę krzyczącego mężczyzny. – Skończ z tymi wygłupami. Zwijamy się. Pedro próbował opanować strach. Jeśli miał zginąć, umrze, jak przystało na mężczyznę. – Zabierz towar – zwrócił się do niego Zapaśnik. W pierwszej chwili Pedro myślał, że się przesłyszał. – Musimy wiać. Zaraz przyjadą gliny. Nie chcieli go zabić! Pedro nagle odzyskał władzę w nogach. Pobiegł na zaplecze. Benny leżał rozciągnięty na podłodze, pośrodku jego czoła ział otwór po kuli. Pedro spojrzał na zwłoki ochroniarza w kącie, potem wepchnął cały zapas heroiny do walizki i ruszył w kierunku wyjścia. – Nasza zdobycz! – krzyknął na jego widok Bobas. – Wciąż mamy forsę – oświadczył dzieciak. – Możemy dobić targu. Pedro wahał się, gubił się w tym wszystkim. – Jesteś naszym dłużnikiem, amigo – powiedział Bobas. – Gdybyśmy się z nimi nie rozprawili, już byś gryzł piach. – Sam nie wiem, człowieku – odparł Pedro, patrząc na zaparkowanego jaguara. – Będą was ścigać. Gliny namierzą wóz. Studenci spojrzeli po sobie i wybuchnęli śmiechem. – Nie martw się, brachu. To kradziona bryka. Pedro był przekonany, że nic go już w życiu nie zdziwi,

ale ci chłopcy okazali się niesamowici. Bobas położył mu rękę na ramieniu. Jeden rzut oka na jego twarz upewnił Pedra, że wszystko, co zaszło tutaj i poprzedniego wieczoru w „Penthousie”, zostało starannie wyreżyserowane. Nagle ogarnęło go większe przerażenie niż wtedy, gdy w oczy zaglądała mu śmierć. – Moglibyśmy cię sprzątnąć i przejąć towar – oznajmił pulchny chłopak cicho, lecz dobitnie. – Ale to byłby z naszej strony przejaw krótkowzroczności. Chodzi nam o układ korzystny dla obu stron, dzięki któremu wszyscy zbijemy kupę forsy. – Jeśli nie jesteś zainteresowany, to zjeżdżaj. Krzyżyk na drogę – wtrącił Okularnik, wzruszając ramionami. – Co ty na to, Pedro? – spytał Zapaśnik. – Chcesz zarobić trochę pieniędzy? Pedro przypomniał sobie kobietę ze snu i bielutką plażę. – Jedźmy gdzieś to obgadać – powiedział.

Część pierwsza BŁYSKAWICA

Rozdział 1 Senator Chester Whipple, republikanin z Karoliny Południowej i zagorzały obrońca wiary, był abstynentem, czego w tej chwili żałował, krążąc nerwowo po frontowym pokoju swego domu w Georgetown. Dochodziła druga w nocy; Jerry Freemont, jego wywiadowca, spóźniał się już trzy godziny, a on nie potrafił ukoić nerwów samą modlitwą. Ktoś zadzwonił do drzwi. Senator wybiegł na korytarz, lecz gdy otworzył drzwi wejściowe, ujrzał w progu, zamiast swojego wysłannika, elegancko ubranego mężczyznę w krawacie z herbem uczelni, w której sam kiedyś się kształcił. Nieznajomy uśmiechnął się. Był średniego wzrostu, dobrze zbudowany, lśniące płowe włosy nosił zaczesane do tyłu; na rzymskim nosie miał okulary w drucianych oprawkach. Whipple, chłopak z wiejskiej szkoły, który otrzymał stypendium na naukę w Harvardzie, nie znosił swoich kolegów wywodzących się z bogatych domów, ale też nie czuł się przez nich zagrożony. W istocie senatorowi trudno było napędzić strachu: posiadał krzepę człowieka, który sam uprawiał ziemię, a mężnego ducha zawdzięczał niezłomnej wierze. – Senatorze, przepraszam za najście o tak późnej porze – powiedział przybysz, wręczając mu wizytówkę. Można było z niej wyczytać, że J. Stanton Northwood II jest wspólnikiem w znanej miejscowej firmie prawniczej.

Whipple miał się wkrótce przekonać, że firma ta nikogo o takim nazwisku nie zatrudniała. – Czego pan sobie życzy? – spytał senator; mimo że był autentycznie zaintrygowany tą wizytą, pragnął pozbyć się nieproszonego gościa, zanim zjawi się Jerry. – Obawiam się, że przynoszę złe wieści – oświadczył gość ponuro. – Nie zaprosi mnie pan do środka? Whipple zawahał się, potem poprowadził Northwooda do salonu i wskazał mu fotel. Prawnik rozsiadł się wygodnie, zakładając nogę na nogę. – Chodzi o pana Freemonta. Niestety, nie stawi się na spotkanie – oznajmił, wprawiając senatora w konsternację. – Był świetnym wywiadowcą – ciągnął Northwood z poważną miną. – Znalazł dowód na to, że kilka koncernów biotechnologicznych przeznaczyło miliony dolarów na tajny fundusz, z którego pomocą Harold Travis stara się zapobiec uchwaleniu ustawy zakazującej klonowania. Pan Freemont zdobył również materiały dźwiękowe i wideo, które mogłyby się stać podstawą do postawienia w stan oskarżenia senatora Travisa oraz kilku innych osób. Tak się jednak niefortunnie dla pana składa, że obecnie my jesteśmy w posiadaniu tych dowodów. Whipple był oszołomiony. Nie miał pojęcia, w jaki sposób Northwood dowiedział się o zadaniu, które on powierzył Jerry’emu Freemontowi. – Zabiłem panu ćwieka, co? Spodziewa się pan przybycia swojego wysłannika z materiałami, które

przesądzą o pańskiej kandydaturze na prezydenta z ramienia Partii Republikańskiej, a tymczasem zjawiam się ja. – Mówiąc to, skłonił głowę z udanym ubolewaniem. – Ale nie sądził pan chyba, że moi mocodawcy będą patrzeć z założonymi rękami, jak pan puszcza ich w odstawkę? Protekcjonalny ton prawnika wyprowadził senatora z równowagi. Był przecież człowiekiem władczym, budzącym postrach; nie da sobą w ten sposób pomiatać. – Gdzie jest Jerry Freemont? – spytał groźnie, zrywając się na równe nogi. Jego potężna postura nie wywarła na Northwoodzie żadnego wrażenia. – Radzę panu usiąść – odparł przybysz. – Niech się pan przygotuje na silny wstrząs. – Słuchaj, ty nędzny adwokacino, jeśli zaraz mi nie powiesz, co się stało z Jerrym, wyduszę to z ciebie gołymi rękami. – Coś panu pokażę – oświadczył Northwood, wyciągając z kieszeni zdjęcie i kładąc je na ławie, która oddzielała go od senatora. – Dzielnie się trzymał, naprawdę. Chcę, żeby pan o tym wiedział. Dopiero po kilku godzinach zdołaliśmy go przekonać, żeby zdradził nam, gdzie przechowuje dowody. To, co było na fotografii, poraziło senatora. Widniał na niej mężczyzna, w którym z trudem dało się rozpoznać Jerry’ego Freemonta; nadgarstki nad głową skrępowane miał łańcuchem, który podtrzymywał go w powietrzu. Odsłonięte belki i spadzisty dach wskazywały, że zdjęcie

zrobiono w stodole. Na nagim torsie Freemonta wyraźnie były widoczne głębokie nacięcia i oparzenia. – Przykry widok – westchnął Northwood. – Ale musi pan wiedzieć, że moi zwierzchnicy nie żartują, kiedy mówią, że nie cofną się przed niczym, byle dopiąć swego. Whipple nie mógł oderwać oczu od fotografii. Jerry Freemont, twardy chłop, zahartowany w policyjnej służbie, był dla niego bliskim druhem, towarzysząc mu wiernie od początku jego dwudziestoletniej kariery politycznej. Senator zawrzał gniewem, sprężył się, gotowy do skoku, lecz zamarł. Northwood celował do niego z rewolweru. – Siadaj – polecił. Whipple ociągał się. Northwood rzucił na stół kolejne dwa zdjęcia. Twarz senatora zrobiła się blada jak płótno. – Pańska żona to urodziwa kobieta, a wnuczka wygląda tu jak prawdziwy aniołek. Ile ma lat? Pięć? – Co z nimi... ? – Ależ nic. Mają się świetnie. Jeśli się dogadamy, nie będzie żadnych powodów do niepokoju. Whipple zacisnął pięści, ale nie ruszał się, kipiąc z bezsilnej złości. – Niech pan mnie nie zmusza do pociągnięcia za spust, senatorze. To niczego nie rozwiąże. A na pewno nie ocali pan w ten sposób swoich bliskich. Jeśli myśli pan, że po pańskiej śmierci damy im spokój, to jest pan w błędzie. Whipple poczuł, jak opuszczają go siły, ulatuje z niego cały gniew. Opadł ciężko na fotel.

– Jeśli nas pan posłucha, nic się nie stanie ani panu, ani pańskiej rodzinie. – Czego ode mnie chcecie? – spytał Whipple głosem człowieka przegranego. – Długo brał pan czynny udział w życiu politycznym. Dwadzieścia lat to szmat czasu – powiedział Northwood, wstając. – Warto byłoby się wreszcie wycofać, żeby poświęcić więcej czasu rodzinie. Może też pan przysłużyć się ludzkości, jeśli sprawi, że ustawa zakazująca klonowania nie wyjdzie z pańskiej komisji. Wykorzystując technologię klonowania, w laboratoriach kilku wiodących firm pracuje się nad wynalezieniem leków na rozmaite choroby. Niech pan tylko pomyśli, ilu ludziom będą w stanie pomóc te firmy, a na pewno zmieni stanowisko w sprawie tej ustawy. – Rozumiemy się, senatorze? – spytał na koniec, wsuwając zdjęcia do kieszeni. Whipple w milczeniu wpatrywał się w blat ławy. Po chwili skinął głową. – Cieszę się – odparł Northwood z autentyczną radością w głosie. – Dobranoc panu. Buty głośno stukały o parkiet, gdy przybysz szedł korytarzem do wyjścia. Whipple usłyszał trzask zamykanych drzwi frontowych – odgłos ten obwieścił mu krach marzenia jego życia.

Rozdział 2 Amanda Jaffe młóciła wodę ramionami, czując, jak jej ciało gładko sunie naprzód. Pokonywała właśnie ostatnie pięćdziesiąt metrów kolejnego dwustumetrowego odcinka, jakie wyznaczała sobie, ćwicząc na pływalni YMCA. Wytężała wszystkie siły i przez chwilę miała wrażenie, że wręcz ślizga się po powierzchni. Wtem wyrosła przed nią ściana basenu i Amanda wyrzuciła ciało w górę, robiąc jednocześnie obrót. Zanurzyła się w pędzie, by przemierzyć końcowe dwadzieścia pięć metrów. Była wysoką kobietą o szerokich, umięśnionych ramionach, które niosły ją po wodzie z rozmachem i wdziękiem. Po kilku sekundach dobiła do ściany i łapiąc powietrze, wypłynęła na powierzchnię. – Nieźle. Spojrzała do góry, wystraszona. Na krawędzi basenu przykucnął mężczyzna ze stoperem w ręku. Kasztanowe włosy sterczały mu na wszystkie strony: wyglądał na trzydzieści kilka lat – był mniej więcej w jej wieku. Po sylwetce rozpoznała w nim rasowego pływaka. Chociaż pogodnie się uśmiechał i miał miłą powierzchowność, odsunęła się od niego na bezpieczną odległość. – Chcesz poznać swój czas? Amanda starała się ignorować przeszywający strach. Jeszcze nie odzyskała oddechu, więc nieśmiało skinęła głową. Nie mogła uwierzyć, kiedy usłyszała swój wynik.

Tak szybko nie pływała od lat. – Toby Brooks – przedstawił się mężczyzna, wskazując ręką na pierwsze dwa tory, po których raźno sunęli pływacy w różnym wieku. – Jestem z drużyną Masters. – Amanda Jaffe – wykrztusiła, walcząc z ogarniającym ją lękiem. – Miło mi cię poznać. Brooks sprawiał wrażenie zaintrygowanego. Nagle strzelił palcami. – Jaffe. Zgadza się! Amanda była pewna, że zaraz wspomni jakąś głośną sprawę, której broniła. – Mistrzostwa uniwersyteckie, Berkeley, dziewięćdziesiąty trzeci rok? Nie posiadała się ze zdumienia. Jednocześnie poczuła ulgę, że rozmówca nie każe jej wracać myślą do niedawnej przeszłości. – Dokładnie dziewięćdziesiąty drugi, ale i tak nieźle. Skąd wiesz? – Pływałem wtedy w barwach UCLA. Wygrałaś na dwieście metrów w stylu dowolnym, tak? – Ależ masz pamięć! – odparła Amanda, uśmiechając się mimowolnie. – Pokonałaś moją dziewczynę w tej konkurencji. Mocno to przeżyła. Popsułaś mi plany na wieczór. – Przykro mi. Bliskość Brooksa sprawiała, że czuła się nieswojo. – Niepotrzebnie – odparł, uśmiechając się szeroko. – I

tak nam się nie układało. Jak dalej potoczyła się twoja kariera pływacka? – Doszłam do mistrzostw krajowych. Potem dałam sobie spokój. Ostatni rok studiów mnie wykończył. Przez pięć lat omijałam basen z daleka. – Ze mną było podobnie. Biegałem trochę, ale zaczęły mi dokuczać stawy. Do pływania wróciłem niedawno. Urwał i Amanda domyśliła się, że czeka, aż ona się odezwie. – Pracujesz tutaj, w YMCA? – spytała, żeby podtrzymać rozmowę. – Nie. Jestem doradcą inwestycyjnym w banku. – Ach, tak! – odparła zawstydzona. – Myślałam, że trenujesz tę drużynę. – Jestem zawodnikiem, czasami tylko wyręczam trenera. Akurat dzisiaj nie przyszedł do pracy, bo jest chory. A propos: nie bez powodu mierzyłem ci czas. Myślałaś kiedyś o tym, żeby znów wziąć udział w zawodach pływackich? Program, w którym uczestniczymy, nie jest zbyt obciążający. Mamy dobrą obsadę w różnych grupach wiekowych – od trzydziestolatków do staruszków po osiemdziesiątce. Przydałby się w zespole ktoś z takim doświadczeniem. – Dzięki, ale zawody mnie nie pociągają. – Dałbym się nabrać, widząc, jak śmigasz te ostatnie dwieście metrów. Amanda wiedziała, że Brooks stara się po prostu być miły, ale krępował ją swoją obecnością. Odetchnęła z

ulgą, kiedy spojrzał w stronę zgromadzonych pod przeciwległą ścianą zawodników. – Obowiązki mnie wzywają – oświadczył, podnosząc się. – Naprawdę cieszę się, że cię poznałem, Amando. Jeśli zmienisz zdanie i zechcesz się przyłączyć do drużyny, daj mi znać. Z radością cię przyjmiemy. Kiedy Brooks odszedł do swoich zadań, Amanda zanurzyła się w wodzie, oparła głowę o krawędź basenu i zamknęła oczy. Patrząc na nią, można by pomyśleć, że odpoczywa po wysiłku, ale tak naprawdę próbowała zapanować nad lękiem. Tłumaczyła sobie, że Brooks starał się po prostu okazać jej życzliwość, że nie ma powodu do obaw, lecz mimo to targał nią niepokój. Rok wcześniej o mało nie przypłaciła życiem rozwiązania tajemnicy serii morderstw, popełnionych przez chirurga z Ośrodka Medycznego Świętego Franciszka. Jeszcze nie doszła do siebie po tych okropnych przejściach. Przedtem pływanie niezawodnie ją odprężało, ale teraz, po sprawie Cardoniego, nie zawsze przynosiło upragniony skutek. Naszła ją myśl, żeby przepłynąć w ostrym tempie następne dwieście metrów, lecz zupełnie opadła z sił, fizycznych i psychicznych. Wyczerpało ją spotkanie z Brooksem.

Rozdział 3 Firma cateringowa zbierała się do drogi, a zespół muzyczny już odjechał, kiedy Harold Travis żegnał się z gośćmi, którzy nie należeli do ścisłego grona specjalnych ofiarodawców. Ci ostatni odpoczywali w zacisznym gabinecie, paląc kubańskie cygara i sącząc porto Taylor Fladgate rocznik 1934. Towarzyszyły im wynajęte na ten wieczór panie, mające spełnić wszelkie ich erotyczne zachcianki w podzięce za nielegalne fundusze, przekazane na finansowanie kampanii wyborczej człowieka, który niebawem z ramienia Partii Republikańskiej będzie się ubiegał o urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przyjęcie dla sponsorów odbywało się w ustronnej posiadłości w okolicy Portlandu, w ośmiokątnym domu o powierzchni pięciuset metrów kwadratowych, jednym z czterech należących do prezesa zarządu kalifornijskiego koncernu biotechnologicznego. On sam zabawiał się właśnie w sypialni ze ślicznotką o eurazjatyckich rysach. Gdy tylne światła furgonetki z obsługą przyjęcia zniknęły w mroku, Travis dał głową znak jednemu z ochroniarzy, czuwających dyskretnie przez cały wieczór nad bezpieczeństwem gości. Strażnik wyjął telefon komórkowy, a Travis odszedł w stronę basenu. Rozsiadł się na leżaku, wpatrzony w odbijające się w ciemnej wodzie światła domu, które niczym zjawy pląsały na lekko wzburzonej przez wietrzyk powierzchni. Po raz

pierwszy od wielu godzin wreszcie był sam, napawając się ciszą i spokojem . Teraz, kiedy Chester Whipple wypadł z gry, wszyscy najważniejsi sponsorzy Partii Republikańskiej ustawiali się w kolejce do niego. Prasę zaskoczyła nagła decyzja senatora z Karoliny Południowej o wycofaniu się z polityki, natomiast sposób, w jaki storpedował ustawę zakazującą klonowania, którą wcześniej tak żarliwie popierał, wywołał wręcz burzę w środowisku dziennikarskim. Zwolennicy Whipple’a musieli teraz opowiedzieć się za Travisem, jeśli chcieli zyskać jakiekolwiek wpływy w Białym Domu. Travis ułatwiał im zadanie. Po cichu zwalczał ustawę zakazującą klonowania, wysługując się figurantami, którzy odwalali brudną robotę. Sam natomiast wyrażał zdecydowanie konserwatywne poglądy w kwestiach drogich jego poplecznikom. Travis przymknął oczy i wyobrażał sobie, jak wygrywa listopadowe wybory. Demokraci byli w rozsypce. Nie potrafili nawet wyłonić mocnych kandydatów w poszczególnych stanach, a co dopiero wysunąć swojego pretendenta, który zagroziłby mu w wyborach powszechnych. Prezydenturę Travis miał w zasięgu ręki. – Nadjeżdżają, senatorze. Tak był pochłonięty myślami, że nie usłyszał nadchodzącego ochroniarza. Ruszył za nim na dziedziniec przed domem. Zza ostatniego zakrętu długiego podjazdu wyjeżdżało właśnie czarne porsche. Travis podniecił się