uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 542 206
  • Obserwuję697
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań849 561

Robert Muchamore - Cherub 15 - Czarny piatek

Dodano: 6 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 6 lata temu
Rozmiar :1.1 MB
Rozszerzenie:pdf

Robert Muchamore - Cherub 15 - Czarny piatek.pdf

uzavrano EBooki R Robert Muchamore
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 6 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 102 osób, 91 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 498 stron)

Robert Muchamore Czarny Piątek Black Friday Tłumaczenie Bartłomiej Ulatowski

CZYM JEST CHERUB? CHERUB to supertajna komórka brytyjskiego wywiadu, zatrudniająca agentów w wieku od dziesięciu do siedemnastu lat. Cherubini są przeważnie sierotami, które za ich zgodą zabrano z domu dziecka i wyszkolono na profesjonalnych szpiegów. Mieszkają w kampusie CHERUBA, tajnym ośrodku ukrytym na angielskiej prowincji. JAKI POŻYTEK MA WYWIAD Z DZIECI? Całkiem spory. Ponieważ nikomu nie przychodzi do głowy, że dzieci mogą brać udział w tajnych operacjach szpiegowskich, nieletni agenci działają ze swobodą, na jaką nie mogą sobie pozwolić dorośli. Najważniejsze cechy, jakich wymaga się od rekruta, to wysoki poziom inteligencji, znakomita kondycja fizyczna oraz umiejętność sprawnego działania i samodzielnego myślenia w warunkach silnego stresu. KIM SA CHERUBINI? Cherubini są werbowani do organizacji w wieku od sześciu do dwunastu lat, prawo do samodzielnego wykonywania zadań wywiadowczych uzyskują zaś

najwcześniej w wieku dziesięciu lat pod warunkiem ukończenia studniowego szkolenia podstawowego. KOD KOSZULKOWY Rangę cherubina można rozpoznać po kolorze koszulki, jaką nosi w kampusie. POMARAŃCZOWE są dla gości. CZERWONE noszą dzieci, które mieszkają i uczą się w kampusie, ale są jeszcze za małe, by zostać agentami. NIEBIESKIE noszą nieszczęśnicy przechodzący torturę studniowego szkolenia podstawowego. Koszulka SZARA oznacza agenta uprawnionego do udziału w operacjach, GRANATOWA zaś jest nagrodą za wyjątkową skuteczność podczas akcji. Najwyższym wyróżnieniem jest koszulka CZARNA, przyznawana za profesjonalizm i znakomite wyniki osiągnięte podczas więcej niż jednej operacji. Agenci, którzy zakończyli służbę, otrzymują koszulki BIAŁE, jakie nosi także część kadry. KLAK AKAMOWÓW W kwietniu 2012 roku agent CHERUBA RYAN SHARMA otrzymał granatową koszulkę za swój wkład w przeprowadzoną przez amerykański wywiad udaną próbę infiltracji globalnej siatki przemytniczej znanej jako klan Aramowów. Zamiast po prostu

rozbić organizację, Amerykanie postanowili przejąć nad nią kontrolę. Zamierzali stopniowo zlikwidować działalność klanu, unikając chaosu i jednocześnie gromadząc bezcenne dane o tuzinach innych grup przestępczych korzystających z usług Aramowów. Operację tajnego przejęcia prowadziła jednostka o nazwie TFU, dowodzona przez dr DENISE HUGGAN. Wkrótce po swoim awansie Ryan Sharma wrócił do siedziby klanu w Kirgistanie, występując w roli syna instruktora CHERUBA JOSIPA KAZAKOWA. Podczas gdy agenci TFU dyskretnie sterowali operacjami klanu od samej góry, Ryan i Kazakow działali oddolnie, zbierając informacje, jakie nigdy nie docierają do wyższych szczebli kadry kierowniczej.

1. ŚWIĘTO DZIĘKCZYNIENIA 22 listopada 2012 r. Manta, Ekwador Jedyny terminal portu lotniczego w Mancie wyglądał tak, jakby swoje najlepsze dni od dawna miał już za sobą. Lotnisko zbudowały Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych, by służyło jednostce prowadzącej działania antynarkotykowe. Amerykanie, rzecz jasna, nie byli zadowoleni, że ekwadorski rząd wyrzucił ich z kraju, i przed odejściem ogołocili port ze wszystkiego, od głównego radaru nadzoru przestrzeni powietrznej po ławki przed bramkami w sali odlotów. Czternastoletni agent CHERUBA Ryan Sharma kucał na płóciennym plecaku w niemal opustoszałej poczekalni, słuchając sączącej się z głośników kiczowatej muzyki mieszającej się z bębnieniem kropel deszczu o blaszany dach. Podczas dwudziestoczterogodzinnej podróży z Kirgistanu Ryan nie zmrużył oka. Po długim locie pozostało mu spieczone gardło i nabiegłe krwią oczy. Marzył mu się gorący prysznic i wielkie miękkie łóżko, ale dobrze wiedział, że minie jeszcze szmat czasu, nim choćby zbliży się do którejkolwiek z tych

rzeczy. Przez minione siedem miesięcy Ryan mieszkał w siedzibie klanu Aramowów w Kirgistanie – w miejscu znanym jako Kreml. Zadaniem cherubina było gromadzenie plotek roznoszonych przez pracowników siatki przestępczej i członków ich rodzin. Kreml nie miał wiele do zaoferowania w dziedzinie rozrywki i głównym miejscem spotkań młodzieży było boisko pod gołym niebem obstawione sztangami i sprzętem do ćwiczeń. Ryan wycisnął tam dość kilogramów, by obwód klatki zwiększył mu się o całe dziesięć centymetrów. Wyrzeźbione ciało zaczęło mu się podobać tak samo jak dziewczynie, w której zdążył się zakochać. Przez szyby okien po drugiej stronie obskurnej poczekalni widać było trzy samoloty. Warstwa chmur przesłaniała słońce i przyćmione światło kojarzyło się bardziej ze zmierzchem niż wczesnym rankiem. Najmniejszą maszyną był turbośmigłowiec należący do ekwadorskiej poczty; tuż obok stał towarowy boeing 737, którego budyniowożółty kadłub zdobiło logo firmy przewozowej Globespan Delivery. Tuż poniżej znaku widniał slogan firmowy: „Dokądkolwiek, kiedykolwiek, zawsze na czas”. Trzeci, znacznie większy samolot, górował posępnie nad pozostałymi dwoma, stojąc na dwudziestu startych do drutów oponach, obłaził z

farby i był upstrzony byle jak załatanymi przestrzelinami. Wyglądał jak oprych, który za chwilę miał podtoczyć się do dwóch mniejszych maszyn i skroić je z pieniędzy na drugie śniadanie. Był to iljuszyn Ił-76, czterosilnikowy samolot transportowy radzieckiej konstrukcji. Ten egzemplarz opuścił fabrykę w Uzbekistanie w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym roku i przez swoje ogromne wrota ładunkowe mógłby połknąć tira. Wysłużona maszyna po raz pierwszy ruszyła do akcji podczas inwazji Związku Radzieckiego na Afganistan. Dokumenty wskazywały, że w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku radzieckie siły powietrzne sprzedały ją na złom, ale w rzeczywistości stary odrzutowiec latał przez dwadzieścia kolejnych lat, wożąc po całym świecie wszystko, od skradzionych sportowych mercedesów po hurtowe ilości twardych narkotyków. Mógł go wynająć każdy, kto dysponował zasobnym portfelem. Poza udziałem w nielegalnych operacjach iljuszyn zrzucał żywność w strefach dotkniętych trzęsieniami ziemi i dostarczał zaopatrzenie dla amerykańskich oddziałów w Iraku. W ciągu swojej kariery samolot latał w barwach dwudziestu linii lotniczych, rządów dwóch państw oraz ONZ-etu, ale każdy, kto miałby dość wytrwałości, by podążyć papierowym szlakiem sfabrykowanych książek serwisowych i dokumentów

przewozowych, bez trudu odkryłby, że prawdziwym właścicielem jest klan Aramowów. Ryan wypchnął z umysłu hipnotyczną lotniskową muzykę, kiedy mikroskopijna radiosłuchawka ukryta w jego lewym uchu odezwała się niskim, męskim głosem. – Ruszyła się? – Głos należał do instruktora CHERUBA, Ukraińca Josipa Kazakowa, na misji odgrywającego rolę ojca Ryana. Ryan nieznacznie uniósł głowę, tak by kątem oka dostrzec osobę, o którą chodziło instruktorowi. Dobiegająca trzydziestki kobieta siedziała na wyświechtanym fotelu, ubrana w uniform pilota. Na sąsiednim siedzeniu leżała czapka z logo Globespan Delivery z żółtym otokiem. – Jeszcze nie – powiedział Ryan, zakrywając usta dłonią, żeby nie wyglądać jak pomyleniec, który rozmawia sam ze sobą. – Ale sądząc po wielkości latte, którą się raczy, wkrótce będzie musiała wyjść do łazienki. – Co ona robi? – spytał Kazakow. Pilotka czytała egzemplarz „USA Today”. Przebrnęła już przez całą gazetę i teraz przeglądała plik reklamowych dodatków. Home Depot, Wal Mart, Target, Staples. „Czarnopiątkowa promocja: telewizor Sony 40 cali, 399 doi.; dwuczęściowy klimatyzator, 800 doi.; kompletne wydanie Harry’ego Pottera na Bluray,

29,99 doi.”. – Wygląda na przygnębioną – powiedział Ryan. Kazakow prychnął lekceważąco. – Jest Święto Dziękczynienia. Jasne, że wolałaby być w domu w Atlancie i oglądać NFL z mężusiem i bachorami. Ryana zakłuło poczucie winy. To, co niebawem zrobi, miało przysłużyć się lepszej sprawie. Mogło ocalić tysiące istnień, jednak nie zmieniało to faktu, że kobietę czekało najokrutniejsze, najbardziej przerażające doświadczenie jej życia. – Naprawdę masz niezłą jazdę z tymi Amerykanami – zauważył Ryan z przekąsem. Głos, który w odpowiedzi rozległ się w jego słuchawce, tętnił złością. – Masz trzech braci, Ryan. Jak byś się czuł, gdyby Amerykanie sprzedali bandzie terrorystów rakietę, która zabiła jednego z nich? Nim Ryan zdążył odpowiedzieć, ujrzał, że pilotka złożyła gazetę i właśnie wpycha ją pod fotel. Kobieta wstała, wcisnęła sobie czapkę pod pachę i podniosła neseser, który do tej pory trzymała między kolanami. – Zaczynamy przedstawienie – wymamrotał Ryan. Odczekał, aż kobieta zrobi kilka kroków, po czym sam dźwignął się na nogi. Zarzucając plecak na ramię, Ryan uświadomił sobie, że pilotka idzie

przyśpieszonym krokiem, spóźniona dokądś albo popędzana potrzebą skorzystania z toalety. – Szlag – mruknął, wiedząc, jak trudno jest śledzić kogoś, kto się śpieszy. – Jakiś problem? – zaniepokoił się Kazakow. – Dam sobie radę – powiedział cicho Ryan, który próbował nadążyć za kobietą, udając jednocześnie, że wcale za nią nie idzie. – Spróbuj dopaść ją w korytarzu. – Przecież wiem – syknął Ryan z irytacją. – Nie mogę myśleć, kiedy ciągle paplasz mi do ucha. Choć port lotniczy w Mancie miał obsłużyć kolejny lot pasażerski dopiero za sześć godzin, kiosk i kafejka były otwarte, a w poczekalni kręcili się jacyś ludzie. Istniało niebezpieczeństwo, że pilotka wpadnie w panikę, dlatego Ryan zwlekał z zaczepieniem jej do czasu, aż wyszła na wyludniony korytarz i minąwszy gadającą wagę, skręciła do damskiej toalety. – Przepraszam bardzo – powiedział Ryan głośno. Pilotka uznała, że zwrócił się do kogoś innego, i nie zareagowała, dopóki nie powtórzył wezwania, stukając ją palcem w plecy. Odwróciła się, a wyraz zaskoczenia na jej twarzy szybko ustąpił miejsca lekkiej irytacji. – O co chodzi, synku? – spytała napastliwie. – Proszę posłuchać mnie bardzo uważnie – powiedział Ryan beznamiętnym głosem, wyjmując z

kieszeni smartfon z dużym wyświetlaczem dotykowym. – Muszę pani coś pokazać. Kobieta uniosła obie dłonie i cofnęła się o krok. Przez swoją śniadą karnację Ryan od biedy mógł uchodzić za tubylca. – Żadnych pieniędzy – syknęła lodowato, przesuwając palcem po grdyce. – Wystarczy, że bandy dzieciaków żebrzą na ulicach. Zmiataj stąd, zanim wezwę ochronę. Ryan stuknął palcem w ekran i wyciągnął rękę, podsuwając jej telefon pod nos. – Nie ruszaj się, nie krzycz, żadnych gwałtownych ruchów – powiedział twardo. Pilotka wytrzeszczyła oczy na wyświetloną fotografię; czapka wysunęła się jej spod pachy i stuknęła o podłogę. Zobaczyła znajome wnętrze własnego salonu. Jej mąż klęczał przed kanapą ubrany tylko w spodnie od piżamy. Tuż za nim stał zakapturzony człowiek, który przyciskał mu wielki nóż do gardła. Po jego lewej stronie stali dwaj mali chłopcy ubrani do snu. Wyglądali na przerażonych, a starszy miał ciemną plamę moczu na nogawce piżamy. – Co to ma być? – spytała pilotka drżącym głosem. – Jakiś głupi żart? Ryan mówił twardym głosem, choć wewnątrz czuł się podle. – Tracy, musisz mówić cicho i spokojnie. Musisz

słuchać mnie uważnie i wykonywać moje polecenia. Jeżeli zrobisz dokładnie to, co ci każę, twój mąż i dzieci zostaną wypuszczeni cali i zdrowi. Kobieta dygotała, z przerażeniem wpatrując się w fotografię. – Czego chcesz? – Mów ciszej – syknął Ryan. – Oddychaj głęboko. Chodź ze mną. Ryan schował telefon do kieszeni i ruszył niespiesznym krokiem, prowadząc Tracy z powrotem w stronę poczekalni. – Ja i moi ludzie przylecieliśmy tym wielkim iljuszynem, który widać przez okno – wyjaśnił. – Ale potrzebujemy maszyny ze zgodą na przewóz ładunku na teren Stanów Zjednoczonych. – Jakiego ładunku? – spytała Tracy. Ryan zignorował pytanie. – Mamy przyjaciół na tym lotnisku. W tej chwili na twojego siedem-trzy-siedem ładujemy nasz towar. Za cztery godziny odlatujesz do Atlanty. Wystartujesz zgodnie z planem, ale kiedy znajdziesz się w amerykańskiej przestrzeni powietrznej, nadasz mayday i wykonasz lądowanie przymusowe na niedużym lotnisku w środkowej Alabamie. Zanim władze skapują się, o co chodzi, zdążymy rozładować samolot i zniknąć. Ty i twoja rodzina zostaniecie wypuszczeni; włos wam z głowy nie spadnie. – Chcę porozmawiać z mężem. – Ton głosu

Tracy nagle stwardniał. – Możesz sobie chcieć, czego tylko chcesz, a i tak gówno dostaniesz. – Skąd mam wiedzieć, że to nie fotomontaż? Nienawidząc się za to, co robi, Ryan zerknął przez ramię i zmusił się do złośliwego uśmiechu. – A chciałabyś, żeby twój Christianek stracił kciuk? – Jezu, sam jesteś tylko dzieckiem – wykrztusiła Tracy, dotykając palcem zwilgotniałego oka. – Dla kogo ty pracujesz? – Dla kolesi, którzy lubią nazywać się Islamskim Departamentem Sprawiedliwości – odpowiedział Ryan. – Ale nie jestem z nimi. Ja i tata weszliśmy w to tylko dla kasy.

2. POŚLIZGI Angielska pogoda nie była taka zła jak na koniec listopada. Wprawdzie podmuchy wiatru podszczypywały chłodem, ale niebo było jasne. Czworo agentów ubrało się tego dnia w bojówki i wojskowe buty. Ich koszulki i bluzy z kapturem nie miały żadnych nadruków, ponieważ poza kampusem nie wolno było nosić niczego ozdobionego znakiem CHERUBA. – Żeż w mordę, gdzie oni są? – westchnął ciężko Leon Sharma, który leżał na wznak na ławce w szóstym rzędzie gnijącej drewnianej trybuny. Jedenastoletni brat Ryana Leon był najmłodszy z czwórki. Pozostała trójka także miała coś wspólnego z Ryanem: Alfie DuBoisson był jednym z jego najbliższych kumpli, Fu Ning – dobrą przyjaciółką, a Grace Vulliamy – jego byłą dziewczyną albo obecną. Zależy, kogo się spytało. – No i po co kazali nam wstawać tak wcześnie? – jęknął Leon, zerkając na zegarek swojego iPhone’a. – Nie cierpię tak bez sensu czekać. – Lepsze to niż lekcje – zauważył filozoficznie Alfie i podrzucił okruch żwiru, który odbił się niegroźnie od brzucha Leona.

– Obczaiłam to miejsce w Wikipedii – powiedziała Ning, nie wzbudzając tym niczyjego zainteresowania. Trzynastoletnia Ning siedziała w najwyższym rzędzie trybuny, skąd rozpościerał się widok na długą wstęgę asfaltu, wyblakłe billboardy Dunlopa i Martini oraz stalową ramę znacznie większej trybuny powykręcanej w żarze dawnego pożaru. – Nie mogę wejść na fejsa – poskarżył się Leon, patrząc spode łba na sponiewierane blackberry. – Może o nas zapomnieli. Tu nie ma nawet zasięgu. – Przestań marudzić – zażądał Alfie, mówiąc z wyraźnym francuskim akcentem. Jego masywna sylwetka zawisła złowrogo nad Leonem. – Oszaleć można od tego jęczenia. – Obczaiłam to miejsce – powtórzyła Ning, patrząc w dal. – W Wikipedii napisali, że nie było tu profesjonalnego wyścigu od tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego siódmego. Jakiś bentley wyleciał z toru, zapalił się i zabił siedmioro widzów. Grace jednak nie słuchała, a Leon nie mógł się skupić, wystraszony bliskością Alfiego. – No co się tak czaisz? – spytał niepewnie. Zamiast odpowiedzieć, Alfie otworzył dłoń i pstryknął małym pająkiem Leonowi na pierś. Leon poderwał się z ławki, otrzepując się gorączkowo i drąc bez opamiętania. – Ty palancie! – wrzeszczał, gramoląc się przez

szeregi drewnianych ławek w stronę toru. – Gdzie on jest?! Zabierzcie go! Grace nie zdołała się powstrzymać. – Chyba masz go we włosach! – Dżizas! – ryknął Leon, panicznie siekąc dłońmi czubek głowy. Nagle zaczął rozpinać bluzę i macać się pod koszulką. – Jasna cholera... Już?! – wrzasnął. – Nie ma go? Nie śmiać się; to nie jest wcale śmieszne! Grace uśmiechała się od ucha do ucha. – To jest co najmniej umiarkowanie śmieszne, Leon. Alfie zataczał się ze śmiechu. – Ryan mówił mi, że boisz się pająków, ale nie spodziewałem się takiego dramatu! – Nic nie poradzę, że mam fobię – odburknął Leon. W końcu zdołał przekonać sam siebie, że pająk uciekł, ale wtedy cała jego złość skupiła się na Alfiem. Przypadł wściekle do drewnianej trybuny. – No i co ja ci takiego zrobiłem?! – krzyknął. – Zaraz wklepię ci ten uśmiech w czachę! W spełnieniu obietnicy przeszkadzały mu jednak warunki fizyczne. Leon był niezbyt rosłym jedenastolatkiem, podczas gdy Alfie miał trzynaście lat i na treningach rugby dotrzymywał kroku graczom o kilka lat starszym od siebie.

– No co? Nagle zabrakło odwagi? – szydził Alfie, uderzając mięsistą pięścią w dłoń. – Hej, dajcie spokój, co? – zawołała Ning zmęczonym głosem. – Wyluzujcie, zanim to się źle skończy. Ale choć Leon nie był na tyle głupi, by rzucić się na kogoś, kto mógł go zmiażdżyć, to jednak najbardziej na świecie pragnął zemsty, zaś plecak Alfiego leżał na ławce zaledwie dwa metry od niego. – Aha! – wrzasnął jedenastolatek, porywając plecak i rzucając się do ucieczki. – Oddawaj to! – ryknął Alfie. Alfie umiał się rozpędzić na długich prostych, ale przypominał raczej taran niż tancerza baletowego i rącza postać Leona szybko powiększała dystans, zgrabnymi susami przesadzając ławki podczas wspinaczki na szczyt trybuny. – Zobaczymy, jak teraz będziesz się śmiał! – krzyknął Leon i z rozmachem cisnął plecak Alfiego za trybunę, w gąszcz bujnych zarośli. Alfie był już o kilka rzędów od niego, ale nagle poślizgnął się i wyrżnął kolanem o drewnianą ławkę. – Ja go zabiję – jęknął, rozcierając sobie rzepkę. – Zasuwaj po to, słyszysz?! Leon umykał już jednak wzdłuż najwyższego rzędu trybuny, a kiedy dotarł do końca, odwrócił się i dziarsko zasalutował Alfiemu środkowym palcem. Alfie zrozumiał, że nie ma wielkich szans na

dogonienie Leona, i postanowił zamiast tego spróbować zwabić go do siebie. – No dobra! – zawołał, ruszając w stronę miejsca, gdzie wcześniej wylegiwał się jego przeciwnik. – Ty rzuciłeś mój plecak; zobaczymy, co ja zrobię z twoim. Dotarłszy do celu, Alfie uniósł swój but numer czterdzieści jeden i z całej siły wbił obcas w leżący przy ławce plecak Puma. Rozległ się trzask, jakby pękła linijka, oraz pyknięcie pękającego kartonu z jogurtem. Chłopak cofnął się o krok i zamaszystym kopnięciem posłał plecak wysoko w górę, w stronę toru wyścigowego. – Zadowolony?! – wykrzyknął Alfie, ale ku jego zdumieniu uśmiech na twarzy Leona rozkwitł jeszcze szerzej. – Bo widzisz, moja torba jest tam – powiedział jedenastolatek, wskazując palcem kierunek. Kiedy tylko padły te słowa, Ning uświadomiła sobie, że zostawiła plecak na dole, a ten, który przed chwilą widziała, jak koziołkował w powietrzu, wyglądał paskudnie znajomo... – Alfie! – wrzasnęła, podrywając się z miejsca. Niewiele było dziewcząt, nawet dorosłych kobiet, które mogłyby onieśmielić Alfiego, ale Ning była chińską mistrzynią boksu juniorek i zadzieranie z nią zawsze kończyło się wielkim bólem. – Myślałem, że to Leona. – Alfie panicznie

wytrzeszczył oczy, wyciągając dłonie w obronnym geście, podczas gdy Ning minęła go niczym rozpędzony parowóz. – Specjalnie mnie wrobił! – Ty zacząłeś akcję z tym pająkiem – powiedziała Ning, podnosząc swój plecak i rozpinając go. – Mówiłam wam, żebyście dali spokój? Ning zajrzała do wnętrza plecaka i sapnęła z furią na widok podręczników i kalkulatora upapranych jogurtem. Odwróciła się do Leona. – A ty przestań się uśmiechać jak zadowolony z siebie kretyn i zasuwaj szukać plecaka Alfiego w krzakach – zażądała, a potem cisnęła swój plecak Alfiemu w brzuch. – Nie wiem, jak to zrobisz, ale masz to doczyścić, albo kupujesz mi nowy! Jej stalowe spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości, że mówi serio. Alfie zaczął gorączkowo oklepywać kieszenie w poszukiwaniu chusteczek, a Leon ruszył za trybunę po plecak, jednak zanim zdążyli zrobić jakiekolwiek postępy, ich uwagę odwrócił odległy ryk rozpędzonych samochodów. – Nareszcie – jęknął Leon. Grace, która była najwyżej, mignęły między wierzchołkami drzew dwa volkswageny golfy – jeden srebrny, drugi błękitny – sunące w ciasnym szyku po drugiej stronie toru. Wycie silników było coraz głośniejsze, opony wściekle piszczały na zakrętach.

Na ostatnim łuku przed trybunami srebrny samochód niespodziewanie zarzucił tyłem i nastąpiła chwila grozy, kiedy drugi golf omal nie otarł się o niego, wyprzedzając i wpadając z rykiem na ostatnią prostą. Dotarłszy do trybun przed czwórką dzieci, kierowca niebieskiego wozu wdusił hamulce i rzucił auto w zwrot na ręcznym, a potem w następny i jeszcze jeden, wzbijając chmury szarego duszącego dymu. Tymczasem srebrne auto zatrzymało się obok trybuny i ze środka wyłonił się kierowca. – No dobra, dziewczęta i chłopcy – powiedział, odpinając kask. – Wszyscy na zaawansowany kurs jazdy? Uniesiony kask odsłonił twarz i Ning spodobało się to, co zobaczyła. Instruktor miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, niewiele ponad dwadzieścia lat i krzepką sylwetkę. Miał też błękitno-zielone oczy i jasne włosy, akurat tak długie, by kask rozkosznie je zmierzwił. – Spodziewam się, że mój kolega, pan Norris, dołączy do nas, kiedy jego ego trochę ostygnie i rozwieje się dym – powiedział młodzieniec. – A tymczasem pozwólcie, że się przedstawię. Jestem pan Adams, ale wolałbym, żebyście mówili do mnie James.

3. ŁADUNEK Do końca 2010 roku Islamski Departament Sprawiedliwości (IDS) był uważany za jedną z licznych, mało znanych muzułmańskich wojowniczych grupek, zajmujących się głównie zamieszczaniem anty amerykańskich i antyizraelskich treści w internecie. Wizerunek ten zmienił się diametralnie w październiku 2011 roku, kiedy IDS porwał dwóch zamożnych Amerykanów, dyrektorów udających się na konferencje do Kairu. 'Wyrafinowane techniki, jakimi posłużyli się podczas porwania, sugerowały, że członkowie IDS przechodzą szkolenia wojskowe na poziomie służb specjalnych. Po opublikowaniu filmu pokazującego dekapitację jednego z porwanych rodzina drugiej ofiary, postępując wbrew zaleceniom amerykańskich władz, zapłaciła okup w wysokości kilku milionów dolarów. Obecnie uważa się, że pieniądze te posłużyły do sfinansowania dalszej działalności terrorystycznej. O IDS zaginął słuch aż do marca 2012 roku, kiedy to w Paryżu aresztowano kobietę przeprowadzającą cyberatak na system sygnalizacyjny francuskich kolei. Aresztowana miała

udowodnione powiązania z IDS, zaś w trakcie dalszego dochodzenia odkryto spisek mający na celu porwanie i celowe doprowadzenie do kolizji dwóch superszybkich pociągów pasażerskich. Zamach wymierzony w tak prestiżowy europejski cel wyniósł IDS na szczyty list priorytetowych zagrożeń wszystkich zachodnich agencji wywiadowczych. Jednakże podczas przesłuchań zatrzymana kobieta nie ujawniła zbyt wielu szczegółów, zaś reszta organizacji na pewien czas zapadła się pod ziemię. Na następny ślad działalności IDS natrafiono, kiedy grupa podjęła próbę wynajęcia dużego samolotu transportowego od kirgiskiej mafii przemytniczej znanej jako klan Aramowów. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności organizacja ta już od miesięcy znajduje się pod faktyczną kontrolą amerykańskiego wywiadu, co daje nam dziś unikatową sposobność infiltracji i rozbicia grupy terrorystycznej IDS. Wyjątek z raportu CIA, wręczonego prezydentowi Stanów Zjednoczonych w październiku 2012 r. Ryanowi powierzono zadanie porwania Tracy, ponieważ był wystarczająco silny, by poradzić sobie z nią fizycznie, a jako nastolatek miał wyglądać mniej podejrzanie niż jakiś dorosły gość, kiedy będzie włóczył się za nią po terminalu.

Ćwiczył tę akcję wcześniej, w Kremlu, z agentką TFU Amy Collins, która odgrywała rolę Tracy. Pierwszym zadaniem Ryana było zaszokowanie kobiety fotografią i wizjami okropności, jakie mogłyby dotknąć jej sterroryzowanych najbliższych. Jednak potem Tracy miała odegrać rolę zrelaksowanej pilotki przygotowującej się do rutynowego lotu, dlatego Ryan stonował głos i zaczął zachowywać się łagodniej. Odebrawszy Tracy telefon, Ryan czekał na korytarzu, podczas gdy pilotka korzystała z nieczynnej toalety. Następnie udali się do sali pilotów i Ryan obserwował przez oszklone drzwi, jak Tracy sprawdza prognozę pogody oraz za pomocą komputera wypełnia i zgłasza plan lotu. – Masz nieodebrane połączenie – poinformował ją, kiedy wróciła na korytarz. – Z oddziału w Atlancie. Zachowuj się normalnie. Tracy skinęła głową, odbierając od Ryana swój tani smartfon. Zaplanowanie nawet rutynowego kursu wymaga przeprowadzenia zawiłych kalkulacji z uwzględnieniem zapasu paliwa, pogody i ciężaru ładunku. Duże linie lotnicze, takie jak Globespan, wymagają od pilotów, by e-mailowali plan lotu do siedziby firmy natychmiast po jego zgłoszeniu kontroli lotów, i Tracy obawiała się, że przez stan swoich nerwów popełniła jakiś błąd. Ale pracownica Globespan dzwoniła w sprawie

problemu ze skompletowaniem załogi. – Phil Perry nażarł się jakichś nieświeżych owoców morza w hotelu i złożyło go na pół – wyjaśniła kobieta. – Na szczęście lokalnej agencji udało się kogoś wykopać. To Hindus, ma na imię Elbaz. Niedługo powinien się do ciebie zgłosić. Do tego momentu Tracy czerpała niejakie pocieszenie ze świadomości, że będzie dzieliła niedolę z kolegą – drugim pilotem. – Czy ten... Elbaz ma certyfikat na latanie do Stanów? – wykrztusiła. – Ma wszelkie możliwe uprawnienia – zapewniła pracownica z Atlanty. – Podobno jest już na lotnisku i dostał twój numer, na wypadek gdyby nie mógł cię znaleźć. – Świetnie – mruknęła Tracy, próbując ukryć zdenerwowanie. – Coś jeszcze? – Nie, Tracy, wszystko już załatwione. Bezpiecznego lotu. Tracy spojrzała Ryanowi w oczy, oddając mu telefon. – Masz coś wspólnego z Elbazem? Ryan skinął głową. – To nasz człowiek. – Co z Philem Perrym? Nic mu nie jest? Ryan znał tylko kilka wybranych szczegółów planu IDS, wiedział jednak, że to banda bezwzględnych morderców, dla których nie istniał

żaden powód, by trzymać drugiego pilota przy życiu, po tym jak z lufą przy skroni zadzwonił do pracodawcy, by zgłosić swoją niedyspozycję. – Jestem pewien, że nic mu się nie stanie, jeżeli tylko będzie się odpowiednio zachowywał – skłamał Ryan. – Teraz pójdziemy do samolotu. Tam powinniśmy mieć sporo wolnego czasu. Zobaczę, może pozwolą ci zadzwonić do męża. Tracy kiwnęła głową. Idąc ramię w ramię, przemierzyli niewielki terminal w niecałą minutę i podeszli do drzwi wychodzących na płytę lotniska. – Masz przepustkę? – spytała Tracy, pokazując wartownikowi identyfikator przypięty do jej paska. Ale umundurowany mężczyzna skinął Ryanowi głową i przepuścił go bez kontroli. Niebo trochę pojaśniało, ale i tak szli w strugach deszczu, podążając wymalowaną na żółto, pasiastą ścieżką w stronę stojących nieopodal trzech samolotów. – Wszystko dopięli na ostatni guzik – powiedział Ryan w nadziei, że wyjawiając nieistotne informacje, da Tracy kojące złudzenie większej kontroli nad własnym losem. – W mniej ruchliwych okresach siedzi tu tylko paru celników i mała brygada załadunkowa. – A więc twoi ludzie przekupili bądź zastraszyli dziesięcioro ludzi i teraz całe lotnisko jest pod waszą kontrolą? – upewniła się Tracy.