uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 777 155
  • Obserwuję777
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 043 270

Rybałtowska Barbara - Bez pożegnania 002 - Szkoła pod baobabem

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :733.5 KB
Rozszerzenie:pdf

Rybałtowska Barbara - Bez pożegnania 002 - Szkoła pod baobabem.pdf

uzavrano EBooki B Barbara Rybałtowska
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 37 osób, 52 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 133 stron)

Rybałtowska Barbara Szkoła pod baobabem Saga cz.2

Mojej niezwykłej Matce książkę tę poświęcam. ROZDZIAŁ PIERWSZY Konwój Jeszcze tylko trzy dni i będę mogła biegać po gorącym piasku razem z innymi dziećmi. Wrócę do mamy, którą teraz mogę widywać tylko z daleka. To miejsce, gdzie jestem, nazywają kwarantanną. Bo my wszyscy chorujemy na jakąś zakaźną chorobę oczu. Właściwie to już jesteśmy prawie zdrowi, ale mieszkamy tu wciąż za drutami, żeby nie zarazić innych. Już czuję się dobrze, zeszła opuchlizna z powiek i oczy nie bolą. Dziś dostałam ciemne okulary, a za trzy dni mama mnie stąd zabierze! Odwiedziny są o czwartej. Zanudzam siostrę ciągłym dopytywaniem się o godzinę. Nareszcie jest za dziesięć czwarta. Ustawiam się przy drewnianej barierce. Za barierką są jeszcze kolczaste druty, za nimi druga barierka i dopiero za tą drugą stoi mama. Ciekawa jestem, po co są te kolczaste druty? Może po to, żeby zarazki się o nie kaleczyły? A może po to, żeby nie przychodziły tu szakale? Do obozu pod Karaczi, gdzie mieszkałam z mamą, zanim nie dostałam zapalenia oczu, często w nocy przychodziły szakale. Czasem wchodziły do namiotów, myszkowały, wykradały jedzenie, a raz nawet kogoś pogryzły. Ja się ich nie boję, bo do naszego namiotu nie zaglądały, ale nie lubię słuchać, jak wyją. Czasem zawodzą jak dzieci i wtedy tak mi straszno, że wolałabym chyba, żeby mnie taki ugryzł i nie darł pyska. Myślę sobie o szakalach i nawet nie zauważyłem, kiedy nadeszła mama. - Dzień dobry, Kasiu! Skąd masz takie piękne okulary? - Od pana doktora. Och, mamusiu! Mam dla ciebie nowinę! - Coś dobrego? - Tak. Wiesz, mamusiu, jestem zuch, bo z oczami już wszystko dobrze i za trzy dni wychodzę stąd! Tak powiedział pan doktor! - Naprawdę? Bardzo się cieszę! Między jedną a drugą barierką jest taka duża przerwa, że trzeba głośno krzyczeć, żeby się usłyszeć, zwłaszcza że rozmawia wiele osób i wzajemnie się zagłuszają. 1 RS

Zanim zdążyłyśmy wszystko sobie powiedzieć, odwiedziny się skończyły. Mama kupiła mi nowe buty. To nie są sandały, będą więc wygodne do biegania po piasku, który w słońcu jest taki rozpalony, że parzy w stopy. Bardzo się cieszę, że niedługo wyjeżdżamy z Karaczi. Mama mówi, że to jest pechowe miejsce. Przez te upały panują tu różne choroby i jest głód. Bardzo trudno w mieście kupić coś do jedzenia, gdyż nie było w tym roku urodzaju. W przyszłym roku też chyba nie będzie, bo na domiar złego w lecie był jeszcze nalot szarańczy. Ludzie, którzy tu mieszkają, są bardzo chudzi, mają olbrzymie, czarne oczy i ciemną skórę. Czasem przychodzą do obozu, wyciągają ręce i proszą: „Mama, daj koleba", co ma znaczyć: „mama, daj chleba". Ktoś ich nauczył tych słów po polsku. Wołają tak do mężczyzn, kobiet i dzieci. Jednak brzmi to jakoś po hindusku, bo wymawiają te słowa, jakby je śpiewali, jakoś miękko i melodyjnie. Przy tym przechylają na bok głowę i tak smutno patrzą ogromnymi, wilgotnymi oczyma, aż mi przykro, że nie jestem dorosła i nie mogę zdobyć dla nich dużo „koleba". Wszystkim tu jest smutno, dlatego z radością stąd wyjedziemy. Jestem już w obozie, ale mama się boi, że zachoruję na czerwonkę, bo teraz jest taka epidemia. Mama mówi, że tylko ciągle liczy dni do wyjazdu, ale ja nie mam tyle cierpliwości, żeby bez przerwy te dni liczyć, i wolę się bawić z dziećmi albo biegać. Nie wolno mi jednak za często wychodzić z namiotu, żeby niesiony z wiatrem piasek nie zasypał mi oczu, o które muszę teraz dbać. Jeszcze dwa tygodnie byliśmy w Karaczi i ani mama, ani ja nie chorowałyśmy. Kiedy odjeżdżaliśmy do Bombaju, doktor pozwolił mi już zdejmować okulary, ale jeszcze je nosiłam prawie przez całe dnie, bo nie mogłam przyzwyczaić się do blasku słońca. W Bombaju bardzo długo czekamy na nasz statek. Ciągle jakieś statki przybijają, ale nikt nie wie, kiedy przypłynie ten, który zawiezie nas do Afryki. Mama mówi, że nas tu zupełnie zmarnują. Koczujemy w takiej ogromnej hali bez łóżek. Kiedyś był tu magazyn towarowy, a teraz dużo ludzi z różnych transportów czeka na statki. Mama w nocy nie śpi, tylko pilnuje mnie i bagaży. Rano jest bardzo zmęczona i ciągle drzemie. Przedtem zawsze prosi mnie, żebym się nie włóczyła, i prosi jedną panią, która siedzi obok nas, żeby mi nie pozwalała odchodzić. Ja się wcale nie 2 RS

chcę włóczyć, bo nie lubię robić na złość mamie, tylko że ta pani mnie wcale nie pilnuje. Ledwie mama zaśnie, to ona też zamyka oczy i czym prędzej zasypia. Wtedy jest mi bardzo smutno, nudzi mi się, nie mam z kim rozmawiać. Nie mogę przecież całymi dniami gadać do misia, który jest trochę głuchy, bo ma urwane jedno ucho. Wychodzę więc nad morze, żeby zobaczyć, czy nie przypłynął nasz statek. A w porcie jest tyle ciekawych rzeczy, że zapominam o obiecanym powrocie. Wczoraj włóczyłam się dosyć długo i dostałam lanie. Moim zdaniem zupełnie niesłusznie. To było tak: Idąc wzdłuż brzegu doszłam do miejsca, gdzie nie przybijają statki, tylko stoi stale jeden bardzo stary i ciągle go naprawiają. Zaraz za tym statkiem była płytka woda, w której kąpały się hinduskie dzieci. Mama nie pozwala mi wchodzić do wody, ale pomyślałam sobie, że chyba będzie zadowolona, jeśli wrócę wykąpana, bo nie będzie mnie musiała myć polewając z garnuszka. Zdjęłam więc sukienkę i wskoczyłam do wody, na wszelki wypadek w butach, bo zawsze bałam się, że na bosaka wejdę na szkło. Kąpiel była wspaniała. Trwała chyba dosyć długo, ale było tak wesoło, że nie chciało mi się wychodzić na brzeg. Niektóre Hindusiątka, chociaż takie małe jak ja, umiały pływać. Ja też udawałam, że pływam, skakałam na jednej nodze albo podpierałam się rękami, ale cała prawie byłam na wierzchu i to wyglądało tak, jakbym naprawdę płynęła. Raz napiłam się trochę wody i omal nie zwymiotowałam, taka była gorzka i niesmaczna. Potem zaczęliśmy się bawić, kto kogo mocniej ochłapie. Jeden chłopiec napryskał mi okropnie w oczy. Bardzo mnie piekły i zaczęłam głośno płakać, bo myślałam, że znowu zachoruję na to wirusowe zapalenie oczu. Dzieci się zmartwiły i przestały chlapać, więc nie wyszłam z wody. Zaraz też przestałam płakać, bo już nic mnie nie piekło i wiedziałam, że nie zachoruję. Podskakiwałam sobie wesoło, woda była cieplutka, słońce świeciło i było mi dobrze. Nagle wszystkie Hindusiątka zaczęły uciekać z wody, patrząc ze strachem na brzeg. Odwróciłam się. Na brzegu stała moja mama. Była bardzo zła. Widocznie już dłuższą chwilę mnie wołała, ale fale szumiały i robiliśmy tyle hałasu, że nie usłyszałam. A mama chyba krzyczała długo i głośno, bo wystraszyła z wody wszystkie dzieci. Kiedy zawróciłam do brzegu, mama aż się cofnęła o krok. - Rany boskie, jak ty wyglądasz! 3 RS

- Wykąpałam się, nie będziesz musiała mnie myć! - krzyknęłam radośnie. - Natychmiast wyłaź z tego brudu! Dopiero teraz zauważyłam, że cała woda płynąca od starego statku jest mętna i mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Wylano tam jakiś smar czy olej i wszystko przypłynęło na brzeg. Spojrzałam na siebie. Ręce i nogi miałam oblepione czymś szaro-tłustym i śmierdzącym. Wyskoczyłam szybko z wody. Chciałam założyć sukienkę, żeby mama nie mogła dokładnie zobaczyć, jaka jestem brudna, ale sukienki nigdzie nie było... - Za co Bóg mnie skarał takim dzieckiem - lamentowała mama. - Nie mogę głowy odwrócić, żeby czegoś nie napsociło. Zmartwiłam się. - Mamuś, ja naprawdę chciałam ci tylko pomóc, żebyś mnie nie musiała myć, zawsze mówisz, że nie masz już siły polewać mnie garnuszkiem... - Zamilcz. Nie znoszę pyskatych dzieci. Szukam cię od trzech godzin, szukam jak wariatka! - Od trzech godzin? - zdziwiłam się. - Przecież ja dopiero wyszłam. Chciałam zobaczyć, czy jest nasz statek, ale nie było, więc się wykąpałam... - Och, jeszcze do tego kłamczucha! Ja już nie mam siły, ja sobie życie odbiorę... Przestraszyłam się nie na żarty, bo co ja bym sama bez mamy zrobiła. Zaczęłam więc płakać, jak mogłam najgłośniej. Objęłam mamę wpół, tak że nie mogła iść, i zaczęłam prosić: - Mamusiu, kochana, błagam, nie odbieraj sobie życia, bo mnie okradną. Mamusiu, ja nigdy więcej nie będę się włóczyć... Mama spojrzała na mnie. Jeszcze trochę była zła, ale już nie krzyczała, tylko powiedziała, że ma zszarpane nerwy przez to czekanie. Wolę jednak to, niż żeby przez moje włóczęgostwo miała odebrać sobie życie. Tego to już bym nie zniosła. Mama przestała więc krzyczeć, ale przyłożyła mi trzy tęgie klapsy. Natychmiast przestałam płakać, gdyż wiedziałam, że to koniec awantury. Lubię klapsy, chociaż bolą, bo wtedy już nie muszę słuchać różnych narzekań. Tymczasem w hali wielkiego magazynu, gdzie obozowaliśmy, panowało wielkie zamieszanie. Ludzie pakowali lub przestawiali swoje manatki i tłoczyli się przy wyjściu. Zrozumiałyśmy, że nareszcie przy- 4 RS

płynął nasz statek. Ponad zgiełk głosów wybijał się jeden, wyczytujący tych, którzy mają odpłynąć. Mama była zdenerwowana, bo ciągle nie słyszałyśmy naszego nazwiska. Potem jednak spotkałyśmy naszą sąsiadkę i dowiedziałyśmy się, że byłyśmy wyczytane na samym początku. Byłam uszczęśliwiona, bo wreszcie znajdę się na statku, a do tego w ogólnym zamieszaniu mama zapomniała o skradzionej sukience. Popłyniemy konwojem. Trzy statki popłyną przed nami, dwa z boków i dwa z tyłu. Cztery z nich to okręty wojenne, które nas będą eskortować. To dlatego, że na Oceanie Indyjskim znajduje się teraz jedno z ognisk wojny. Tak przynajmniej mówili starsi. Jestem ogromnie ciekawa tego ogniska. Jak ono może się palić na oceanie, gdzie jest tyle wody? Zanim wreszcie załadowano nas na statek, był już późny wieczór. Dostałyśmy z mamą miejsca na najniższym pokładzie klasy turystycznej. Nie starczyło jednak dla nas łóżek i miałyśmy tylko posłanie na podłodze. Mama mimo to nie narzekała, szczęśliwa, że skończyło się czekanie w porcie, a mnie było naprawdę wszystko jedno. Ludzi na statku było tyle, ile tylko mogło się pomieścić. Następnego ranka, gdy wyszłam na górny pokład, nie było już z żadnej strony widać ziemi, lekko spoza chmur świeciło słońce i dął silny wiatr. Ogromne fale kołysały nas gwałtownie. Mama od razu poczuła się źle i wróciła na dół, na nasze miejsce. Ja zostałam. Podobało mi się na statku. Na pokładzie było dużo miejsca i można by swobodnie biegać, gdyby nie kręciło się tam tyle ludzi. Trochę wyżej był jeszcze jeden pokład, tylko od połowy statku. U góry z tego pokładu sterczał ogromny okrągły komin pomalowany na biało i wspaniały maszt. A na dole stały przykryte grubym płótnem niewielkie łodzie. To były łodzie ratunkowe. W ogóle wszędzie było mnóstwo zakamarków i nie zdążyłam jeszcze wszystkiego pooglądać, gdy rozległ się gong. Wzywali już pierwszą grupę pasażerów na obiad. Wróciłam do mamy, ale na obiad poszłam sama, bo mama mówiła, że nawet nie może myśleć o jedzeniu, tak ją męczy choroba morska. Po południu wszyscy musieli zebrać się na górnym pokładzie, dostaliśmy korkowe pasy, nazywane też kamizelkami, i zaczął się próbny alarm. Powiedziano nam, kto należy do której łodzi, i pouczono, jak się 5 RS

zachowywać w wypadku tonięcia statku. Okazało się, że te pasy mogą utrzymywać człowieka na powierzchni wody. Alarmy powtarzały się każdego dnia i ludzie mówili, że nie wszystkie były próbne. Bardzo lubiłam chodzić w kamizelce ratunkowej. Bez względu więc na to, czy był alarm, czy nie, ubierałam się w nią. Moja koleżanka Olesia nauczyła mnie pięknej piosenki: „Czy to w dzień, czy o zachodzie". Śpiewałam tę piosenkę od rana do wieczora. Któregoś dnia usiadłam na ławeczce tuż przy burcie i plułam do wody. Kropla śliny spadała długo i zanim wpadła do morza, traciłam ją z oczu. Chciałam jednak koniecznie zobaczyć, jak dotyka wody, i dlatego plułam bardzo długo, aż w końcu zupełnie zabrakło mi śliny. Usiadłam więc tyłem do burty i zaczęłam śpiewać tę moją piosenkę. Zaśpiewałam ją całą od początku do końca i wydało mi się, że jest bardzo ładna, więc zaczęłam drugi raz. Na tej samej ławce siedział jakiś pan i czytał książkę. Chyba nie bardzo mu się podobała moja piosenka, bo spoglądał na mnie z coraz bardziej niezadowoloną miną. Zaczęłam więc śpiewać bardzo głośno, żeby usłyszał, jaka to piękna melodia: Czy to w dzień, czy o zachodzie Płyniemy z prądem fal. Płynie nasza łódź po wodzie, Niesiona wichrem w dal. Tego pan jednak nie wytrzymał i poprosił, żebym śpiewała trochę ciszej i niżej. Powiedziałam, że chętnie zaśpiewam ciszej, jeśli mu przeszkadzam, ale niżej nie mogę, bo mama kazała mi się bawić na powietrzu. - Ależ, dziecko, możesz tu zostać, ale nie piszcz tak, bo uszy pękają! - Ja przecież nie piszczę, tylko śpiewam! - Piszczysz, bo zaczynasz za wysoko. - A jak mam zaczynać? - Niżej. - Przecież mówiłam panu, że muszę być tutaj. - No to sobie bądź tutaj, ale jeśli już musisz bez przerwy śpiewać, to zacznij ze mną, o tak... I ten pan zaczął moją piosenkę, i naprawdę znał ją doskonale, tylko zaczął takim grubym głosem, że nie mogłam z nim śpiewać. - Wie pan co? Już mi się odechciało śpiewać. Porozmawiajmy - zaproponowałam. - O czym? - O ognisku. 6 RS

- O jakim ognisku? - O tym, które pali się na oceanie. - Na oceanie? - Tak. Mama mówiła, ale ja już tyle dni wypatruję i nie widziałam. A podobno tu, na oceanie, jest teraz jedno z ognisk wojny. - O to ci chodzi? — Roześmiał się. — To się tylko tak mówi „ognisko wojny", a to znaczy, że na oceanie toczą się walki. - Aha! No to w takim razie mogą nas zatopić. - Pewnie, że mogą. Ale nie masz się czego bać, przecież płyniemy pod eskortą. - I ta eskorta nas obroni? - Naturalnie. - Chciałam o tym porozmawiać z mamą, ale jest zajęta. - Zajęta? - Tak. - A dlaczego ty bez przerwy masz na sobie pas ratunkowy? - Bo mi zimno. Zimno? Przecież jest zupełnie ciepło, a zresztą mama może ci dać sweterek albo coś wygodniejszego niż ten pas. - Mama nic mi dać nie może, bo nie ma czasu. - A cóż takiego robi twoja mama? - Mama musi wymiotować i nawet nie może patrzeć na jedzenie. - A to dobre! - roześmiał się znów ten pan. Pośmiał się jeszcze chwilę i powiedział, że jestem zabawny bąk. Obraziłam się. - Ja nie jestem bąk, proszę pana. Ja już umiem czytać pisane litery. Wszystkie. I liczyć też umiem. Za chwilę jednak wydało się, że jestem bąk, bo nagle zjawiła się mama i jak na złość przywitała mnie słowami: - Gdzie ty, bąku, przepadasz? Ciągle cię muszę szukać. Byłam zła, że mama zamiast robić to, co do tej pory, zaczęła nagle mnie szukać. Ten pan gotów pomyśleć, że jestem kłamczucha. Chyba jednak nic takiego nie pomyślał, bo tylko zapytał mamę, czy się lepiej czuje, i powiedział o mnie, że mam fantazję. Mama chciała mi zdjąć pas ratunkowy, ale nie pozwoliłam. - Mamusiu, ja nie umiem go prędko zawiązywać, co będzie, jak wybuchnie nagle ognisko wojny i zatopią nas, a ja nie zdążę go założyć. 7 RS

Mama zrozumiała, że mam rację, i dała mi spokój z pasem, tylko zaczęła wypytywać, co robiłam przez cały czas na pokładzie. Powiedziałam, że śpiewałam i plułam do wody. Zdaje się, że palnęłam głupstwo, bo mama krzyknęła: - Co? Plułaś? I naturalnie wychylałaś się za burtę... - Ojej, wielkie rzeczy. Umiem bardzo nisko wychylać się za burtę. Ćwiczyliśmy się dzisiaj z dzieciakami na dziobie, kto potrafi najniżej. Mamę strasznie to zdenerwowało, nawet chyba nie dostanę klapsa, bo wygląda tak, jakby znowu miała zamiar odebrać sobie życie. No i co ja mam z tą mamą? Opowiadaniem wszystkiego szczerze przysparzam jej ogromnych zmartwień, i to w ciężkich czasach, kiedy mama niesie mnie jak szczenię w zębach i stara się ochronić przed złym losem. Z tymi zębami to mama przesadza, bo gdyby mnie naprawdę wzięła w zęby, narobiłabym wielkiego krzyku. Od czasu, gdy pies pana Romaniaka w Karaczi ugryzł mnie w nogę, nie znoszę żadnych zębów. Ale mama uparcie twierdzi, że niesie mnie w zębach i robi wszystko, żebyśmy jakoś przetrwały wojnę i wróciły do Polski, a ja jestem niewdzięczna i nie potrafię tego docenić. Tymczasem na statku wszyscy byli coraz bardziej zdenerwowani. Jakąkolwiek zabawę z dzieciakami wymyślaliśmy, była nieodpowiednia. Narzekano, że załoga to nie są marynarze z krwi i kości, bo tych skierowano na okręty wojenne, tylko zwykła zbieranina. Mnie się ta załoga podobała. Było dużo Hindusów i nawet Arabowie w pięknych turbanach, a także Chińczycy o skośnych oczach. Pasażerom się nie podobali, bo podobno nie mieli nic wspólnego z morzem, a w czasie niebezpieczeństwa pierwsi tracili głowy. Ale pasażerowie bali się jeszcze bardziej. Przenosili się z tobołkami na górę i stłoczeni niedaleko łodzi siedzieli ubrani w pasy ratunkowe. Nie mogli spać ani jeść, tylko rozmawiali o wojnie i czekali na torpedę. Jednak nie doczekali się. Przepłynęliśmy bowiem już miejsca, gdzie mogły być ogniska wojny, i statek przekroczył granicę wód terytorialnych Afryki. Mamy płynąć jeszcze tylko jeden dzień i już będziemy w Mombasie. Spytałam mamę, czy z Mombasy jest już niedaleko do Polski. Mama powiedziała, że nie, bo Mombasa to jest południe, a Polska jest z odwrotnej strony. To szkoda. Żałuję też, że tam jest tylko południe, czasem lubię, jak jest rano albo wieczór. 8 RS

Zanim jednak minął ten jeden dzień, zdarzyła się na statku okropna rzecz: umarła moja najlepsza koleżanka, Olesia Krasówna. Wypadła z hamaka, i to tak nieszczęśliwie, że się zabiła. Jej mama strasznie rozpacza. Na statku wcale nie chcą trzymać zwłok i zaraz zrobią pogrzeb. To było straszne. Nigdy dotąd nic mnie tak nie zdenerwowało, mama nawet żałowała, że mi pozwoliła przy tym być. Olesię zapakowali i wyglądała jak ogromne pudełko owinięte materiałem. Jej mama strasznie płakała i dużo ludzi też. Kierownik transportu stanął przy burcie i wygłosił przemówienie, od którego wszyscy zaczęli jeszcze bardziej płakać. Mówił tak: „Najmilsi rodacy! Dopływamy przecież cało, choć w każdej chwili groziło nam to, że znajdziemy grób na dnie tych wód. Okrutny Neptun wydarł nam jednak ofiarę, jakże niewinną. Traktujmy ją jak małą bohaterkę. I ona zginęła za ojczyznę. Dziwicie się? To przecież wina wojny, to wina naszych wrogów, że zajęli nasz kraj, że tułamy się po świecie. Gdyby był pokój, żyłaby spokojnie w którymś z naszych pięknych miast czy którejś z wiosek. W tej smutnej chwili pomyślmy o wszystkich, którzy giną walcząc tam w kraju, i o tych, którzy giną na wygnaniu z bólem, że walczyć nie mogą. Zabierzmy ze sobą serce małej Olesi i nieśmy je w sercach naszych aż do wyzwolonej Polski". Kiedy skończył, było dziwnie cicho i dopiero po chwili tu i ówdzie rozległ się płacz. Potem do Olesi podszedł ksiądz, pokropił ją wodą, pomodlił się trochę i Olesię podnieśli i wyrzucili za burtę. Wtedy ja też zaczęłam okropnie płakać. Bo Olesia zupełnie tonęła. Nie włożyli jej pasa ratunkowego, a nawet miała zawinięte ręce i nogi, nie mogła się więc ratować. Moja mama mówiła, iż nie może sobie darować, że mnie na ten pogrzeb zabrała. Prosiła, żebym się uspokoiła, ale nie mogłam, chociaż bardzo chciałam, i płakałam coraz bardziej. Kiedy tylko Olesia znikła pod wodą, statek zaczął szybko płynąć i już nawet nie można było poznać miejsca, w którym utonęła. Nazajutrz wszystko na statku było odmienione. Pokłady wyszorowane, ludzie radośni i uśmiechnięci. I nareszcie widać było ziemię. Płynęliśmy ku niej. Rysowała się na horyzoncie coraz wyraźniej, już widać było kopuły, domy i wysokie strzeliste palmy, całe skąpane w słońcu miasto wyłaniało się na nasze spotkanie. Na statku wszyscy wyglądali odświętnie. 9 RS

Mama założyła śliczny różowy kostiumik, który się nie gniecie, i kapelusz z cieniutkiej kremowej słomki z różową wstążką. Ten kostiumik mama ma jeszcze z Polski, a kapelusz kupiła w Teheranie. Mama wygląda przepięknie. Jestem bardzo z niej dumna, trzymam ją mocno za rękę, żeby wszyscy widzieli, że jest moja. Ja też chyba wyglądam pięknie, ale nie tak bardzo, bo nie mam kapelusza. Jestem dziś w sukience w niebieskie i różowe kwiatuszki. Ta sukienka zamiast rękawów ma falbanki i to wygląda tak, jakbym miała skrzydełka. Mama mówi, że w tej sukience jestem podobna do aniołka, tylko niestety mam duszę diabełka. Bardzo się cieszę, że mama tak pięknie wygląda. Pod kapeluszem oczy jej nie są już ciemnobrązowe, tylko zupełnie czarne. Zauważyłam, że stojący obok nas oficerowie zazdroszczą mamie, bo co chwila patrzą z zachwytem na jej kapelusz i coś mówią do siebie po angielsku. Mama też widzi, że chcieliby mieć taki kapelusz, ale udaje, że nic ją to nie obchodzi. Jednak jest bardzo zadowolona. Umiem już poznać, kiedy mama jest zadowolona, a przy tym nie chce się z tym zdradzić. Chodzi wtedy wyprostowana, oczy jej bardzo błyszczą i patrzy długo na różne rzeczy, które ją wcale a wcale w tej chwili nie obchodzą. Statek nasz zakotwiczył w miejscu, skąd nie widać było nic oprócz wielkich magazynów. Ledwie któryś z pasażerów zszedł po trapie, a już obstępowało go kilku Murzynów. Nasze walizki powędrowały do rąk dwóch czarnych dryblasów ubranych w zielone drelichowe szorty i koszulki z krótkim rękawem. Na głowach mieli czerwone czapki w kształcie rondelków z czarnymi pomponami. Pomogli nam wsiąść do samochodów, którymi pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Potem inni Murzyni pomogli nam załadować się do pociągu. Jeden z nich niósł mnie na rękach. Okropnie się bałam, że nagle zawróci i zacznie ze mną uciekać, ale nie zrobił tego. Szedł za mamą. Do tej pory wyobrażałam sobie, że Murzyni są mali, a okazali się nawet więksi od niektórych dorosłych ludzi. Ten, który mnie niósł, miał bardzo duże wypukłe oczy i grube wargi. Kiedy się uśmiechnął, pokazał dużo białych jak twarożek i ogromnych zębów. To był dobry Murzyn, bo oddał mnie mamie i jeszcze pomógł nam poukładać w przedziale walizki. W niecałe dwie godziny pociąg ruszył. Czekała nas długa podróż aż do Mukono pod Kampalą w Ugandzie. 10 RS

11 RS

ROZDZIAŁ DRUGI Kodża Jechaliśmy trzy dni i trzy noce. Po drodze widziałam tyle ciekawych rzeczy, że naprawdę trudno zapamiętać, tym bardziej że było bardzo gorąco i wciąż mi się chciało spać. Mama się martwiła, że tak dziwnie reaguję na zmianę klimatu, ale jednocześnie miała mi za złe, że spałam i nie oglądałam krajobrazów i tego wszystkiego, co mijaliśmy po drodze. Podobno na palcach można policzyć polskie dziewczynki, które na własne oczy mogły obejrzeć żyrafę, strusia czy antylopy na wolności, biegające po afrykańskiej sawannie. Ja byłam jedną z tych dziewczynek, niestety nie umiałam tego docenić. Trochę widziałam, ale tak mi się chciało spać, że nie pamiętam, co oglądałam naprawdę, a co mi się śniło. Kiedy się wreszcie wyspałam, dojeżdżaliśmy do Mukono. Mama powiedziała, że przespałam całą Kenię i połowę Ugandy, aż dwa kraje afrykańskie. Ale w połowie Ugandy już byłam wyspana i nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie wysiądziemy, żeby móc rozprostować kości, bo w pociągu tłok, ledwo się można przecisnąć, o bieganiu nie ma co marzyć! Mukono okazało się niewielkim miastem. Domy ukryte były wśród palm. Zresztą niczego nie można było dojrzeć spoza olbrzymich, niekończących się stosów bawełny i wagonów towarowych wyładowa- nych workami z kawą. Przy wysiadaniu z pociągu było sporo zamieszania. Jacyś panowie ubrani w drelichowe spodnie i kolorowe koszule, w korkowych hełmach na głowach, wyczytywali, kto do którego ma wsiąść samochodu, rozdawali kartki z numerami domków, mówili, co trzeba zrobić po przyjeździe na miejsce. Mama słuchała uważnie, podpisywała jakieś papierki, a ja pilnowałam bagażu. Potem panowie w drelichowych spodniach oświadczyli, że mogą odpowiadać na pytania. Bardzo długo na te pytania odpowiadali, aż w końcu wszyscy chcieli koniecznie dowiedzieć się, na jak długo tu przyjechaliśmy, a na to odpowiedzieć nie umieli. Wreszcie wsiedliśmy do samochodów i po godzinie dojechaliśmy na miejsce. Po drodze mama opowiedziała mi o tym, co usłyszała od panów w drelichowych spodniach. Jedziemy do osiedla polskiego, które leży nad olbrzymim Jeziorem Wiktorii. Jezioro jest wielkie jak morze, a osiedle nazywa się Kodża; pozostaniemy w nim prawdopodobnie do końca wojny. 12 RS

Podoba mi się w osiedlu, chociaż domki nie są ładne, bo ściany tu brudne, jakby ulepione z gliny, trzcinowe dachy i w ogóle nie ma podłóg ani sufitów. W każdym domku są dwie sypialnie i pokój jadalny. W sypialniach mieszka po pięć osób, a w środkowym pokoju stoi ogromny stół i dwie ławy. Na razie mieszkamy z bardzo dużą rodziną. Jest w niej jedna matka, dwie ciotki i aż pięć córek, ale tak jak u nas nie ma ani jednego ojca. Ich ojciec jednak jeszcze żyje i walczy gdzieś na froncie. Te córki są już dość stare (jedna ma prawie siedemnaście lat!) i bardzo żarłoczne. Jeszcze nie rozpakowały swoich rzeczy, a już zaczęły jeść i kłócić się o jedzenie. W naszej sypialni oprócz nas będą spały dwie ciotki Janickie i najstarsza córka. Mama mówi, że nie wytrzyma z taką rodziną. Jest Boże Narodzenie. Mama dowiedziała się, że pani Hania, z którą przyjaźniła się w Teheranie, mieszka w osiedlu, i poszła ją odwiedzić. Poszła beze mnie, bo zasnęłam po obiedzie i nie chciała mnie budzić, zostałam więc z Helą - najstarszą z panien Janickich. Kiedy się obudziłam, Hela spała w najlepsze. W ten sposób udało mi się wyjść. Domek nasz stoi tuż pod górką, ukryty w ogromnej trawie. Takiej trawy nigdy dotąd nie widziałam, jest wysoka prawie jak drzewa, gęsta i szeleści, jakby była z papieru. Nazywają ją słoniową, chyba dlatego że jest taka wysoka. Z powodu tej trawy mama nie pozwala mi samej wychodzić z domu. Podobno gnieżdżą się w niej węże, żmije i jadowite owady, nie mówiąc o dzikich zwierzętach. Upewniłam się, czy Hela mocno śpi, i wybiegłam na dwór. Do kuchni, która stoi za domem, biegnie wąziutka ścieżka. Poszłam sobie tą ścieżką, ostrożnie rozchylając długie łodygi, i nawet trochę zaczęłam się bać, że spotkam węża albo jakieś inne zwierzę. Kiedy prawie dochodziłam do kuchni, nagle poprzez liście zobaczyłam patrzące na mnie oczy. Już miałam wołać Helę na pomoc, ale na szczęście wychyliła się z trawy głowa małej jak ja dziewczynki. - Co tu robisz? - spytałam. - Ary? - Ja tu mieszkam! - Tutaj? A ja o dwa domki dalej, nazywam się Roma. - A ja Kasia. Przedwczoraj przyjechaliśmy. - Ja mieszkam tu już trzy miesiące. Mój tata jest sekcyjnym! -pochwaliła się Roma. 13 RS

- To ty tu masz tatusia? - I mamusię, i siostrę... - A ja tylko mamusię. Co to takiego sekcyjny? - Sekcyjny? To, to... takie stanowisko. Do każdej sekcji należy dwadzieścia domków i tata tymi domkami rządzi. - A ja mam tylko mamusię, tatuś umarł w Rosji... - Masz na imię tak samo jak moja lalka. - Pokażesz mi swoją lalkę? - To chodź do mnie — powiedziała Roma. Poszłam. Jej domek był trochę mniejszy i mieszkała w nim tylko rodzina sekcyjnego, to znaczy Roma z rodzicami i siostrą Józią. Pan Szewczyk, tata Romy, był bardzo wysoki, miał czarne wąsy, czarną czuprynę, czarne wesołe oczy. Gdy podał mi rękę na powitanie, zauważyłam, że brakuje mu dwóch palców. Zapytał, skąd przywędrowałam. Odpowiedziałam, że z domku numer sześćdziesiąt dwa, a przywędrowałam po to, by obejrzeć lalkę, która nazywa się tak jak ja. Roma miała oprócz tej lalki jeszcze dwie i kiedy dowiedziała się, że ja nie mam ani jednej, zapytała swoją mamę, czy może mi podarować Kasię. Mama pozwoliła. Opowiedziałam Romie o tym, jak na statku umarła moja najlepsza koleżanka, Olesia, i zapytałam, czy ona ma już przyjaciółkę, bo jeżeli nie, mogłybyśmy się trzymać razem. Na szczęście nie miała i obiecała, że będziemy zawsze razem się bawić. Kiedy wróciłam do domu, mamy jeszcze nie było, a Hela siedziała na łóżku zaspana i przestraszona tym, że mnie nie ma. Mama wróciła przed wieczorem bardzo uradowana, razem z panią Hanią. Pani Hania jest dużo starsza od mojej mamy, ale jest wesoła i ma przepiękne warkocze, które upina dookoła głowy. Uściskała mnie, podniosła do góry i kazała zajrzeć do koszyka, który przyniosła ze sobą. Na wieczku koszyka leżała kartka, a na niej dużymi literami wypisane było: „Gwiazdka dla Kasi". Jeszcze nie zdążyłam dobrze obejrzeć koszyka, gdy pojawiła się pod nim mała kałuża. Odkryłam wieczko i...o radości! Z koszyka uniosła się czarna mordka z wilgotnym czarnym noskiem i błyszczącymi oczkami wyglądającymi spod żółtych plamek. Koszyk się przewrócił i wygramolił z niego mały, tłusty piesek. Stanął na szeroko rozstawionych łapkach, pomachał lśniącym ogonkiem i szczeknął dwa razy cienkim głosem. 14 RS

- Jakie mu dasz imię? - spytała mama. - Nie wiem. Jest czarny jak kruk... - wyszeptałam, bo nie mogłam z radości mówić głośno. - Jak kruk? To niech się nazywa Kruczek, po prostu Kruczek, jak co drugi pies w Polsce... Już myślałam, że w tej Afryce nie wytrzymam, wczoraj było tak smutno, wszyscy płakali, a tu nagle tyle radości. Prawdziwe Boże Narodzenie, bez choinki, ale z prezentami! - Podziękuj pani Hani. - Kochana pani Haniu, to pani na zawsze oddaje mi swego pieska? - Na zawsze. Sobie zostawiłam jego mamę, suczkę Mary. - Skąd tu się wzięła lalka? - spytała nagle mama. Hela zaczęła dawać mi znaki za plecami mamy, ale już było za późno. - To Kasia, dostałam ją od Romy. I opowiedziałam mamie wszystko o tym, jak poznałam Romę, jej rodziców, siostrę Józię i jak zostałyśmy najlepszymi koleżankami. - Mówię ci, mamusiu, to bardzo dobra rodzina, oni na pewno nie kłócą się o jedzenie jak Janickie. Teraz z kolei mama zrobiła do mnie minę za plecami Heli i dawała znaki, żebym zamilkła. Hela wzruszyła ramionami i wyszła z pokoju. - Co ty, Kasiu, na litość boską wygadujesz, chcesz mi tu wrogów narobić? Ale nie narobiłam wrogów, bo Hela nic swojej rodzinie nie powtórzyła, tylko od tego czasu nigdy już przy mamie ani przy mnie nie kłóciła się przy stole o jedzenie i uciszała siostry, kiedy zaczynały. Tego wieczoru nie wiedziałam, z kim mam spać: z Kasią czy z Kruczkiem. Mama powiedziała, że o Kruczku nawet nie ma mowy, bo jest za mały, żeby go na całą noc zamykać pod moskitierą, taki mały piesek często robi siusiu i dlatego będzie spał w koszyku. W pierwszy dzień po świętach przyszła do mnie Roma i nie mogła się nadziwić Kruczkowi, że jest taki śliczny i wesoły. A Kruczek zachowywał się wspaniale: biegał jak kotek za kulką papieru, łapał za pięty każdego, kto koło niego przechodził, a już najśmieszniejsze było, jak próbował przejść przez próg. Tłuścioch najpierw wdrapywał się nań bokiem, a gdy już się wgramolił, natychmiast spadał. Popiszczał chwilę i zaraz zaczynał wyprawę od początku. Mama zwała te wędrówki Kruczka przez próg „wspinaczką na Kasprowy". 15 RS

Będziemy wypalać trawę. Przez trzy dni wszyscy dorośli z naszego domku przekopywali ścieżki, a właściwie rowki, żeby ogień zajmował ją pasami i za szybko się nie rozpalał. Nareszcie wszystko gotowe. Tato Romy pomagał kopać mojej mamie i właśnie on będzie pilnował, żeby wszystko odbywało się jak należy, żeby od ognia nie zajęły się budynki ani drzewa. Pani Hania i mama Romy też przyszły popatrzeć. One tu mieszkają dłużej, koło ich domków są już grządki, ale opowiadają o wypalaniu różne dziwne rzeczy. Dlatego też przyszły popatrzeć do nas. Trochę mi szkoda naszej trawy. A teraz oto pierwszy pas długich łodyg jest objęty czerwonymi języczkami ognia. Kurczy się moja trawa, czernieje i wreszcie spada w czarnych okruchach jako zwykły popiół na ziemię. I dopiero zaczyna się przedstawienie! Wraz z pierwszymi płomykami zaczął się w trawie ruch. Wyskoczyła z podpalonego pasa ogromna szara ropucha, przeskoczyła przez rowek i schowała się pośród liści, za nią kilka jaszczurek, jakieś żuki i w końcu dwie zwinne, cienkie i zielone żmije, podobno najbardziej jadowite z tu żyjących. Mama tylko załamywała ręce i mówiła, że to nie do wiary, żeby na takim małym pasku ziemi mogło się pomieścić tyle obrzydlistwa. Kiedy na pierwszym pasie trawy został już tylko popiół, podpalono następny i tak dalej. Staliśmy przytuleni do domku i ze strachem patrzyliśmy na to, co się działo. Mama orzekła, że widzieliśmy naraz więcej robactwa i gadów, niż można sobie wyobrazić. Tego wieczoru mama była smutna. Mówiła, że uświadomiła sobie, jak trudno będzie przetrwać Afrykę, ile nas tu jeszcze czeka złego. Jak pech, to pech. Wieczorem, kiedy już leżałam pod moskitierą poutykaną wokół materaca, mama siedziała jeszcze na stołeczku i myła nogi w miednicy. Nagle moja dorosła mama wyskakuje z miednicy i krzyczy: „Ratunku!", potem wskakuje na łóżko i dalej krzyczy. Na to wbiega pani Janicka z lampą w ręku, za nią ciotki, spoglądają na podłogę i zaczynają się cofać do drzwi. Teraz i ja już widzę, co je tak wystraszyło. Po podłodze pełznie powoli gruby jak ręka, lśniący wąż. Dopełza do kąta i zaczyna znikać. Mama zakłada buty i ostrożnie podchodzi do kąta. Ale węża już nie ma. Pani Janicka unosi latarnię do góry i w kącie ukazuje się niewielka dziura. - Ładne kwiatki! - mówi mama. - Widziała pani coś podobnego? On tu ma gniazdo! 16 RS

- I co teraz? - pyta pani Janicka. - Musimy zatkać dziurę, inaczej nie zasnę. - Ba! Zatkać. A czy on jej nie odetka, skoro potrafił ją sobie zrobić? - Nalejemy do dziury nafty. I zaczęło się zatykanie dziury. Takie było z tym zamieszanie, że udało mi się wyjść z łóżka, zabrać do siebie Kruczka i nikt tego nie zauważył. On też spał twardo, zwinął się pod kocem i wcale go nie było widać. Tymczasem mama wlała do dziury cały litr nafty i zaczęła tłuc butelkę, żeby tam jeszcze nasypać szkła. Na szkło poszedł piasek i popiół, ale mama wciąż uważała, że to mało i poprosiła ciotki Janickie, żeby nagrzały wody. Dziura musiała być bardzo głęboka, wszystko się tam mieściło i jeszcze było miejsce. Dopiero jak ciotki wlały cały sagan gorącej wody, mama ostatecznie zatkała dziurę szmatą. Potem wszyscy zaczęli układać się do spania. Mama odsunęła nasze łóżka od ściany, postawiła je bliziutko jedno obok drugiego i chyba przez całą noc nie spała, bo co chwila mnie dotykała i trzymała za rękę tak mocno, że ja też się nie wyspałam. Najlepiej ze wszystkich wyspał się Kruczek. Obudził się i od razu zaczął mnie lizać i gryźć po nogach ostrymi jak szpileczki ząbkami tak mocno, że aż krzyknęłam: - Kruczuś, przestań! I wtedy się wydało. Mama wytaszczyła łobuza za skórę na karku. Ja dostałam burę za niegodziwe wykorzystanie sytuacji, a tymczasem psiak zostawił na podłodze rozległą kałużę i zaczął „wspinaczkę na Kasprowy". Mieszkamy w Kodży prawie miesiąc. Ludzie już przestali przyjeżdżać, rodzina Janickich wyniosła się od nas i mieszkamy w naszym domku pod górką z panią Hanią. Trzeci pokój zajmuje pani Mazurowa z córeczką Aliną. Alina jest mała, ale przez cały dzień tylko ją w całym domu słychać. Pani Mazurowa zamyka się w swoim pokoju i z nikim nie rozmawia, tylko z Aliną albo z samą sobą. Dostają listy i paczki od pana Mazura, który był w wojsku, a teraz jest w szpitalu w Egipcie. Pan Mazur ma przyjechać do Kodży i zemścić się na wszystkich w osiedlu za to, że nabijają się z biednej niebogi. „Biedna Nieboga" to sama pani Mazurowa. „Biedna Nieboga" nie może sobie poradzić z Aliną, która chociaż mała, potrafi więcej napsocić niż Merka i Kruczek razem wzięci. Kiedy Ala coś przeskrobie, matka zamyka ją w pokoju i pyta: 17 RS

- Powiedz, czy ja chowam dzieciaka czy wariata? - Dzieciaka, mamusiu - buczy mała. - Nie, choliero, wariata! I sypią się razy. A im więcej mały „wariat" dostaje, tym bardziej robi się uparty i niegrzeczny. Dookoła naszego ogródka mama z panią Hanią posadziły rycy-nusy. Będzie z tego żywopłot. Mamy też w ogrodzie krzewy manioku, dwa małe drzewka bananowe i ananasy. Martwię się, bo Kruczek jest szkodnikiem, chodzi po grządkach i podgryza małe roślinki. Mama grozi, że zostanie uwiązany, ale robimy wokół grządek ploteczki z trzciny, to może nie będzie mógł się przez nie przedostać. Powoli życie w osiedlu zaczyna się układać. Mama mówi, że jeśli wybudowano dla nas domki, jeśli te domki są jeszcze poprawiane i tynkowane, to przyjdzie nam tu dłużej pomieszkać. Tak samo myślą chyba inni ludzie, bo choć siedzą na walizkach i narzekają, to jednak coraz bardziej dbają o swe ogródki i powoli zaczynają się przyzwyczajać. Mama mówi, że jest to podświadomy pęd do osiadłego życia u ludzi zmęczonych tułaczką. Nie bardzo wiem, co to wszystko znaczy, ale chyba też jestem zmęczona tułaczką, bo jakoś' nie chciałabym stąd wyjeżdżać. Jest mi tu dobrze z mamą, Kruczkiem i moją najlepszą koleżanką, Romą. Nawet suczka Merka zachowuje się tak, jakby nie należała do pani Hani, tylko do mnie. I jak tu wyjeżdżać? Trzeba by zostawić psy i w ogóle... Tymczasem nasze mamy bardzo się denerwują brakiem szkoły. Ja mam jeszcze czas, jak mówi pani Szewczykowa, nie mam sześciu lat, ale Roma skończyła już siedem, a najgorzej jest z Józią, która powinna być już w trzeciej klasie, a tu nic. Takich dzieci jak Józia, opóźnionych w nauce przez wojnę, jest bardzo dużo i dlatego delegacja mam była u komendanta osiedla z prośbą, żeby pomyślano o szkole. Komendant powiedział, że pomyślano, ale nie udało się jeszcze zebrać kompletu nauczycieli, a poza tym czeka się na ukończenie budynków szkolnych. Na to mamy zaofiarowały się dopomóc w wykończeniu szkoły, a dużo osób, chociaż w Polsce zajmowało się czymś innym, postanowiło, że po otrzymaniu programów będą uczyć. W ten sposób w niecałe dwa tygodnie od czasu, kiedy delegacja była u komendanta, zaczęto zapisy do szkoły i do... przedszkola. 18 RS

No i zaczęły się mamine kłopoty ze mną. Do siedmiu lat brakowało mi prawie półtora roku, więc władze szkolne słyszeć nie chciały o tym, żeby mnie przyjąć. A ja postanowiłam, że do przedszkola za żadne skarby nie pójdę, przede wszystkim dlatego że Roma idzie do szkoły, a poza tym przecież już w Teheranie, chociaż miałam pięć lat i nie byłam zapisana, chodziłam do szkoły i znałam litery nie gorzej od innych dzieci, a nawet w nagrodę byłam na wycieczce w pałacu szacha. Mama chodziła, błagała i nic nie załatwiła. Nauczyciele powiedzieli, że nie dam rady, bo większość dzieci ma zaległości i trzeba będzie robić po dwie klasy w jednym roku. A na to podobno jestem za młoda. Ja za młoda! W domu przestało się mówić o mojej szkole, ale ja postanowiłam załatwić to sama. Nic nie mówiąc mamie, znalazłam chwilę, kiedy nikt nie zwracał na mnie uwagi, i poszłam do domku, w którym przyjmowano zapisy. Ustawiłam się grzecznie w ogonku i kiedy nadeszła moja kolej, śmiało podeszłam do stolika. Pani, która rozmawiała z każdym po kolei, spytała: - A ty dziecko? - Nazywam się Kasia Markowska, proszę zapisać mnie do szkoły. - A ile masz lat? - Proszę pani, ja zaraz wszystko wytłumaczę. W Teheranie też nie byłam zapisana, ale zaczęłam sobie tak przychodzić i potem już potrafiłam napisać wszystkie litery. Ja mogę pokazać, jak piszę. - A potrafisz się podpisać? - Pewno, że potrafię. - No to podpisz się. Wysunęłam język na brodę, przechyliłam głowę, bo wtedy najłatwiej szło mi pisanie, i najpiękniej, jak potrafiłam, napisałam: „Kasia Markowska z Warszawy". - No i co? - zapytałam. - Bardzo ładnie. Ale do szkoły musi cię zapisać mamusia. - Moja mama tu już była i wróciła z płaczem do domu. Jak pani mnie teraz nie zapisze, to ona albo się strasznie rozchoruje, albo sobie odbierze życie, a tego najbardziej się boję. - Co ty wymyślasz? - Nie wymyślam. Taka jest moja mama. Raz już chciała sobie odebrać życie, ale ją uprosiłam. 19 RS

- Biedne dziecko - zlitowała się pani i pogłaskała mnie po głowie. - Dobrze, zapiszę cię. Tylko pamiętaj, jeśli nie będziesz sobie dawała rady, wrócisz do przedszkola. - Na pewno będę sobie dawać radę! - wykrzyknęłam i z rozmachem głośno cmoknęłam tę panią w rękę. - Co ty robisz! Słuchaj no, powiedz mamie, że jesteś zapisana i że proszę ją na rozmowę. Za pół godziny wracałam z mamą zdumioną do ostatnich granic; bo czy to możliwe, żeby taki „knot" sam wywalczył sobie miejsce w szkole, o które mama tyle daremnie zabiegała? Nie pozwolono mi zostać przy rozmowie, nudziłam się pod drzwiami. Jeszcze nie byłam taka pewna, czy pani nie zmieni zdania. O czym tak długo rozmawiają? Wreszcie wyszły: obie roześmiane, ściskały sobie ręce na pożegnanie, a mama dziękowała. Wtedy zrozumiałam, że już na pewno jestem uczennicą. - Tyle razy prosiłam cię, żebyś nie opowiadała ludziom głupstw. Przecież nie każdy rozumie, że to są tylko twoje wymysły, ośmieszasz mamę, nie wstyd ci? - Ale gdybym cię nie ośmieszyła, nie chodziłabym do szkoły. - A więc nawet zdajesz sobie z tego sprawę? Zrozumiałam, że to niedobrze „zdawać sobie sprawę", i przypomniałam mamie, że sama mi to przed chwilą podpowiedziała. Zaczęły się przygotowania. Ależ kłopotów z tą szkołą! Mama zasiadła do szycia, bo to i mundurek, i fartuszek, i białe kołnierzyki były potrzebne. A przy okazji polały się łzy, bo nie tak to miało być, bo tatuś nie doczekał, a dziadziuś pierwszy raz nie odprowadzi i tak dalej, i tak dalej. Wreszcie poszłam do szkoły. Nie mieliśmy książek. Dostaliśmy tabliczki, kolorowe rysiki i zaczęło się pisanie. To było łatwe. Litery znałam i napisać mogłam prawie każde słowo, ale czytanie zupełnie mi nie szło. Teksty do czytania przygotowywała pani na specjalnej tablicy. Czytaliśmy najpierw parę razy wszyscy razem, a potem każdy sam. Szybko uczyliśmy się na pamięć i wtedy szło jak z płatka. Ale gdy był tekst nowy, nie mogłam sobie dać rady ze składaniem liter. Słowo „lecz" czytałam „ly—e—cy—zy", a „mama": „my-a-my—a". Gdy mi ktoś podyktował jakieś słowo, pisałam od razu i chyba jedynie pisanie uratowało mnie przed powrotem do przedszkola. Potem nagle któregoś 20 RS

dnia czytanie zaczęło mi iść łatwiej, mama powiedziała, że nareszcie pojęłam zasadę składania liter, i szkoła zrobiła się mniej straszna. Ale z książkami były prawdziwe kłopoty. Ani jednego podręcznika. Na lekcjach czytaliśmy bajki i już wszyscy znali je na pamięć. Pani wymyśliła jednak metodę: nie sztuka wykrzyczeć dobrze znaną bajkę czy wierszyk tak jak idzie, trzeba je odczytać od tyłu, a więc przeczytać naprawdę. Normalnie na pytanie ptaszków, kiedy przyjdzie wiosna, Marysia odpowiadała: Nie wiem, nie wiem moje ptaszki, lecz wam sypnę trochę kaszki, dam wam chleba po okruchu i na gniazdko trochę puchu. A odwrotnie było tak: Puchu trochę gniazdka na i okruchu po chleba wam dam, kaszki trochę sypnę wam, lecz ptaszki moje wiem nie, wiem nie. Było to nawet zabawne. Ze znanych wierszyków czytanych wspak wychodziły śmieszne dyrdymały i tak nam się to spodobało, że nawet nie zadane wierszyki i bajki zaczęliśmy odczytywać w ten sposób. Skutek był taki, że kiedy przywędrowała do Kodży biblioteka, zapisałam się i zaczęłam już nie wspak, ale normalnie czytywać takie dzieła, jak „Moja Wólka", „W Wojtusiowej izbie" i inne. Pod koniec drugiej klasy nadeszły oczekiwane podręczniki. Zaczęła się prawdziwa nauka. Książki były nowiutkie i wszystkie co do jednej miały zielone pieczątki z napisem: „Dar Polonii amerykańskiej dla uchodźców polskich i sierocińców w Afryce". Ale zazdrościłam pierwszakom elementarza. Był kolorowy i zawierał wiele nie poznanych przygód Ali, Asa i Oli, co ma kok. Czytanki, ćwiczenia i słupki. Słupki, ćwiczenia, czytanki -tak przez dziesięć miesięcy i wreszcie koniec listopada i koniec roku szkolnego! Od stycznia idę do trzeciej klasy, już do normalnej, nie przyspieszonej. Na początku wakacji była wyprawa z mamą po zakupy do Kampali. Nigdy nie chodziłam po tak wielkim mieście. Szerokie ulice, pędzące samochody, sklepy ze słodyczami, sklepy z zabawkami. - Zupełnie jak w Polsce - mówię do mamy. - Ale gdzie tam! Pamiętasz Warszawę? Kiedy się wyszło na Nowy Świat... Nie pamiętasz? No pewno, jak masz pamiętać... 21 RS

Nie pamiętam. Wstyd mi, ale nic na to nie poradzę. Byłam bardzo mała. Nie wiedziałam, że to Warszawa, stolica, nie wiedziałam nawet, że to Polska... Wróciłyśmy z mamą pełne wrażeń i z pełnymi rękami tobołków. Dostałam lalkę, obrożę dla Kruczka, nowe buty i komplet do tenisa. Mama kupiła też jabłka, rodzynki, materiały na suknie, kapy na łóżka, firanki. Prawie nie widać mojej „Pchełki" spod paczek. Oprócz swoich zakupów taszczy jakieś zwoje tasiemek, gumek i kolorowych nici dla pracowni. Bo mama prowadzi w osiedlu pracownię krawiecką. Stamtąd właśnie wyniosła swoje nowe imię - „Pchełka". Nigdy przedtem nie uczyła się szyć, ale odkąd zaczęłyśmy podróżować, sama przerabiała dla mnie i dla siebie sukienki, bluzki i płaszcze. Tak to wszystko ładnie kombinowała, że panie ciągle wypytywały, skąd ma takie stroje. No i zaczęły przychodzić delegacje, żeby otworzyć pracownię. Bo wszystkie panie w osiedlu chcą być ładnie ubrane, mówią, że znajdzie się dużo panienek, które by w szyciu pomogły, a mama ze swoimi zdolnościami i gustem rodowitej warszawianki mogłaby tym pokierować. Broniła się biedna „Pchełka", jak umiała, tłumaczyła, że nie potrafi, że nigdy się nie uczyła, ale w końcu uległa i teraz nawet sobie to chwali, bo nieźle zarabia. Przychodzą różne panie, przynoszą zdjęcia sprzed wojny i proszą, żeby dobrze im się przyjrzeć. - Bo widzi droga pani, to była sukienka z podobnego jak ten materiału, miałam ją na sobie, jak poznałam męża. On zawsze ją wspominał. Tylko materiał, proszę pani, był lepszy. Polski, piękny jedwab. Mama oglądała uważnie starą fotografię i szyła suknię jak ta przedwojenna. Pani robiła sobie w niej nowe zdjęcia i wysyłała na front. Sukieneczka-fartuszek z mnóstwem kieszeni i okrągłym kołnierzykiem, uszyta dla mnie do szkoły, wywoływała zachwyt nauczycielek i została obwołana obowiązkowym strojem w szkole. A czarna i mała „Pchełka" z całym zastępem panienek ledwie nadążała za zamówieniami. Nazwo-ziła z Kampali i Dzindżi żurnali i zaczęła stroić panie, panienki i małe dziewczynki w osiedlu. Pod starym baobabem stawiają nowe budynki szkolne. Baobab ma tak rozłożyste konary, że aż trzy budynki zmieściły się w jego cieniu. Teraz będziemy mieć w szkole dużo miejsca i wszyscy będą się uczyć na jedną zmianę, to znaczy od rana. Szkołę budują Murzyni. Zaczęli dopiero w 22 RS

czasie wakacji i mają skończyć na początek roku szkolnego. Chodzimy się przyglądać, jak to robią, bo nie chce nam się wierzyć, że zdążą na czas. Jednak każdego dnia mają coraz więcej roboty za sobą. Najpierw ustawiali drągi i wiązali je łykiem. Powstawało z tego rusztowanie, które poobwiązywali matami z trzciny i gdy takie trzcinowe domki bez dachów już stały, Murzyni wypełnili miejsca między ściankami gliną, a właściwie błotem, a kiedy to wyschło, zaczęli ściany ochlapywać na zewnątrz. Teraz pokrywają dachy trzciną i zostało jeszcze tynkowanie. W każdym budynku będą dwie klasy i pośrodku pokój dla nauczycieli. Dookoła baobabu stoi już cała szkolna wioska. Okien w klasach nie ma; jedna ściana zbudowana jest tylko od dołu do połowy i tamtędy wpada światło. Ciekawa jestem, czy się kiedyś taka szkoła nie rozleci, bo jest tylko powiązana łykiem, Murzyni nie wbili nigdzie ani jednego gwoździa. Podobno w ten sposób zbudowane jest całe nasze osiedle, ale wytrzymało nawet trzęsienie ziemi. Zamiast chodzić nad jezioro, przychodzimy tu teraz prawie codziennie i bawimy się na budowie. Najbardziej chciałabym się uczyć w tym budynku, gdzie gałęzie baobabu opadają aż do otwartej ściany i można prosto z klasy wejść na drzewo. Starsze dzieci i chłopcy z gimnazjum także przyglądają się budowie. Janek, syn pani Wiśniewskiej, która mieszka w tym samym domku co Roma, rozmawiał z Murzynami po angielsku, zdaje się, że pytał o najwygodniejszą drogę do ich wioski. Potem powiedział, że idzie na górę Dżyleta. - Janek, zabierz nas ze sobą, nigdy jeszcze tam nie byłyśmy - poprosiłam. - Nie dojdziecie, za daleko dla was. - Dojdziemy, zobaczysz, obiecujemy że dojdziemy - upierała się Roma. Janek poszeptał z kolegami i zgodzili się, żebyśmy poszły tylko we dwie, to znaczy Roma i ja. Nikogo poza nami nie chcieli zabrać, jeśli nie liczyć Kruczka. Wyruszyliśmy od razu, bo musiałyśmy na szóstą wrócić do domu. Małym dzieciom nie wolno było być poza domem od godziny szóstej po południu z obawy przed moskitami. Zamykało się wtedy siatkowe szyby w oknach i naciągało na łóżka moskitiery. Siostra Bel chodziła po domach i wszyscy, którzy nie byli ubrani po południu w spodnie i bluzy z długimi 23 RS

rękawami, musieli płacić kary i jeszcze potem chorować na malarię. Ale nawet ci, którzy nigdy nie płacili kary, także często chorowali, więc dużo kobiet nie chciało zakładać spodni. Największe kary trzeba było płacić za dziecko, które siostra Bel spotkała wieczorem poza domem. Dlatego musieliśmy się spieszyć. Pobiegliśmy na przełaj do dolinki, gdzie wśród palm bielały ściany budynków szpitalnych. Za nimi zbocze góry było najłagodniejsze i zarośnięte słoniową trawą. Janek szedł pierwszy i torował wszystkim drogę, a my musieliśmy iść rzędem, bo po jego śladach łatwiej było przedzierać się przez trawę. Kruczek najpierw biegł przodem, ale potem zaczął zostawać w tyle, jakby miał nadzieję, że nie pójdziemy dalej. Przez rok wyrósł na pięknego i silnego psa. Przerósł swoją matkę Mary i właściwie imię Kruczek przestało do niego pasować, bo nie był już tym czarniutkim szczeniaczkiem, jakiego dostałam. Łapy ma długie, proste, kudłate i ubrane w żółte buty i białe skarpety. Ma też biały krawat i długą, śmieszną rudą brodę, a także rude krzaczaste brwi nad czarnymi jak węgielki oczami. Poza wesołymi oczami, jedynie okrągły nos i grzbiet zostały mu czarne. Łeb przez te brwi i brodę ma kanciasty i jakby wyrzeźbiony z drewna; mama mówi, że jest bardzo podobny do teriera. Chłopcy szybko wdrapywali się pod górę i ledwie mogłyśmy za nimi nadążyć. Trawa słoniowa była twarda, ślizgały się po niej psie pazury i nasze buty. Mieliśmy podrapane nogi. Dopiero po godzinie byliśmy na szczycie. Tutaj Kruczek odzyskał humor. Zaczął biegać jak szalony, zataczając wokół nas duże koła. Z trzech stron widać było jezioro. Domki osiedla, ustawione w równiutkich rzędach, wyglądały jak miasto dla lalek. Po drugiej stronie góry, pośród liści palmowych chowała się wieś murzyńska. Od tej strony, gdzie nie było jeziora, rozpościerała się dżungla. Chłopcy chcieli rozpalić na górze ognisko, więc zaczęliśmy zbierać suche gałązki. Janek wyjął z plecaka bulwy, które mieliśmy upiec w ogniu. - Zmęczona jesteś? - spytała Roma. - Tak, ale nic nie mówmy, bo będą się z nas śmiać. Janek skręcił wiecheć z suchej trawy i zaczął podpalać ognisko. Wtedy usłyszeliśmy, że Kruczek warczy. Stał niedaleko od nas, patrzył w dół ze zjeżoną sierścią na łopatkach. 24 RS