uzavrano

  • Dokumenty11 087
  • Odsłony1 787 417
  • Obserwuję782
  • Rozmiar dokumentów11.3 GB
  • Ilość pobrań1 053 375

Steven Saylor - Cykl-Roma Sub Rosa (03) Zagadka Katyliny

Dodano: 7 lata temu

Informacje o dokumencie

Dodano: 7 lata temu
Rozmiar :2.0 MB
Rozszerzenie:pdf

Steven Saylor - Cykl-Roma Sub Rosa (03) Zagadka Katyliny.pdf

uzavrano EBooki S Steven Saylor
Użytkownik uzavrano wgrał ten materiał 7 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 58 osób, 50 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 405 stron)

STEVEN SAYLOR ZAGADKA KATYLINY Przełożył Janusz Szczepański Wydanie oryginalne: 1993 Wydanie polskie: 2002

Cieniom mojej Matki

NAZEWNICTWO W powieści zastosowano spolszczoną pisownię rzymskich imion i nazwisk rodowych oraz przydomków. W ślad za autorem nazwy miejscowości, poza nielicznymi wyjątkami, jak Baje, Kurne, Aleksandria i sam Rzym, zachowano w oryginalnym łacińskim brzmieniu, jak na przykład Faesulae (dzisiejsze Fiesole), Arretium (Arezzo), Massilia (Marsylia), Florentia (Florencja). Daty również podane są zgodnie z kalendarzem rzymskim sprzed reformy Juliusza Cezara. Rok (tzw. rok księżycowy) dzielił się w nim na dwanaście miesięcy, których nazwy również użyte są w brzmieniu polskim, lecz ich długość jest inna: styczeń (Ianuarius) miał 29 dni, luty (Februarius) 28 dni, marzec (Martius) 31 dni, kwiecień (Aprilis) 29 dni, maj (Maius) 31 dni, czerwiec (Iunius) 29 dni, lipiec (Quitictilis) 31 dni, sierpień (Sextilis) 29 dni, wrzesień (September) 29 dni, październik (October) 31 dni, listopad (November) 29 dni i grudzień (December) 29 dni. Rzymianie nie oznaczali dni miesiąca kolejnymi liczbami, jak my; daty dzienne w kalendarzu rzymskim określano według trzech stałych terminów w każdym miesiącu: kalendy – przypadały na pierwszy dzień miesiąca, nony – w marcu, maju, lipcu i październiku przypadały na siódmy, a w pozostałych miesiącach na piąty dzień, idy – w marcu, maju, lipcu i październiku był to piętnasty, a w pozostałych miesiącach trzynasty dzień. Pozostałe dni liczono wstecz od jednej z tych dat. Autor w większości wypadków dostosował się do tego systemu. Akcja powieści rozpoczyna się w kalendy czerwcowe w 63 r. p.n.e.

Na tarczy wycięte ujrzał Eneasz Kamienne mury Podziemia, królestwa potępionych i cierpień za winy. Tam, zgrozą przeniknięty, nad skrajem otchłani drżał cień Katyliny, A furie go biły skrzydłami swoimi... Wergiliusz, Eneida, ks. VIII, 666-669 Jakaż to zaszła w nas zmiana I w mieście tym, Odkąd ów zły Katylina Opuścił Rzym? Niewinnym, było, nam się zdał, A Konsul złym, Że w złości go pokrzywdzić chciał Urzędem swym. A dziś, gdy zbrojny grozi nam, Wrogiem się stał, Konsula wini gniewny tłum, Że ujść mu dał. W krytyce szybki bywa Rzym, A chociaż błąd Popełnia często w gniewie swym, Kto winien? Rząd! Ben Jonson, Catiline, akt IV, 863-878 Czym jest prawda? Poncjusz Piłat

CZĘŚĆ I NEMO

ROZDZIAŁ I – Według Katona* – powiedziałem i przerwałem, patrząc na trzymany w ręku zwój spod zmrużonych powiek. Jaskrawe słońce odbijało się od pergaminu, utrudniając czytanie wyblakłych czarnych liter. No, poza tym, gdy się ma czterdzieści siedem lat, wzrok już nie dopisuje... Mogę policzyć liście na drzewie oliwnym o trzydzieści kroków, ale różnica między O i U, a nawet I i L nie jest już tak oczywista jak kiedyś. – Według Katona... – zacząłem znowu, trzymając zwój na odległość wyciągniętej ręki i czytając po cichu. – No, to jest po prostu śmiechu warte. Kato wyraźnie pisze, że siano powinno już być skoszone, tymczasem mamy już kalendy czerwcowe, a my nawet nie zaczęliśmy. – Jeśli wolno mi się wtrącić, panie... Niewolnik Aratus, stojący u mego boku, odchrząknął cicho. Nie miał jeszcze pięćdziesięciu lat i na długo przed moim przybyciem ubiegłej jesieni był w gospodarstwie zarządcą. – Tak? – Panie, trawy jeszcze nie przekwitły. Opóźnienie zbioru nie jest niczym wyjątkowym. Przecież i w ubiegłym roku było tak samo. Nie zebraliśmy siana prawie do końca czerwca... – Tak, i widziałem potem, ile go zgniło w stodole. Przez zimę psuła się bela za belą i wiosną ledwo było czym karmić woły przy orce. – Ale to przez to, że burza uszkodziła dach tej zimy i deszczówka ciekła do środka. Nie miało to nic wspólnego z późnym zbiorem. – Aratus spuścił wzrok i zacisnął usta. Jego cierpliwość była na wyczerpaniu, choć zachowywał postawę posłusznego sługi. – A jednak u Katona stoi czarno na białym: „Ścinaj trawę o czasie, a bacz, byś się z tym nie spóźnił”. Oczywiście Marek Porcjusz Kato żył przed stu laty, ale nie sądzę, aby zwyczaje przyrody zmieniły się od tego czasu. – Spojrzałem na Aratusa, którego usta przypominały teraz cienką kreskę. – I jeszcze jedno... – Przewinąłem pergaminowy zwój, szukając ustępu, który uderzył mnie poprzedniego wieczoru. – Ach, tutaj... Posłuchaj: „Ciecierzyca jest trująca * Chodzi o Katona Starszego Cenzora (234-149 p.n.e.), wybitnego męża stanu i mówcę oraz cenionego pisarza (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

dla bydła i dlatego należy ją wyrwać, gdyby wyrosła wśród zboża na paszę”. A tu zaledwie wczoraj na własne oczy widziałem, jak jeden z niewolników zabierał przypalone ziarna ciecierzycy z kuchni i dodawał je wołom do paszy. Czy naprawdę kątem oka dostrzegłem, jak Aratus przewraca oczami, czy mi się tylko zdawało? – Ziele ciecierzycy – podkreślił słowo „ziele” – jest trujące dla inwentarza, panie, a nie ziarno. Dla ludzi zresztą też, podejrzewam – dodał sucho. – Ach, dobrze. W takim razie sprawa wyjaśniona. – Zamknąłem oczy i ścisnąłem palcami nasadę nosa. – Skoro mówisz, że trawy jeszcze kwitną, przyjdzie nam zaczekać z koszeniem. Czy winorośl zaczyna puszczać liście? – Tak, panie. Zaczęliśmy już przycinać pędy i przywiązywać je do kołków. Tak, jak nakazuje Kato. A ponieważ, jak mówi Kato, tylko najlepiej przygotowani i doświadczeni niewolnicy powinni się tym zajmować, może powinienem pójść do winnicy i dopilnować wszystkiego osobiście. Skinąłem głową i Aratus odszedł. W pokoju nagle wydało mi się duszno i gorąco, choć nie było jeszcze południa. Czułem w skroniach lekkie, bolesne pulsowanie i powiedziałem sobie, że to z upału, choć pewnie przyczyną było wytężanie oczu nad tekstem Katona i spór z Aratusem. Wyszedłem do zielnika, gdzie powietrze było chłodniejsze. Z domu doleciał mnie pisk – to krzyczała Diana, a Meto, karcony przez Bethesdę, zarzekał się, że nawet jej nie dotknął. Westchnąłem i poszedłem dalej, na ścieżkę do kozich zagród, gdzie dwaj niewolnicy pracowali przy naprawie uszkodzonego płotu. Nawet nie spojrzeli w moją stronę, gdy ich mijałem. Ścieżka prowadziła wzdłuż winnic, gdzie Aratus już nadzorował mocowanie młodych winorośli do podpór. Zatrzymałem się dopiero w gaju oliwnym, by odpocząć w cieniu. Koło głowy bzyknęła mi pszczoła, zawisając na chwilę w powietrzu, po czym uleciała między drzewa. Poszedłem za nią w górę zbocza, na skraj gaju, gdzie zaczynało się porastające grzbiet wzgórza pasmo dziewiczego lasu. Kilka wystających z ziemi ściętych pni świadczyło o podjętej bez przekonania i szybko zarzuconej próbie wykarczowania go. Cieszyło mnie, że wzgórze pozostawiono w dzikim stanie, choć Kato zaleciłby pozyskanie go pod uprawę; on zawsze przedkładał wyżej położone grunty nad doliny, gdzie mogła zbierać się mgła, od której niszczałyby zbiory. Usiadłem na pniu i odetchnąłem w cieniu powykręcanego, starego dębu. Pszczoła znów zabrzęczała mi koło ucha – może przyciągała ją migdałowa woń olejku, którym Bethesda natarła mi wczoraj włosy. Jakże one mi siwiały! Już chyba więcej było srebrnych niż czarnych. Żyjąc na wsi, nie przejmowałem się zbytnio fryzurą i nie ścinałem włosów tak często jak w mieście. Luźne kędziory spływały mi na kark i uszy, po raz pierwszy w życiu zapuściłem też brodę. I ona była gęsto przetykana siwizną, zwłaszcza na podbródku.

Bethesdzie też z wolna bielały włosy, aż w końcu zaczęła je barwić henną. Farba, którą sobie sporządzała, dawała mocny i głęboki odcień czerwieni, niemal krwisty. Jej gęste i miękkie włosy wciąż były piękne; ale trzeba przyznać, że o ile ja z wiekiem przestawałem dbać o swoje, ona poświęcała im teraz znacznie więcej czasu niż kiedyś. Na przykład już ich nie rozpuszczała, chyba że na noc. W dzień zwijała je w kok, upięty na czubku głowy, co nadawało jej tak wyniosły wygląd, jakby była rzymską matroną... choć akcent zdradzał od razu, że pochodzi z Egiptu. Roześmiałem się na tę myśl i stwierdziłem nagle, że ból w skroniach ustąpił. Spojrzałem na ścielącą się u mych stóp dolinę i głęboko wdychałem aromat wiejskiego lata: zapach zwierząt, woń szumiącej na wietrze trawy i spieczonej gorącym słońcem ziemi. Wpatrywałem się w widoczną stąd jak na dłoni swą posiadłość: pokryty czerwoną dachówką dom, nieco wyższy dach łaźni, tuż za głównym wejściem urządzony starannie dziedziniec z sadzawką i kwietnikami, inny, gdzie wyrabiano wino, zastawiony kotłami i beczkami. Był i trzeci, służący za klepisko do młocki, a do biblioteki przylegał ogród zielny. Tuż przy domu stały szopy, stajnie i studnia, a także mały murowany budynek z tłocznią oliwy. Dalej ciągnęły się: łany zbóż, winnice, gaje oliwne. Granice gospodarstwa wyznaczała po prawej droga z Rzymu – szeroka brukowana via Cassia, po lewej strumień o brzegach porośniętych drzewami; daleko za zagrodą i pasem uprawnej ziemi, od drogi do samego strumienia biegł niski mur, a czwartym bokiem granicznego czworokąta był grzbiet wzgórza, na którym siedziałem. Widok sielankowy, wart wiersza, a nawet pochwały samego staruszka Katona, pomyślałem. To marzenie każdego Rzymianina, nieważne, biednego czy bogatego – mieć gospodarstwo na wsi, do którego można by uciec od zgiełku i szaleństwa miasta. Wbrew wszelkim przewidywaniom mnie się to wreszcie udało. Dlaczego więc nie byłem szczęśliwy? – Tu nie jest twoje miejsce, Gordianusie. Poruszyłem się zaskoczony i odwróciłem w stronę, skąd dobiegał głos. – Klaudia! Przestraszyłaś mnie. – To dobrze! Lepiej być przestraszonym niż znudzonym i nieszczęśliwym. – A po czym, widząc mnie z tyłu, możesz poznać, że jestem znudzony i nieszczęśliwy? Moja sąsiadka wsparła ręce na wydatnych biodrach i spojrzała na mnie z ukosa. – Stopy i kolana rozsunięte, łokcie na kolanach, splecione dłonie podpierają podbródek, głowa przechylona, plecy zgarbione – wyliczyła. – Gdybyś był o trzydzieści lat młodszy, Gordianusie, powiedziałabym, że jesteś nieszczęśliwie i po uszy zakochany. Tobie po prostu wieś nie służy. Pozwól, że usiądę obok i pokażę ci, jak ktoś, kto naprawdę kocha te okolice, rozkoszuje się tym wspaniałym widokiem. Usiadła na pniu, który najwyraźniej był niższy, niż się spodziewała, bo opadła nań swym dobrze nabitym zadkiem z klaśnięciem, kwitując to wesołym śmiechem. Wyprostowała nogi, dłonie złożyła na kolanach i z rozpromienioną miną patrzyła na rozpościerające się poniżej

kolorowe pola i łąki. Nie mogłaby być w radośniejszym nastroju, nawet gdybyśmy siedzieli po drugiej stronie wzgórza i oglądali jej gospodarstwo. Klaudia była kuzynką mojego zmarłego przyjaciela, po którym odziedziczyłem tę ziemię. Była tak do niego podobna, że mogła być jego siostrą. W ogóle zresztą pod wieloma względami mogła uchodzić za kobiece wcielenie Lucjusza, dlatego polubiłem ją od pierwszego dnia, kiedy przyszła do mnie zza wzgórza, by się przedstawić. Tak jak on miała palce jak serdelki, rumiane policzki i czerwony nos. Włosy miała gęstsze (Lucjusz przed śmiercią był prawie łysy), ale były tej samej jasnorudej barwy, poprzetykane siwizną i tak samo zwijały się w strzępiaste pasma; nosiła je upięte wysoko w niedbały kok, z którego na wszystkie strony wymykały się niesforne kosmyki, powiewające na wietrze wokół jej okrągłej, miłej twarzy. W przeciwieństwie do swego kuzyna nie przykładała wagi do ozdób i jedyną biżuterią, jaką u niej widywałem, był prosty złoty łańcuszek na szyi. Uznawała kobiece stole za niepraktyczne i nosiła długie wełniane tuniki w barwach ziemi; przy jej tuszy wyglądała przez to z daleka jak mężczyzna, i to niewolnik. Ironia losu – w jej żyłach płynęła przecież szlachetna patrycjuszowska krew. Jej posiadłość leżała po drugiej stronie wzgórza granicznego. Kiedy mówię: „jej”, rozumiem to dosłownie, ponieważ to ona sama dzierżyła tytuł własności, bez pośrednictwa ojca, brata czy męża. Klaudia, podobnie jak Lucjusz, nigdy nie wstąpiła w związek małżeński, ale radziła sobie sama, żyjąc niezależnie i na własnych warunkach. Byłoby to godne uwagi osiągnięcie nawet w wypadku bogatej miejskiej matrony, ale tu, na przywiązanej do tradycji prowincji, było wyjątkowe i świadczyło o sile charakteru i inteligencji, których nie zdradzały jej miękkie, okrągłe rysy. Jakim cudem wyrwała dla siebie ten kawałek ziemi z fortuny Klaudiuszów, nie miałem pojęcia. Jej gospodarstwo stanowiło tylko znikomą część rodzinnych majętności. W samej rzeczy moje ziemie otoczone były przez Klaudiuszów ze wszystkich stron. Od południa stykały się na szczycie wzgórza z ziemią Klaudii, uważaną za jedną z uboższych ze względu na kamienistą glebę na zboczu i niskie położenie reszty posiadłości w dolinie nawiedzanej zimą przez owe mgły, których tak się obawiał Kato. Za strumieniem leżały włości jej kuzyna Publiusza Klaudiusza. Z mojego punktu obserwacyjnego widziałem ponad drzewami wierzchołek czerwonego dachu jego domostwa. Pola za niskim murem granicznym od północy należały do drugiego kuzyna, Maniusza Klaudiusza. Z powodu dużej odległości niewiele mogłem zobaczyć z jego ziem, a domu już wcale. Po drugiej stronie via Cassia, na wschód ode mnie, teren stawał się stromy i skalisty – było to podnóże góry zwanej przez miejscowych Argentum, zwieńczonej koroną ciemnych połaci lasu. Ziemie na jej stokach należały do kolejnego z kuzynów Klaudii, Gnejusza Klaudiusza. Mówiono, że to świetne tereny łowieckie, pełne dzików i jeleni. Znajdowała się tam też wydrążona gdzieś we wnętrzu góry sztolnia, z której niegdyś wydobywano srebro; podobno jednak złoże dawno się wyczerpało. Widać było jeszcze krętą drogę, wspinającą się zboczem i niknącą w porastającym je lesie. Wtedy wielu niewolników

musiało wędrować nią podczas niekończącej się pracy, dziś zarosła i bardziej przypominała kozią ścieżkę. Z wszystkich posiadłości rodowych ta należąca do mojego dobroczyńcy Lucjusza Klaudiusza uważana była powszechnie za najlepszą, a on pozostawił ją w spadku mnie. Klaudiusze, a formalnie młody Gnejusz reprezentowany przez istny legion adwokatów, usiłowali podważyć testament, ale bez skutku. Miałem swój dzień w rzymskim sądzie i gospodarstwo przeszło w moje ręce. Dlaczego mi to nie wystarczało? – To piękne miejsce. – Klaudia patrzyła na lśniącą czerwień dachówki i na starannie uprawiane pola. – Kiedy byłam dziewczynką, było zaniedbane. Kuzyn Lucjusz wcale się gospodarstwem nie interesował i pozwolił mu popaść w ruinę. A potem... z piętnaście lat temu, gdy poznał ciebie i przeżyliście razem pierwszą przygodę... nagle sobie o nim przypomniał i zaczął tu przyjeżdżać. Kupił Aratusa i uczynił go zarządcą, posadził nowe winnice i gaje oliwne, sprowadził niewolników i przebudował dom. Zmienił gospodarstwo w całkiem dochodowe przedsięwzięcie, a przy tym mógł tutaj uciekać od miejskiego zgiełku. Wszyscy byliśmy zdumieni jego osiągnięciami. No i poruszeni jego nagłym zgonem, niestety – westchnęła. – I rozczarowani jego wyborem spadkobiercy – dodałem cicho. – No, Gordianusie, nie powinieneś chować urazy. Nie możesz winić mojego kuzyna Gnejusza za wytoczenie ci procesu. Wszyscy się spodziewaliśmy, że to on otrzyma spadek, skoro jego ziemie nadają się tylko do polowań, a nie do uprawy, a kopalnia srebra od dawna jest zamknięta. Niestety, Cycero poprowadził twoją sprawę błyskotliwie, jak zwykle. Masz szczęście, że go znasz, i wszyscy ci tego zazdrościmy. Pod wpływem jego argumentacji sąd uznał, że ostatnia wola Lucjusza jest ważna, i na tym się skończyło. Jego majątek nie był mały; miał on wiele innych pięknych posiadłości, które rozdzielił pomiędzy krewnych. Mnie samej przypadła biżuteria po matce Lucjusza i jego miejski dom na Palatynie. Tobie dał tę etruską ziemię i wszyscy się z tym pogodziliśmy. – Wiem, że ty się pogodziłaś, Klaudio. Ale co do twych kuzynów, to nie mam takiej pewności. – Dlaczego? Czyżby ci w jakiś sposób dokuczali? – Niezupełnie. Nie widziałem się ani z Gnejuszem, ani z Maniuszem od tamtej rozprawy, ale każdy z nich przysłał posłańca z wiadomością, by mój zarządca trzymał niewolników z dala od ich włości, bo inaczej będą mi ich odsyłać z brakującą kończyną. Klaudia zmarszczyła czoło i pokręciła głową. – Godne pożałowania – powiedziała. – A co z Publiuszem? Jest najstarszy z nich i zawsze okazywał rozsądek. – Z Publiuszem być może wkrótce spotkamy się w sądzie. – Niemożliwe! Ale dlaczego?

– Wygląda na to, że nie możemy się porozumieć co do strumienia, który oddziela nasze włości. Testament Lucjusza wyraźnie stwierdza, że mam prawo swobodnie z niego korzystać, jak też z wszystkiego, co się w nim znajduje, ale Publiusz ostatnio przysłał mi list, w którym rości sobie prawo do wyłączności. – A niech to... – Prawnicy w końcu to rozwikłają. Tymczasem wczoraj kilka moich niewolnic prało ubrania w strumieniu, a powyżej niewolnice Publiusza celowo mąciły wodę, aż była pełna mułu. Na to moje kobiety zaczęły obrzucać je inwektywami, a w końcu zaczęło fruwać w powietrzu coś więcej. Obaj zarządcy przybyli wreszcie, by przerwać tę zwadę, ale jedna z moich niewolnic została uderzona kamieniem w czoło. – Poważnie ją zraniono? – Nie, ale krew się lała ostro, a na czole pozostanie blizna. Gdybym miał naturę pieniacza, zażądałbym, aby Publiusz kupił mi w zamian nową niewolnicę. Klaudia uderzyła dłonią w kolano. – To niedopuszczalne! – zakrzyknęła. – Nie miałam pojęcia o tych prowokacjach, Gordianusie. Doprawdy, to zagrożenie dobrosąsiedzkich stosunków, nie mówiąc o prawie i porządku! Będę musiała trochę wygarnąć moim drogim kuzynom! Była tak wzburzona, że nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. – Będę szczerze zobowiązany, Klaudio. – Chociaż tyle mogę zrobić. Doprawdy, takie wieczne użeranie się, włóczenie po sądach i złość między sąsiadami może jest powszechna w mieście, ale tu, na wsi, powinien panować spokój, zgoda i urodzaj, jak sam Lucjusz zwykł mawiać. – Tak, pamiętam, jak raz użył tych samych słów, kiedy szykował się do wyjazdu na wieś. – Spojrzałem ku strumieniowi, a potem ponad wierzchołkami drzew na czubek Publiuszowego dachu i poczułem się nagle nieswojo. Odwróciłem wzrok i zmusiłem się, by pomyśleć o czymś innym. – Często widywałaś się z Lucjuszem, kiedy odwiedzał gospodarstwo? – Och, nie omieszkałam go odwiedzić za każdą jego bytnością. To był taki miły człowiek... ale ty sam wiesz. Przychodziliśmy często na to wzgórze, siadaliśmy na tych samych pniach i patrzyliśmy na dolinę, a on snuł plany na przyszłość. Wiedziałeś, że zamierzał postawić nad strumieniem niewielki młyn? – Nie. – Chciał zainstalować wielkie koło wodne i dwa zestawy przekładni. Jeden do mielenia mąki, drugi do kruszenia kamieni z Gnejuszowej kopalni. Wyglądało to na skomplikowane i ambitne zadanie, ale Lucjusz był zdania, że sam potrafi zaprojektować te urządzenia. Wielka szkoda, że zmarł tak nagle. – Nagła śmierć jest chyba najlepsza. Znałem wiele osób, które nie miały takiego szczęścia.

– Tak, zapewne gorzej umierać powoli albo w samotności... – Lucjusz zaś umarł bardzo szybko i w obecności setek ludzi. Przechodził akurat przez Forum Romanum, gdzie był powszechnie znany i lubiany. Jak mi później opowiadano, śmiał się i dowcipkował ze swym towarzystwem, gdy nagłe złapał się za serce i upadł. Śmierć była natychmiastowa; cierpiał tylko przez moment. Jego pogrzeb był wielkim wydarzeniem... zgromadził przyjaciół z tak wielu dróg życia... – Uśmiechnąłem się, przypominając sobie ten dzień. – W testamencie przewidział dar na utrzymanie westalek, jak czyni to wielu zamożnych mężczyzn. Ja sam, dopóki mnie nie wezwano, nie miałem zielonego pojęcia, że zostawił coś i dla mnie. A tu nagle spada mi jak z nieba gospodarstwo w Etrurii wraz z zaczytaną kopią O gospodarstwie wiejskim Katona. Przypuszczam, że musiał słyszeć, jak sobie głośno marzę od czasu do czasu o wyjeździe na wieś i ucieczce od całego rzymskiego szaleństwa. Oczywiście były to tylko czcze marzenia... kto z ludzi o moich zasobach mógł sobie kiedykolwiek pozwolić na zakup porządnego gospodarstwa i utrzymanie rzeszy niewolników? – I oto w rok później twoje czcze marzenia się ziściły. – Tak, dzięki Lucjuszowi. – A mimo to zastaję cię zmartwionego na wzgórzu, jakbyś był Jowiszem spoglądającym z Olimpu na płonącą Troję. – Wiń za to niektórych moich sąsiadów – odrzekłem ponuro. – Zgoda, ale jest jeszcze coś, co cię nurtuje. Wzruszyłem ramionami. – Dziś rano o mało nie pokłóciłem się z Aratusem. Uważa mnie za niemożliwego, pompatycznego miejskiego osła, który nie ma pojęcia o gospodarce i tylko mu przeszkadza. Przypuszczam, że muszę wyglądać w jego oczach śmiesznie, robiąc wiele szumu wokół szczegółów, które ledwie rozumiem, i cytując mu Katona. – A jak on wygląda w twoich? – Wiem, że Lucjusz wysoko go cenił, ale wydaje mi się, że gospodarstwo nie jest prowadzone tak sprawnie, jak powinno. Jest zbyt wiele marnotrawstwa. – Och, jakże ja nie cierpię marnotrawstwa! Nigdy nie pozwalam swoim niewolnikom wyrzucać czegokolwiek, z czego jeszcze może być jakiś pożytek. – No cóż, między mną i Aratusem toczą się nieustanne boje, odkąd zeszłej jesieni objąłem gospodarstwo. Może jestem pompatycznym miejskim osłem, ale potrafię dostrzec brak gospodarności i widzę, co napisał Kato. Poza tym nie ufam Aratusowi. Może po prostu nie nawykłem do posiadania tylu niewolników i do konieczności kierowania nimi, a już na pewno nie do niewolników o tak silnej osobowości i pewnych siebie jak on. Domyślam się, że Lucjusz pozwalał mu samodzielnie rządzić gospodarstwem, więc moje przybycie mu nie odpowiada. Jestem dla niego jak cierń w boku. On jest dla mnie jak koń, którego musisz

mieć, by cię woził, ale podejrzewasz, że tylko czeka, by cię zrzucić. Bez przerwy łapię się na tym, że mu docinam, on zaś reaguje impertynenckim zachowaniem. – Ach, zawsze trudno o dobrego zarządcę. – Klaudia skinęła głową ze zrozumieniem. – Ale radości wiejskiego życia przewyższają jego drobne niedogodności, w każdym razie zawsze tak uważałam. Myślę, że coś więcej niż Aratus zaprząta twoje myśli. Spojrzałem na nią z ukosa. Jej dociekliwe pytania zaczynały dotykać wrażliwych punktów. – No, chyba mogę się przyznać, że tęsknię za starszym synem. – Ach, młody Eko... Poznałam go, gdy się tu wprowadzałeś jesienią. Bardzo przystojny młodzieniec. Czemu nie jest tu z tobą? – Zamieszkał w moim domu na Eskwilinie. Cóż, nie można oczekiwać, by dwudziestosiedmioletni mężczyzna przedkładał wiejski spokój nad miejskie rozrywki. Poza tym niedawno się ożenił; dziewczyna bez wątpienia woli prowadzić własny dom. Możesz sobie wyobrazić młodą małżonkę współzawodniczącą z Bethesdą o komendę nad domostwem? Sama myśl przyprawia mnie o dreszcze. Hades by pochłonął spokój, zgodę i urodzaj! Zresztą jego praca trzyma go w Rzymie. Robi to, czym ja się kiedyś zajmowałem... niebezpieczne, dlatego martwię się o niego. Rzym stał się okropnym miejscem. – Trzeba im kiedyś pozwolić pójść własną drogą, jak to się mówi. A ty masz w domu młodsze dzieci. – Tak. Właśnie rzucały się sobie do gardeł, kiedy wychodziłem. Meto powinien być mądrzejszy. Za miesiąc skończy szesnaście lat i przywdzieje męską togę. Bójki z Dianą mu nie przystoją, ona ma tylko sześć lat. Ale muszę przyznać, że uwielbia mu się psocić. – Diana? To zdrobnienie? – Gordiana brzmi zbyt poważnie dla takiej małej dziewczynki, nie uważasz? Poza tym imię bogini do niej pasuje. Mała kocha przyrodę i jest szczęśliwa tu, na wsi. Muszę uważać, by się nie zapuszczała sama zbyt daleko. – Ach, jakże wielkie musi się wydawać gospodarstwo takiemu brzdącowi... To wzgórze musi być dla niej jak góra, murek graniczny potężną fortyfikacją, a strumień wielką rzeką. A Meto? Czy on lubi wieś? – Meto wyrósł za miastem. Pochodzi z kampanijskiego wybrzeża, z Bajów. – Spostrzegłem, że Klaudia patrzy na mnie nieco dziwnie, pospieszyłem więc z wyjaśnieniem: – Meto jest dzieckiem adoptowanym, jak jego starszy brat. Dobrze zna wiejskie życie. Podobało mu się w mieście, ale i tu jest zadowolony. Nie dodałem, że Meto urodził się niewolnikiem; obcy mogą się o tym kiedyś dowiedzieć, ale na pewno nie ode mnie. – A Bethesda, twoja żona? – Są kobiety, które potrafią tak przebudować każdy zakątek świata, w który rzuci je los, aby odpowiadał ich potrzebom. Bethesda do nich należy. Poza tym wszystkie zakątki świata

bledną przy jej rodzinnej Aleksandrii; Rzym nie mógł jej dorównać, dlaczego miałaby próbować tego etruska wieś? Ale prawdę mówiąc, podejrzewam, że brakuje jej wielkich rynków i plotek, zapachu ryb na tybrzańskich nabrzeżach, ścisku na Forum w świąteczne dni, całego tego zwariowanego zgiełku wielkiego miasta. – No, a ty sam? – Co ja sam? – Czy tobie tego nie brakuje? – Ani przez chwilę! Zmierzyła mnie przenikliwym, ale nie pozbawionym sympatii spojrzeniem. – Gordianusie, przez czterdzieści lat byłam jedyną panią i nadzorczynią dwóch pokoleń chytrych niewolników, a także klientką każdego przebiegłego licytatora i kupca stąd aż do Rzymu, i zdążyłam się nauczyć rozpoznawać, kiedy mężczyzna nie jest ze mną szczery. Nie jesteś tu szczęśliwy, a przyczyna nie ma nic wspólnego z kłótliwymi sąsiadami ani tęsknotą za dorosłym synem. Tęsknisz za domem. – Nonsens! – Nudzisz się. – Mając gospodarstwo do prowadzenia? – I czujesz się samotny. – Wśród własnej rodziny? – Nudzisz się nie dlatego, że nie masz co robić, ale dlatego, że brakuje ci przygód miasta. Samotność nie dokucza ci z braku kochanych osób, ale z braku nowych nieznajomych, którzy by się pojawiali w twoim życiu. Och, tęsknota za obcymi nie jest niczym nowym dla mieszkańców wsi! Znam ją dobrze. Czy myślisz, że nie dojadło mi obracanie się ciągle w moim wąskim kręgu, między kuzynem Publiuszem, kuzynem Maniuszem, kuzynem Gnejuszem i ich niewolnikami, i że nie wypatruję tęsknie każdej nowej twarzy? Dlatego lubię z tobą rozmawiać, Gordianusie. Ale ja się na wsi wychowałam, ty zaś w mieście, dlatego wiejska nuda i samotność muszą być dla ciebie o wiele przykrzejsze. – Może masz trochę racji, Klaudio, ale nie mogę powiedzieć, bym tęsknił za Rzymem. Nie mogłem się doczekać wyjazdu z niego! Rzym jest dobry dla młodszych mężczyzn albo dla tych, którzy folgują nałogom i żądzom. Nie ma drugiego miejsca na świecie, gdzie człowiek mógłby równie łatwo zaspokoić swe ambicje, chucie i chciwość... albo zginąć po drodze. Nie, ja się do tego wszystkiego odwróciłem plecami. Śmierć Lucjusza i jego testament były dla mnie jak dar bogów, uśmiechających się do mnie i wskazujących mi drogę wyjścia. Rzym stał się nie do wytrzymania... brudny, hałaśliwy, zatłoczony i przesiąknięty gwałtem i zbrodnią. Tylko szaleniec może tam mieszkać i być szczęśliwy! – Ale twoja praca... – Jej brakuje mi najmniej! Czy wiesz, jak zarabiałem na życie? Nazwałem się Poszukiwaczem. Adwokaci wynajmowali mnie, bym szukał dowodów przestępstw ich

przeciwników. Politycy... obym żadnego już nie ujrzał na oczy!... wykorzystywali mnie do wykrywania skandali we wrogich obozach. Kiedyś myślałem, że służę prawdzie i sprawiedliwości, ale w Rzymie są to jedynie puste dźwięki! Równie dobrze można by je wymazać z łacińskiej mowy. Odkrywam, że ktoś jest winien jakiejś obrzydliwej zbrodni, po czym przekupny sąd go oczyszcza z zarzutów. Stwierdzam czyjąś niewinność, a potem obserwuję, jak osoba ta zostaje skazana na podstawie fałszywych dowodów i przegnana z miasta! Przekonuję się, że plotki o skandalu dotyczącym któregoś z możnych panów są prawdziwe, ale poza tym jednym wypadkiem mamy do czynienia z mądrym i prawym człowiekiem, który ma tylko te same słabości co każdy z nas; ale i tak wszyscy widzą tylko ten skandal i prawy mąż traci senatorską togę, choć głównym tego powodem są polityczne machinacje jego wrogów. Tymczasem jakiś absolutny łajdak oczarowuje tłum gładkimi słowami, a przywódców przekupuje i zostaje wybrany na konsula! Myślałem kiedyś, że to Rzym staje się coraz gorszy, ale to ja się zmieniałem. Zrobiłem się w końcu za stary i zmęczony, by dłużej znosić te okropności. Na tę tyradę Klaudia nie odpowiedziała ani słowem. Uniosła brwi i poruszyła się z zakłopotaniem, a potem tak jak ja zapatrzyła się w milczeniu na roztaczający się przed nami widok. Z kuchennego komina unosiło się pasmo dymu. Po dolinie niosło się stłumione echo uderzeń młotków niewolników pracujących przy ogrodzeniu, przeplatając się z pobekiwaniem koźlęcia, które wywędrowało przez dziurę w płocie na pole i zgubiło się w wysokich trawach. Młody niewolnik ruszył go szukać, ale kierował się w złą stronę. Daleko, na via Cassia, karawana wozów posuwała się z północy w stronę Rzymu; ich ładunek był szczelnie okryty płachtami zgrzebnego płótna. Sądząc po licznej eskorcie, musiał być drogocenny – być może był to transport amfor ze słynnych warsztatów w Arretium w drodze do Urbs. W przeciwną stronę podążał długi rząd niewolników, dźwigających ciężkie pakunki i pilnowanych przez grupkę jeźdźców. Łańcuchy, którymi byli skuci, połyskiwały w promieniach stojącego w zenicie słońca. Na zboczu góry Argentum, naprzeciwko nas, nie pilnowane przez nikogo stado kóz wspinało się ścieżką wiodącą do starej kopalni srebra. W gorącym, nieruchomym powietrzu ich beczenie dolatywało aż tutaj, choć ledwo już słyszalne. – A jednak... – westchnąłem. – Tak? – A jednak... wiesz, o czym myślę, patrząc na tę cudną scenerię? – O Rzymie? – Tak, Klaudio. To miasto leży na siedmiu wzgórzach, a z każdego z nich rozpościera się inny widok. Mnie się przypomniał widok z Kwirynału, tuż znad bramy Źródlanej. Możesz stamtąd ujrzeć całą północną część Rzymu. W czysty letni dzień, jak dziś, Tyber połyskuje w słońcu, jakby płonął. Szeroka via Flaminia tętni ruchem wozów i jeźdźców. Nieco dalej góruje masywna budowla Circus Flaminius, ogromna, a jednak mała jak zabawka. Przepełnione czynszówki i małe sklepy tłoczą się wokół niej jak prosięta przy matce. Za

murami miasta rozciąga się Pole Marsowe, zamglone od pyłu, który wzbijają koła ścigających się rydwanów. Odgłosy i wonie unoszą się z rozgrzanym powietrzem, jakby to Rzym oddychał. – Tęsknisz za tym miastem, Gordianusie. – Tak – westchnąłem. – Mimo wszystkich jego niebezpieczeństw, korupcji, jego podłości i nędzy... tęsknię za nim. I znów patrzyliśmy w milczeniu przed siebie. Niewolnik odnalazł zbłąkaną kózkę, która teraz jeszcze żałośniej beczała i zapierała się kopytkami, ciągnięta na postronku. Dziewczyna z kuchni przyniosła naprawiającym płot niewolnikom wodę i młotki ucichły. Z winnicy niósł się wrzask Aratusa: „Źle! Cały rząd źle przywiązany. Poprawić mi to natychmiast!” Po chwili znów zapadła cisza, przerywana jedynie brzęczeniem pszczół dochodzącym z lasku za naszymi plecami. – Właściwie to szłam tu z nadzieją, że cię spotkam. – Słucham cię. – Jak wiesz, zbliża się czas wyborów. – Nie przypominaj mi o tym. Po ubiegłorocznej farsie nie mam najmniejszej ochoty być świadkiem czegoś podobnego. – Niemniej niektórzy z nas zachowali jeszcze obywatelskiego ducha. Za miesiąc w Rzymie odbędą się wybory na dwa stanowiska konsulów. W naszej gałęzi rodu Klaudiuszów... etruskich wiejskich kuzynów, jak siebie nazywamy... istnieje tradycja, by wcześniej zebrać się, przedyskutować, którego z kandydatów mamy poprzeć, i wybrać delegata, który uda się do Rzymu na głosowanie. W tym roku na mnie wypada kolej ugoszczenia zebranych. Nie szkodzi, że mój dom jest skromny i nie mam służby domowej. Obowiązek jest obowiązkiem. Bardzo bym ci była wdzięczna, gdybyś mógł mi na ten czas wypożyczyć kucharza i paru podkuchennych. Potrzebowałabym ich tylko na parę dni przed zebraniem, aby przygotowali ucztę, a potem w sam ten dzień do podawania potraw. W sumie trzy dni. Czy to byłby zbyt wielki kłopot? – Oczywiście, że nie. – Jakoś ci się odwdzięczę. Nigdy nie wiesz, kiedy będziesz musiał pożyczyć wołu albo kilka bel siana. Sąsiedzi powinni sobie w ten sposób pomagać, prawda? – Też tak uważam. – I ufam, że nie polecisz swym niewolnikom, by podrzucili do strawy nieco trucizny... to byłoby zbyt drastyczne rozwiązanie twoich sporów sąsiedzkich, co? Był to oczywiście żart, ale w tak złym guście, że wzdrygnąłem się, zamiast zaśmiać. W Rzymie natknąłem się na więcej przypadków otruć, niż chciałbym pamiętać. – No, nie krzyw się, Gordianusie! Mówię poważnie, skorzystam ze sposobności, by porozmawiać z krewnymi o tak nieuprzejmym traktowaniu ciebie. – Bardzo ci będę wdzięczny.

– Miałbyś dla mnie jakąś radę w sprawie tegorocznych kandydatów? Twój przyjaciel Cycero świetnie sobie radzi jako konsul. Nie żywimy doń urazy, naturalnie, mimo że reprezentował cię na procesie o testament Lucjusza. Musisz być dumny z tej znajomości. Wielka szkoda, że nie może pełnić tej funkcji przez dwa kolejne lata. Przynajmniej w ubiegłym roku nie dopuścił do urzędu tego szaleńca o dzikim wzroku, Katyliny. Teraz Katylina kandyduje ponownie i wygląda na to, że jest nie do pokonania. Tak w każdym razie słyszałam od... – Proszę cię, Klaudio, bez polityki – przerwałem jej. – Ach tak, przecież brzydzi cię to wszystko. – Istotnie. Mogę tęsknić za Rzymem, ale nie za... W tej chwili usłyszałem wysoki głosik, wołający z dołu. To Diana wołała mnie na południowy posiłek. Patrzyłem, jak wychodzi z biblioteki do zielnika. Jej włosy były nadzwyczaj długie i gęste, jak na tak małe dziecko, a w słońcu połyskiwały prawie niebieskawym odcieniem. Miała na sobie jasnożółtą krótką tunikę bez rękawów. Opalona była na brąz – dar od matki Egipcjanki. Wybiegła przez furtkę i szybko minęła kozią zagrodę i winnice, znikając na chwilę z oczu wśród drzew oliwnych u stóp wzgórza. Po chwili znów dostrzegłem przez listowie żółtą plamę jej tuniki i usłyszałem, jak woła: – Widzę cię, tato! Widzę cię! W chwilę potem wpadła mi już w ramiona, chichocząca i zdyszana. – Diano, czy pamiętasz naszą sąsiadkę? To jest Klaudia. – Tak, pamiętam ją. Czy mieszkasz tu, w lesie? – spytała ją bezpośrednio. Klaudia się roześmiała. – Nie, kochanie, tutaj tylko przychodzę czasem odwiedzić twojego tatę. Mieszkam w dolinie po drugiej stronie wzgórza, w moim własnym gospodarstwie. Musisz kiedyś wpaść do mnie z wizytą. Diana popatrzyła na nią ze śmiertelną powagą, po czym zwróciła się do mnie: – Mama mówi, że masz natychmiast przyjść na obiad, bo inaczej wyrzuci twoje jedzenie kozom! Oboje z Klaudią roześmieliśmy się i wstaliśmy. Pożegnała się i zniknęła wśród drzew. Diana objęła mnie za szyję i niosłem ją przez całą drogę do domu. Po obiedzie zrobiło się jeszcze upalniej. Wszyscy – niewolnicy, zwierzęta, dzieci, dorośli – poszukali cienistych miejsc na drzemkę. Oprócz mnie. Poszedłem do biblioteki, wziąłem trochę pergaminu i pióro i zacząłem rysować koła z nacięciami, które pasowały do innych podobnych kół, usiłując wyobrazić sobie młyn wodny, który Lucjusz Klaudiusz zamierzał postawić nad strumieniem. Wokół panował spokój i atmosfera rozleniwionego zadowolenia, a ja ani trochę się nie nudziłem. Musiałem oszaleć, pomyślałem, mówiąc Klaudii, że tęsknię za morderczymi intrygami miasta. Nic i nikt na tym świecie, człowiek ani bóg, nie mógł mnie nakłonić do powrotu do tamtego życia.

ROZDZIAŁ II Dziesięć dni później znów się zastanawiałem nad projektem młyna, kiedy do biblioteki wszedł Aratus, prowadząc kucharza i jego dwóch pomocników. Kongrio był otyły; który kucharz nie jest? Jak kiedyś zauważył Lucjusz Klaudiusz, kucharz, którego wytwory nie są dość kuszące, by napychał się nimi potajemnie, nie jest wart posiadania. Kongrio nie był najlepszym wśród kucharzy Lucjusza – ci przebywali w jego domu na Palatynie, gdzie podejmował przyjaciół. Ale Lucjusz nie zwykł pozbawiać się przyjemności podniebienia, gdziekolwiek przebywał, a jego wiejski kucharz był aż nadto utalentowany, by zaspokoić moje wymagania. W porannym upale Kongrio już się pocił. Dwaj pomocnicy stanęli nieco z tyłu, po obu jego stronach, okazując szacunek dla jego autorytetu. Odesłałem Aratusa i poleciłem Kongrionowi i pomocnikom podejść bliżej. Wyjaśniłem im, że zamierzam ich wypożyczyć Klaudii na parę następnych dni. Kucharz ją znał, ponieważ od czasu do czasu bywała na kolacjach u poprzedniego pana. Zapewnił mnie, że zawsze była zadowolona z jego pracy i że z pewnością tym razem jej nie zawiedzie, dając mi powód do dumy. – To dobrze – powiedziałem, myśląc, że wyświadczenie tej przysługi Klaudiuszom może się przyczynić do załagodzenia naszych stosunków. – Jeszcze jedno... – Słucham, panie. – Oczywiście postarasz się jak najlepiej pracować u Klaudii. Będziesz jej posłuszny, podobnie jak jej własnemu kucharzowi, skoro będziesz służył w jej domostwie. – Oczywiście, panie. Rozumiem. – I jeszcze, Kongrio... – Tak, panie? – Spojrzał na mnie wyczekująco spod uniesionych brwi. – Nie powiesz tam nic, co mogłoby przynieść mi wstyd lub zakłopotanie. – Oczywiście, że nie, panie! – Wydawał się prawdziwie urażony. – Nie będziesz plotkował z innymi niewolnikami ani wymieniał opinii na temat waszych panów, ani też przekazywał im tego, co uważasz za moje opinie. – Panie, wiem, jak powinien się zachować niewolnik wypożyczony przyjacielowi swego pana.

– Jestem tego pewien. Tylko gdy będziesz trzymał zamknięte usta, chcę, abyś miał szeroko otwarte uszy. – Panie? – Uniósł głowę, patrząc na mnie pytająco. – To dotyczy bardziej twoich pomocników niż ciebie samego, bo jak sądzę, możesz w ogóle nie opuszczać kuchni, kiedy oni będą podawać posiłki gościom Klaudii. Rodzina Klaudiuszów będzie przede wszystkim dyskutować o polityce i o nadchodzących wyborach; to mnie zupełnie nie obchodzi i możecie puszczać ich wypowiedzi mimo uszu. Ale gdybyście posłyszeli, jak wymieniają moje imię albo omawiają jakąkolwiek rzecz w związku z moim gospodarstwem, wytężcie słuch. Nie okazujcie zainteresowania, ale zanotujcie w pamięci, co i kto mówił. Nie rozmawiajcie o tym między sobą, ale zapamiętajcie wszystko. Po waszym powrocie chcę usłyszeć wszystkie szczegóły, wiernie odtworzone. Czy wszyscy to zrozumieliście? Kongrio wyprostował się, nagle nadęty i przepełniony poczuciem misji, po czym poważnie skinął głową. Jego pomocnicy, biorąc zeń przykład, zrobili to samo. Cóż innego może wywołać w niewolniku takie przyjemne poczucie własnej przebiegłości, niż powierzenie mu misji szpiega? – To dobrze. O tych poleceniach nie powiecie nikomu, nawet innym niewolnikom. Nawet Aratusowi – dodałem, a oni znów kiwnęli głowami. Kiedy wysłałem ich w drogę, podszedłem do okna i wychyliłem się, chłonąc miły zapach koszonej trawy. Trawy wreszcie przekwitły i niewolnicy zaczęli zbiór siana. Zauważyłem odwróconego do mnie plecami Aratusa, oddalającego się szybkim krokiem wzdłuż ściany... jakby stał wcześniej pod oknem i słyszał każde moje słowo. Nieznajomy pojawił się dwa dni później po południu. Poszedłem nad strumień, usadowiłem się na trawiastym stoku i oparłem plecami o pień rozłożystego dębu, z woskową tabliczką i rylcem w ręku. W mojej wyobraźni wodny młyn już nabierał kształtów. Próbowałem narysować to, co w myślach widziałem, ale moje palce były niezdarne. Wygładziłem wosk kantem dłoni i zacząłem na nowo. – Tato, tato! Głos Diany nadleciał gdzieś zza moich pleców i odbił się echem od przeciwległego brzegu strumienia. Nie odezwałem się i rysowałem dalej. Efekt nie był lepszy od poprzedniego, więc znów zmazałem rysunek. – Tato, czemu mi nie odpowiadałeś? – Diana stanęła przede mną z rękami na biodrach, udatnie naśladując swą matkę. – Ponieważ chciałem się przed tobą schować – wyjaśniłem, ponawiając próbę rysowania. – Niemądry! Wiesz, że zawsze mogę cię znaleźć. – Naprawdę? Więc w ogóle nie ma potrzeby, abym odpowiadał na twoje nawoływania, prawda?

Diana przewróciła oczami, znów naśladując dobrze mi znaną minę Bethesdy, po czym nagle padła na ziemię, jakby zupełnie wyczerpana. Kiedy kreśliłem swoje linie, zwinęła się w kłębek, przyciągając rękami stopy, a potem znów położyła się płasko na trawie, mrużąc oczy przed prześwitującym przez listowie słońcem. – Naprawdę umiem cię zawsze znaleźć – powtórzyła. – Tak? A w jaki sposób? – Meto mnie nauczył. Powiedział, że ty go tego nauczyłeś. Mogę iść po twoich śladach odciśniętych w trawie i cię zawsze znaleźć. – Naprawdę? – Byłem pod wrażeniem. – Nie jestem pewien, czy mi się to podoba... – Co rysujesz? – To się nazywa młyn. Mały domek z wielkim kołem zanurzonym w wodzie. Płynąca woda obraca koło, które z kolei obraca inne koła mogące mleć zboże, kruszyć kamienie albo palce nieostrożnych dziewczynek. – Tato! – Nie martw się, na razie to tylko pomysł. Zadanie, jeśli wolisz, i to prawdopodobnie zbyt skomplikowane, abym mógł je rozwiązać. – Meto mówi, że ty potrafisz rozwiązać każde zadanie. – Tak mówi? Odłożyłem tabliczkę i rylec. Diana zakręciła się, przetoczyła po trawie i położyła mi głowę na kolanach. Plamki słonecznego światła igrały na jej włosach, czarnych w cieniu jak smoła i mieniących się tęczowo tam, gdzie padały promyki. Nigdy nie widziałem dziecka, które miałoby tak głęboko czarny odcień włosów. Jej oczy też były czarne i tak czyste, jak to możliwe tylko u małych dzieci. Nad nami przeleciał ptak z furkotem skrzydeł; patrzyłem, jak Diana śledzi go wzrokiem, zadziwiony pięknem każdego jej najmniejszego ruchu. Sięgnęła po tabliczkę i rylec, wyginając się w niewygodny łuk, i popatrzyła na nią, trzymając ją nad głową. – Nie widzę tu żadnego rysunku – stwierdziła. – Bo to nie jest dobry rysunek – przyznałem. – A czy ja mogę coś narysować? – Oczywiście. Zamazała moje nieśmiałe linie i zabrała się do rysowania. Głaskałem ją po włosach i wyobrażałem sobie budynek młyna nad wodą. Po jakimś czasie na drugim brzegu spomiędzy drzew wysunęły się dwie niewolnice z dzbanami na wodę. Zobaczyły mnie i przystanęły, naradzając się po cichu, po czym zawróciły i zniknęły. Niedługo potem spostrzegłem je nieco dalej w dół strumienia. Zanurzyły dzbany, by nabrać wody w znacznie mniej dogodnym miejscu, po czym zarzuciły je sobie na ramiona i wspiąwszy się po stromym brzegu, oddaliły się. Czyżby Publiusz Klaudiusz powiedział im, że jestem potworem, który może je pożreć? – To jesteś ty! – obwieściła Diana, podtykając mi pod nos tabliczkę.

Wśród zawijasów i kresek z trudem można się było domyślić kształtu ludzkiej twarzy. Diana jest jeszcze gorszą rysowniczką ode mnie, pomyślałem. – Nadzwyczajne! – wykrzyknąłem. – Oto jest wśród nas druga Iaia z Kyzikos! – Kto to jest Ia... – zająknęła się. – Iaia, urodzona w Kyzikos nad morzem Propontydą, daleko stąd. Jest wielką malarką, jedną z najlepszych w naszych czasach. Poznałem ją w Bajach, kiedy twój brat Meto pojawił się po raz pierwszy w moim życiu. – Czy Meto ją znał? – Tak. – A ja ją też kiedy poznam? – To zawsze jest możliwe – potwierdziłem. Od wydarzeń w Bajach upłynęło dziewięć lat* , a Iaia nie była wtedy bardzo stara. Może Diana zdąży ją zobaczyć. – Być może spotkacie się kiedyś, by porównać wasze rysunki. – Tato, co to są minotaury? – Minotaury? – Roześmiałem się, rozbawiony gwałtowną zmianą tematu. – O ile wiem, był tylko jeden Minotaur. Straszny potwór, potomek kobiety i byka. Mówiono, że ma męską postać i byczą głowę. Żył na dalekiej wyspie, Krecie, gdzie zły król trzymał go w wielkiej budowli zwanej Labiryntem. – Labiryntem? – Tak, z takimi ścianami. – Starłem tabliczkę i zacząłem rysować labirynt. – Każdego roku król dawał Minotaurowi młode dziewczęta i chłopców na pożarcie. Zmuszali dzieci do wchodzenia tędy – wskazałem na schematycznym szkicu wrota Labiryntu. – A potwór czekał na nie tutaj. Długo to trwało, aż raz heros Tezeusz wszedł do Labiryntu i zgładził Minotaura. – Zabił go? – Tak. – Jesteś pewien? – Absolutnie. – To dobrze! – Dlaczego pytasz mnie o Minotaura? – spytałem, domyślając się odpowiedzi. – Bo Meto mówił, że jak nie będę grzeczna, to dasz mnie Minotaurowi na pożarcie. Ale ty właśnie powiedziałeś, że on nie żyje. – Bo nie żyje. – A więc Meto nie ma racji! – krzyknęła i stoczyła się z moich kolan na trawę. – Ach, tato, o mało nie zapomniałam! Mama mnie przysłała po ciebie. To ważne. – Tak? – Uniosłem brew, wyobrażając sobie jakąś scysję z niewyszkolonymi niewolnikami zastępującymi w kuchni Kongriona. * Poprzednie przygody Gordianusa opisują powieści Rzymska krew oraz Ramiona Nemezis.

– Tak! Jakiś człowiek przyjechał do ciebie, na koniu, z samego Rzymu, cały pokryty kurzem. Nie jeden, lecz trzech, jak się okazało. Dwaj byli niewolnikami, a sądząc po ich budowie i sztyletach za pasem, gladiatorami. Nie weszli do domu, stali u wejścia, trzymając konie, i pili wodę z dzbanka. Ich pan czekał na mnie tuż za drzwiami, na małym frontowym dziedzińcu przy sadzawce. Był to wysoki, przystojny młodzieniec o ciemnych oczach. Włosy miał po bokach krótko przystrzyżone, ale dłuższe u góry, i falująca grzywka opadała mu nisko na czoło. Brodę nosił podgoloną tak, że wyglądała jak czarny pasek na policzkach i podbródku, podkreślając jego wydatne kości policzkowe i czerwień ust. Diana miała rację: pokrywała go warstwa pyłu, pod którą jednak widoczna była kosztowna, modnego kroju tunika oraz drogie buty jeździeckie. Wyglądał znajomo; ktoś z Forum, pomyślałem. Kiedy wszedłem, podniósł się ze składanego krzesełka, które podali mu moi niewolnicy, i odstawił kubek rozwodnionego wina. – Gordianusie, miło cię znów widzieć – przywitał mnie. – Widzę, że wiejskie życie ci służy. Mówił niedbałym tonem, ale znać było po nim oratorskie wykształcenie. – Czy my się znamy? – spytałem. – Wzrok mnie zawodzi. Na zewnątrz słońce jest tak jaskrawe, że tu, w cieniu, nie widzę dobrze twoich rysów. – Wybacz mi. Jestem Marek Celiusz. Spotkaliśmy się już, ale nie ma powodu, byś mnie pamiętał. – Ach, tak. Teraz widzę cię lepiej. Jesteś protegowanym Cycerona... i chyba także Krassusa, jeśli dobrze pamiętam. Masz słuszność, istotnie się już spotkaliśmy, bez wątpienia u Cycerona albo na Forum. Rzymskie wspomnienia tak małe tu mają znaczenie, że czasami trudno mi kogoś przywołać z pamięci. No i ta broda mnie zmyliła. – Tak, prawdopodobnie byłem gładko ogolony, kiedy ostatni raz się widzieliśmy. – Pogładził z dumą swój zarost. – Widzę, że i ty zapuściłeś brodę. – Zwykłe lenistwo z mojej strony... i tchórzostwo. W moim wieku potrzebna jest każda kropla krwi, aby ogrzać stare kości. Czy taka jest ostatnia moda w Rzymie? Mam na myśli sposób, w jaki ją strzyżesz. – Tak. W pewnych kręgach. W jego głosie dosłyszałem cień samozadowolenia, co mnie trochę zraziło. – Widzę, że dziewczyna podała ci już wino – zauważyłem. – Tak. Jest całkiem dobre. – Taki sobie rocznik. Nieboszczyk Lucjusz, mój przyjaciel, był z niego umiarkowanie dumny. Czy jesteś przejazdem w drodze z Rzymu, gdzieś dalej na północ? – Przybywam z Rzymu, ale już dotarłem do celu podróży. – Doprawdy? – Serce we mnie zamarło; miałem nadzieję, że to tylko krótka wizyta.

– Mam do ciebie interes, Gordianusie Poszukiwaczu. – Teraz jestem Gordianusem Rolnikiem, jeśli nie masz nic przeciw temu. – Jak chcesz. – Wzruszył ramionami. – Może przeszlibyśmy do innego pomieszczenia? – Na dziedzińcu jest najchłodniej i najwygodniej o tej porze dnia. – Ale może masz jakieś bardziej odosobnione miejsce, by nas nikt nie podsłuchał? Tym razem serce podeszło mi do gardła. – Marku Celiuszu, naprawdę cieszę się, że cię widzę. Dzień dziś upalny, a na drogach mocno się kurzy. Miło mi, że mogłem ci zaoferować wino dla ochłody i odpoczynek po męczącej jeździe. Może potrzebujesz czegoś więcej niż krótkiego wytchnienia i napitku? Bardzo dobrze; moja gościnność jeszcze się nie wyczerpała. Przebyć całą drogę z Rzymu i z powrotem w jeden dzień to spory wysiłek nawet dla tak młodego i sprawnego mężczyzny, na jakiego wyglądasz, dlatego z przyjemnością proponuję ci nocleg, jeśli sobie życzysz. Ale ty i ja nie mamy interesów do omawiania, chyba że chcesz porozmawiać o zbiorze siana, wytłaczaniu oliwy albo uprawie winorośli. Porzuciłem swój dawny zawód. – Tak też słyszałem – potwierdził uprzejmie, bynajmniej nie zrażony. – Ale nie musisz się martwić, nie przybywam, by oferować ci pracę. – Nie? – Chcę cię jedynie poprosić o przysługę. Nie dla siebie, rozumiesz, ale w imieniu największego z obywateli kraju. – Cycero – westchnąłem. – Mogłem się tego domyślać. – Kiedy wybrany zgodnie z prawem konsul wzywa, któryż Rzymianin może mu odmówić? – zapytał retorycznie Celiusz. – Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę łączące was więzi. Jesteś pewien, że nie ma tu odpowiedniego miejsca na naszą rozmowę? – Moja biblioteka zapewni nam więcej prywatności, choć niewiele więcej bezpieczeństwa – powiedziałem, przypominając sobie umykającego chyłkiem spod okna Aratusa. – Chodź ze mną. Zamknąłem za nami drzwi biblioteki i podsunąłem gościowi krzesło. Sam usiadłem przy drzwiach do zielnika, by w porę dostrzec nadchodzące osoby i pilnować okna za plecami Celiusza. – Po co przyjechałeś, Marku Celiuszu? – spytałem, porzucając wszelkie pozory uprzejmości. – Mogę ci z góry zapowiedzieć, że nie wrócę do miasta. Jeśli potrzebny ci ktoś do szpiegowania albo wygrzebywania brudów, możesz się zgłosić do mojego syna Ekona, choć wcale bym mu tego nie życzył. – Nikt cię nie będzie zmuszał do powrotu do Rzymu – uspokoił mnie łagodnym tonem gość. – Nie? – Wręcz przeciwnie. To, że zamieszkałeś na wsi, sprawia, że świetnie pasujesz do funkcji, jaką ma na myśli Cycero.

– To mi się nie podoba. – Cycero to przewidział. – Celiusz uśmiechnął się blado. – Nie jestem narzędziem, po które pan konsul może sięgnąć, kiedy mu na to przyjdzie ochota, i użyć do swoich potrzeb. To bez znaczenia, że przez rok jest konsulem; pozostał obywatelem rzymskim, jak i ja. Mam pełne prawo mu odmówić. – Ależ nawet nie wiesz, o co on chce cię prosić! – Marek wydawał się rozbawiony moim oporem. – Cokolwiek by to było, to mi się nie podoba. – Może nie, ale czyż odrzuciłbyś sposobność przysłużenia się republice? – Proszę cię, Celiuszu, bez patriotycznych komunałów. – To nie pusty frazes. – Młodzieniec nagle spoważniał. – Zagrożenie jest rzeczywiste. Och, rozumiem twoją niechęć, Gordianusie. Jestem trochę młodszy, ale zdążyłem już ujrzeć na Forum dość korupcji i zdrady, by starczyło mi na dziesięć żywotów. Z jego edukacją polityczną u boku takich ludzi jak Krassus i Cycero nie było wątpliwości, że mówi prawdę. Sam Cycero szkolił go w sztuce oratorskiej i mógł być dumny z ucznia; słowa płynęły z jego ust gładko i potoczyście. Mógłby uchodzić za aktora albo pieśniarza. Złapałem się na tym, że słucham go wbrew własnej woli. – Republika stanęła u progu okropnej katastrofy, Gordianusie. Jeśli postąpi jeszcze o krok albo zostanie popchnięta, wbrew woli każdego porządnego obywatela, upadek będzie gwałtowniejszy i boleśniejszy od wszystkiego, co znamy z historii. Pewne siły są zdecydowane skończyć z republiką raz na zawsze. Wyobraź sobie senat spływający krwią. Wyobraź sobie powrót proskrypcji jak za dyktatora Sulli, kiedy każdy obywatel bez żadnego powodu mógł zostać nazwany wrogiem publicznym. Musisz pamiętać grasujące po ulicach bandy, które nosiły na Forum odcięte głowy proskrybowanych, by zainkasować nagrodę ze skarbca Sulli. Tylko że tym razem anarchia rozprzestrzeni się jak kręgi na wodzie po wrzuceniu głazu. Tym razem wrogowie państwa nie pragną go reformować, choćby za cenę krwi, ale skruszyć je i unicestwić. Masz teraz gospodarstwo, Gordianusie. Czy chciałbyś ujrzeć, jak ci je odbierają siłą? A to się z całą pewnością stanie, ponieważ w nowym porządku wszystko, co już posadowione i utrwalone, zostanie zniszczone, obalone, obrócone w perzynę! To, że nie mieszkasz już w Rzymie, nie uchroni ciebie ani twojej rodziny przed takim losem. Schowaj głowę w stóg siana, jeśli chcesz, ale nie zdziw się, kiedy ktoś przyjdzie i odetnie ci ją od tułowia jednym ciosem miecza. Siedziałem dłuższą chwilę w milczeniu, nawet nie mrugnąwszy. W końcu udało mi się potrząsnąć głową i głośno wciągnąć powietrze. – Brawo, Marku Celiuszu! – powiedziałem. – Przez chwilę miałeś mnie w swej mocy. Cycero wykształcił cię zaiste doskonale. Taka retoryka może zjeżyć słuchaczowi włosy na głowie. Uniósł brwi zdziwiony, po czym nagle jakby zaczęły mu ciążyć powieki.

– Cycero przewidywał, że okażesz się nierozsądny. Mówiłem mu, że powinien tu przysłać tego swojego niewolnika, Tirona. Znasz go i ufasz mu... – Tirona szczerze lubię i szanuję, bo jest miłym i szczerym człowiekiem, ale na słowa pokonałbym go bez trudu. Dlatego właśnie Cycero nie jego tu przysłał. Nie, bardzo dobrze zrobił, wybierając ciebie, Marku Celiuszu. Nie wiedział tylko, jak głęboką odrazę budzi we mnie rzymska polityka i że mam zamiar stanowczo unikać wszelkich stosunków z czcigodnym konsulem. – A zatem wszystko, co mówiłem, nic dla ciebie nie znaczy? – Tylko tyle że po mistrzowsku opanowałeś sztukę wygłaszania szaleńczo przesadnych stwierdzeń tak, jakbyś w nie sam szczerze wierzył. – Ale każde moje słowo jest prawdą. Niczego nie wyolbrzymiam. – Celiuszu, proszę! Jesteś raczkującym rzymskim politykiem. Nie wolno ci mówić prawdy i twoim świętym obowiązkiem jest przesadzać na każdym kroku. Oparł się plecami o krzesło, chwilowo pokonany, ale po błysku w oczach widziałem, że już przegrupowuje swe siły. Pogładził się po krótkiej bródce i rzekł: – Dobrze więc. Los republiki nic cię nie obchodzi. Ale chyba zachowałeś jakieś resztki osobistego honoru Rzymianina? – Jesteś pod moim dachem, Celiuszu. Nie obrażaj mnie. – Oczywiście. Nie będę się więcej z tobą spierał. Przypomnę ci po prostu o przysłudze, jaką winien jesteś Markowi Tulliuszowi Cyceronowi, i poproszę w jego imieniu, abyś teraz spłacił ten dług. Wierzę w twoją uczciwość i wiem, że nie odmówisz. Poruszyłem się niespokojnie na krześle, spojrzałem przez drzwi do ogrodu, skąd dochodziło brzęczenie os. Westchnąłem zrezygnowany. – Masz pewnie na myśli ten proces, który Cycero prowadził dla mnie rok temu? – Owszem. Odziedziczyłeś tę posiadłość po Lucjuszu Klaudiuszu. Jego rodzina, całkiem rozsądnie zresztą, podważyła testament. Klaudiusze to stary i szacowny ród patrycjuszowski, podczas gdy ty jesteś plebejuszem bez rodowodu, za to z podejrzanym zawodem i nietypową rodziną. Mógłbyś szybko przegrać ten spór, a z nim i prawa do tej pięknej ziemi, gdzie mogłeś tak wygodnie osiąść, opuściwszy to miasto, które tak ci obrzydło. Za to, że tak się nie stało, możesz podziękować Cyceronowi. Nie zaprzeczaj, byłem tego dnia w sądzie i słyszałem jego mowę. Rzadko bywam świadkiem takiej elokwencji... to jest, jeśli wolisz, kłamstw i przesady. To ty prosiłeś go, aby cię reprezentował. Mógł ci odmówić; dopiero co zakończył męczącą kampanię wyborczą i jako konsul-elekt zewsząd był obłożony zobowiązaniami i petycjami. Mimo to poświęcił czas na przygotowanie i poprowadzenie twojej sprawy. Nie zażądał potem od ciebie zapłaty. Wystąpił w twoim imieniu, odwdzięczając się za wszystkie te okazje, kiedy mu pomagałeś, począwszy od sprawy Sekstusa Roscjusza przed siedemnastu laty. Cycero nie zapomina o swych przyjaciołach. A Gordianus?