ziomek72

  • Dokumenty7 893
  • Odsłony1 629 727
  • Obserwuję709
  • Rozmiar dokumentów26.3 GB
  • Ilość pobrań823 448

Snicket Lemony - Seria niefortunnych zdarzeń 01 - Przykry początek

Dodano: 5 lata temu
R E K L A M A

Informacje o dokumencie

Dodano: 5 lata temu
Rozmiar :285.3 KB
Rozszerzenie:pdf

Snicket Lemony - Seria niefortunnych zdarzeń 01 - Przykry początek.pdf

ziomek72 EBooki EBOOK S Snicket Lemony
Użytkownik ziomek72 wgrał ten materiał 5 lata temu. Od tego czasu zobaczyło go już 4,919 osób, 1449 z nich pobrało dokument.

Komentarze i opinie (0)

Transkrypt ( 25 z dostępnych 67 stron)

LEMONY SNICKET PRZYKRY POCZĄTEK Seria niefortunnych zdarzeń KSIĘGA PIERWSZA

Dla Beatrycze - ukochanej, upragnionej, umarłej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY Jeśli szukacie opowieści ze szczęśliwym zakończeniem, poczytajcie sobie lepiej coś innego. Ta książka nie tylko nie kończy się szczęśliwie, ale nawet szczęśliwie się nie zaczyna, a w środku też nie układa się za wesoło. To dlatego, że niezbyt wiele szczęśliwych zdarzeń miało miejsce w życiu trójki młodych Baudelaire'ów. Wioletka, Klaus i Słoneczko byli dziećmi inteligentnymi, obdarzonymi wdziękiem, fantazją i przyjemnymi rysami twarzy, lecz mieli straszliwego pecha i wszystko, co ich spotykało, skażone było nieszczęściem, smutkiem i rozpaczą. Informuję was o tym z przykrością, ale taka jest prawda. Ich pech zaczął się pewnego dnia w miejscowości Słona Plaża. Trójka młodych Baudelaire'ów mieszkała z rodzicami w wielkim domu, stojącym w samym centrum brudnego, ruchliwego miasta. Od czasu do czasu rodzice pozwalali im na samodzielną wycieczkę zdezelowanym trolejbusem - słowo „zdezelowany”, jak zapewne wiecie, oznacza „niezbyt sprawny”, czyli „grożący awarią” - nad morze, gdzie dzieci mogły spędzić coś w rodzaju jednodniowych wakacji, pod warunkiem, że wrócą do domu na kolację. Akurat ten ranek był szary i pochmurny, co wcale nie zmartwiło młodych Baudelaire'ów. W gorące i słoneczne dni Słona Plaża roiła się od turystów, tak że nie było gdzie rozłożyć koca. Za to w dni szare i pochmurne Baudelaire'owie mieli całą plażę dla siebie i mogli robić, co kto lubił. Wioletka Baudelaire, najstarsza z rodzeństwa, lubiła puszczać kaczki. Jak większość czternastolatków była praworęczna, więc kamienic skakały dalej po burej wodzie, gdy Wioletka rzucała je prawą ręką, niż gdy robiła to lewą. Puszczając kaczki, Wioletka wpatrywała się w horyzont i rozmyślała nad wynalazkiem, który zamierzała skonstruować. Każdy, kto znał Wioletkę, poznałby zaraz, że myśli bardzo intensywnie, ponieważ jej długie włosy związane były wstążką, aby nie wpadały do oczu. Wioletka miała spory talent do wymyślania i konstruowania dziwnych urządzeń, więc jej wyobraźnię wypełniały często obrazy trybów, dźwigni i przekładni - a nie lubiła, gdy przeszkadzało jej w myśleniu coś lak banalnego jak włosy Tego ranka zastanawiała się nad konstrukcją urządzenia, które zawracałoby kamień - kaczkę z morza na ląd. Klaus Baudelaire, średni z rodzeństwa i jedyny chłopiec, lubił obserwować stworzenia w kałużach, Klaus kończył dwanaście lat i nosił okulary, dzięki którym wyglądał inteligentnie. Klaus był inteligentny. Baudelaire'owie - rodzice mieli w domu ogromną bibliotekę - pokój wypełniony tysiącami książek na każdy właściwie temat. Mając zaledwie dwanaście lat, Klaus nie przeczytał, oczywiście, wszystkich książek z biblioteki Baudelaire'ów, ale przeczytał ich bardzo wiele i całkiem sporo zapamiętał z lektury. Wiedział, po czym odróżnić aligatora od

krokodyla. Wiedział, kto zabił Juliusza Cezara. Wiedział też bardzo dużo o zamieszkujących Słoną Plażę maleńkich, oślizłych żyjątkach, które właśnie w tej chwili obserwował. Słoneczko Baudelaire, najmłodsze z trójki, lubiło gryźć. Słoneczko było jeszcze dzidziusiem, dziewczynką, w dodatku bardzo małą jak na swój wiek - niewiele większą od kalosza. Braki wzrostu nadrabiało wielkością i ostrością swoich czterech zębów. Słoneczko było jeszcze w wieku, gdy człowiek wypowiada się głównie seriami niezrozumiałych pisków. O ile nie używało któregoś z nielicznych znanych sobie prawdziwych słów - czyli „butla”, „mama” albo „ugryź” - większość ludzi miała kłopoty ze zrozumieniem, co Słoneczko mówi. Na przykład tego ranka powtarzało w kółko „Gak!”, co prawdopodobnie znaczyło: „Patrzcie na tę tajemniczą postać, która wyłania się z mgły!”. Rzeczywiście, w dalekiej, mglistej perspektywie Słonej Plaży widać było wysoką postać, kroczącą w stronę młodych Baudeiaire'ów. Słoneczko przez dłuższy czas obserwowało tę postać i piszczało przeraźliwie, zanim Klaus oderwał wzrok od kolczastego kraba, którego właśnie badał, i też zauważy!, że ktoś nadchodzi. Wyciągnął rękę i dotknął ramienia Wioletki, wytrącając ją z wynalazczego natchnienia. - Spójrz tam - powiedział, wskazując palcem. Postać zbliżała się i dzieci mogły już rozróżnić pewne szczegóły. Była mniej więcej wzrostu dorosłej osoby, tylko głowę miała wyjątkowo podłużną i kanciastą. - Jak myślisz, co to jest? - spytała Wioletka. - Nie wiem - odparł Klaus, wytężając wzrok - ale wydaje mi się, że to idzie właśnie do nas. - Nikogo więcej nie ma na plaży - zauważyła Wioletka z lekkim niepokojem. - Na pewno idzie do nas. Ścisnęła w lewej dłoni płaski, gładki kamień, którym właśnie zamierzała puścić kaczkę najdalej, jak się da. Nagłe przyszło jej na myśl, aby rzucić kamieniem w tę niepokojącą postać. - To tylko tak groźnie wygląda - odezwał się Klaus, jakby czytał w myślach siostry. - Przez tę gęstą mgłę. Miał rację. Kiedy postać do nich dobrnęła, dzieci z ulgą stwierdziły, że nie jest to żaden potwór, tylko ktoś znajomy - pan Poe. Pan Poe był zaprzyjaźniony z państwem Baudelaire i dzieci często widywały go na domowych przyjęciach. Wioletka, Klaus i Słoneczko najbardziej lubili swoich rodziców właśnie za to, że kiedy do domu przychodzili goście, dzieci nie musiały iść się bawić, tylko wolno im było siedzieć z dorosłymi przy stole i uczestniczyć w rozmowie, pod warunkiem, że po przyjęciu pomogą sprzątać ze stołu. Pana Poe zapamiętały główne dlatego, że zawsze miał katar i co chwila przepraszał, aby wstać od stołu i wykaszleć się w pokoju obok.

Pan Poe zdjął cylinder, z powodu którego jego głowa wyglądała we mgle na taką wielką i kanciastą, po czym przez chwilę nic nie mówił, tylko głośno kaszlał w białą chusteczkę. Wioletka i Klaus podeszli, aby podać mu rękę i przywitać się uprzejmie. - Dzień dobry panu - powiedziała Wioletka. - Dzień dobry panu - powiedział Klaus. - Bi pa! - powiedziało Słoneczko. - Dzień dobry - powiedział pan Poe, ale miał bardzo smutną minę. Przez parę sekund nikt się nie odzywał. Dzieci zastanawiały się, co też pan Poe porabia na Słonej Plaży, kiedy powinien siedzieć w swoim banku w mieście. Jego strój nie był w żadnym razie strojem plażowym. - Ładny dzień - odezwała się w końcu Wioletka, próbując nawiązać rozmowę. Słoneczko pisnęło jak rozzłoszczony ptak, a Klaus wziął je na ręce i przytulił. - Tak, całkiem ładny - przyznał pan Poe z dziwnym roztargnieniem, wpatrując się w dal pustej plaży. - Obawiam się, drogie dzieci, że mam dla was bardzo przykrą wiadomość. Trójka młodych Baudelaire'ów spojrzała na niego z uwagą. Wioletka, trochę zawstydzona, ścisnęła kamień w lewej garści i ucieszyła się, że nie rzuciła nim w pana Poe. - Wasi rodzice - oznajmił pan Poe - zginęli w strasznym pożarze. Dzieci milczały. - Zginęli - ciągnął pan Poe - w pożarze, który strawił cały dom. Jest mi bardzo, bardzo przykro, że musiałem wam to powiedzieć, moi kochani. Wioletka oderwała wzrok od pana Poe i spojrzała daleko w morze. Pan Poe jeszcze nigdy nie powiedział do młodych Beaudelaire'ów „moi kochani”. Wioletka zrozumiała wszystkie jego słowa, a jednak była pewna, że pan Poe po prostu żartuje, że chciał tylko zrobić okrutny kawał jej, bratu i siostrze. - Zginęli - dodał pan Poe. - To znaczy, że już nie żyją. - Wiemy, co znaczy słowo „zginęli” - rozzłościł się Klaus, chociaż i do niego niezupełnie jeszcze dotarło, co właściwie usłyszał. Miał wrażenie, że pan Poe się przejęzyczył. - Przyjechała, oczywiście, straż pożarna - mówił dalej pan Poe - ale za późno. Cały dom stał już w ogniu. Spłonął do cna. Klaus wyobraził sobie, jak płomienie pożerają wszystkie książki w bibliotece. Więc już nigdy ich nie przeczyta. Pan Poe zakaszlał parę razy w chusteczkę, a potem mówił dalej: - Przysłano mnie, abym odnalazł was tutaj i zabrał do siebie, gdzie pozostaniecie przez pewien czas, aż wymyślimy jakieś rozwiązanie. Jestem egzekutorem spadku waszych rodziców. Oznacza to, że do mnie należy zarządzanie ich ogromnym majątkiem i znalezienie

wam domu. Z chwilą gdy Wioletka osiągnie dojrzałość, majątek przejdzie w wasze ręce, jednak do tego czasu pozostanie w dyspozycji banku. Pan Poe przedstawił się, co prawda, jako egzekutor spadku, lecz Wioletka czuła się jak na prawdziwej egzekucji, w której pan Poe był katem. Przyszedł na plażę jakby nigdy nic, powiedział do dzieci parę słów - i na zawsze odmienił całe ich życie. - Chodźmy. - Pan Poe wyciągnął rękę. Aby podać mu dłoń, Wioletka musiała upuścić kamień, który trzymała w garści. Klaus wziął Wioletkę za drugą rękę, Słoneczko uczepiło się wolnej ręki Klausa, i w ten sposób trójka dzieci Baudelaire - odtąd trójka sierot Baudelaire - wyprowadzona została z plaży i ze swojego dotychczasowego życia.

RODZIAŁ DRUGI Nie ma sensu, abym opisywał wam, jak okropnie czuli się Wioletka i Klaus, a nawet Słoneczko. Jeżeli sami kiedyś straciliście kogoś bardzo dla siebie ważnego, to dobrze wiecie, jak się czuli - a. jeśli nie, to i tak nie zdołacie sobie tego wyobrazić. To, co spotkało młodych Baudelaire'ów, było szczególnie okropne, gdyż stracili oni za jednym zamachem oboje rodziców; dlatego przez kilka pierwszych dni byli tak przygnębieni, że prawie nie wstawali z łóżek. Klaus stwierdził, że właściwie nie interesują go książki. Trybiki twórczego umysłu Wioletki jakby się zacięty. Nawet Słoneczko, które było oczywiście za małe, żeby naprawdę zrozumieć, co się stało, gryzło wszystko dookoła z mniejszym entuzjazmem. Naturalnie, nie poprawiało im nastroju to, że przy okazji stracili również dom i wszystkie swoje rzeczy. Jak zapewne wiecie, znalezienie się we własnym pokoju, a najlepiej we własnym łóżku, przynosi czasem pewną ulgę w przykrej sytuacji. Niestety, z łóżek sierot Baudelaire pozostały tylko kupki popiołów. Pan Poe zaprowadził dzieci na zgliszcza domu, aby sprawdziły, czy cokolwiek ocalało, ale to, co ujrzały, było straszne: mikroskop Wioletki stopił się w nieforemną bryłę, z ulubionego pióra Klausa została garstka popiołu, a wszystkie plastikowe gryzaki Słoneczka rozpłynęły się doszczętnie. Tylko gdzieniegdzie dzieci dostrzegły ślady ogromnego domostwa, które tak kochały: szczątki fortepianu, wykwintną karafkę, w której pan Baudelaire trzymał brandy, nadpaloną poduszkę z okiennego wykuszu, w którym ich mama lubiła siedzieć i czytać. Pozbawieni własnego domu, młodzi Baudelaire'owie musieli leczyć się z szoku w domu pana Poe, co wcale nie było przyjemne. Sam pan Poe bywał w domu bardzo rzadko, ponieważ stale załatwiał sprawy Baudelaire'ów, a nawet kiedy bywał, najczęściej kaszlał, i to tak, że w ogóle nie mógł rozmawiać. Pani Poe kupiła sierotom ubrania w dziwacznych kolorach, na dodatek gryzące. A dwaj synowie państwa Poe, Edgar i Albert, z którymi młodzi Baudelaire'owie musieli dzielić ciasny pokoik, zalatujący wonią jakichś upiornych kwiatowa zachowywali się głośno i złośliwie. Lecz mimo tych okoliczności dzieci doznały mieszanych uczuć, kiedy przy nudnym obiedzie złożonym z gotowanego kurczaka, gotowanych kartofli i fasolki szparagowej z wody - określenie „z wody” znaczy tu również „gotowanej” - pan Poe oznajmił im, że nazajutrz rano mają opuścić jego progi. - Świetnie - powiedział Albert, któremu między zębami utkwił kawałek kartofla. - Nareszcie odzyskamy swój pokój. Dosyć mam tego tłoku. Wioletka z Klausem bez przerwy się smucą i nie ma z nimi żadnej zabawy.

- A dzieciak gryzie - dodał Edgar, rzucając na podłogę ogryzioną kość kurczaka, jakby był zwierzakiem w zoo, a nie synem szanowanego przedstawiciela bankowości. - Dokąd się przenosimy? - spytała nerwowo Wioletka. Pan Poe otworzył usta, lecz zanim zdołał coś powiedzieć, złapał go krótki atak kaszlu. - Poczyniłem starania - rzekł w końcu - aby waszym wychowaniem zajął się daleki krewny, zamieszkały na drugim końcu miasta. Nazywa się Hrabia Olaf. Wioletka, Klaus i Słoneczko spojrzeli po sobie, nie bardzo wiedząc, co o tym myśleć. Z jednej strony nie uśmiechało im się mieszkać dłużej u państwa Poe, a z drugiej nigdy nie słyszeli o Hrabim Olafie i nie mieli pojęcia, co to może być za typ. - Wasi rodzice - mówił dalej pan Poe - wyraźnie zaznaczyli w testamencie, że macie być wychowywani w jak najkorzystniejszych warunkach. Pozostając w mieście, nie zmienicie znanego sobie otoczenia, a jedynym waszym krewnym zamieszkałym w obrębie miasta jest właśnie Hrabia Olaf. Klaus rozważył tę informację, żując łykowaty kawałek fasolki. - Ale rodzice nigdy nie wspominali nam o Hrabim Olafie. Jak on właściwie jest z nami spokrewniony? Pan Poe westchnął i spojrzał na Słoneczko, które słuchało pilnie, gryząc widelec. - Zdaje się, że jest to kuzyn trzeciego stopnia w czwartej linii, albo czwartego stopnia w trzeciej linii. Nie jest to wasz najbliższy krewny w sensie genealogicznym, ale najbliższy w sensie geograficznym. Dlatego właśnie... - Skoro mieszka w mieście - przerwała mu Wioletka - to dlaczego nasi rodzice nigdy go nie zapraszali? - Może dlatego, że jest bardzo zajęty - zasugerował pan Poe. - Jako zawodowy aktor, bardzo dużo podróżuje po świecie ze swymi przedstawieniami. - Myślałem, że jest hrabią - powiedział Klaus. - Hrabią i aktorem - potwierdził pan Poe. - Przepraszam, dzieci, nie chcę ponaglać was z obiadem, ale musicie się spakować, a na mnie czeka jeszcze praca w banku. Podobnie jak wasz nowy opiekun prawny mam mnóstwo spraw na głowie. Trójka młodych Baudelaire'ów miała jeszcze wiele pytań do pana Poe, lecz on wstał już od stołu, machnął ręką na pożegnanie i opuścił pokój. Usłyszeli, jak kaszle w chusteczkę, otwiera skrzypiące drzwi i wychodzi z domu. - W takim razie - oświadczyła pani Poe - wy troje lepiej idźcie się pakować. Edgar, Albert, pomóżcie mi, proszę, sprzątnąć ze stołu. Sieroty Baudelaire udały się do dziecinnego pokoju i w ponurym milczeniu spakowały

swój skromny dobytek. Klaus z obrzydzeniem składał i upychał w małej walizeczce brzydkie koszule, które mu zafundowała pani Poe. Wioletka rozglądała się po ciasnym, brzydko pachnącym pokoju, w którym ostatnio mieszkali. A Słoneczko łaziło w kółko na czworakach i po kolei nadgryzało buty Edgara i Alberta, pozostawiając na każdym drobne ślady zębów - na pamiątkę. Od czasu do czasu dzieci spoglądały po sobie, lecz przyszłość rysowała się tak tajemniczo, że żadne nie miało nic do powiedzenia. Przez całą noc przewracały się z boku na bok i prawie nie spały; dokuczało im głośne chrapanie Edgara i Alberta oraz własne” niespokojne myśli. Wreszcie pan Poe zapukał do drzwi i wetknął głowę do środka. - Pobudka, Baudelaire'owie! Czas jechać do Hrabiego Olafa. Wioletka popatrzyła po zagraconym pokoju i chociaż nigdy go nie lubiła, na myśl o wyjeździe poczuła się bardzo zdenerwowana. - Czy musimy jechać natychmiast? - spytała. Pan Poe otworzył usta, lecz zanim odpowiedział, musiał parę razy zakaszleć. - Owszem, tak. Podrzucę was, jadąc do banku, tylko musimy wyruszyć jak najwcześniej. Proszę wstawać i ubierać się! - zarządził dziarsko. Słowo „dziarsko” znaczy tu; „bardzo szybko, aby skłonić młodych Baudelaire'ów do opuszczenia domu”. Młodzi Baudelaire'owie opuścili dom. Automobil pana Poe poturlał się z warkotem po kocich łbach w stronę dzielnicy, w której mieszkał Hrabia Olaf. W Alei Apatii mijali konne powozy i motocykle. Przejechali obok Felernej Fontanny - ozdobnie rzeźbionej kompozycji przestrzennej, od czasu do czasu wypluwającej wodę, w której taplały się małe dzieciaki. Minęli gigantyczne wysypisko śmieci na terenie dawnych Ogrodów Królewskich. Wkrótce potem pan Poe skręcił w wąską uliczkę, wzdłuż której ciągnęły się domki z jasnej cegły, i zatrzymał się w połowie jej długości. - No to jesteśmy na miejscu! - oznajmił głosem, który bez wątpienia miał zabrzmieć wesoło. - Oto wasz nowy dom. Młodzi Baudelaire'owie podnieśli wzrok i ujrzeli najładniejszy domek na całej ulicy. Cegły fasady były starannie oczyszczone, a w dużych, pootwieranych oknach widać było wiele zadbanych roślin doniczkowych. W progu, z dłonią opartą na lśniącej, mosiężnej klamce, stała elegancko ubrana starsza pani, która uśmiechnęła się do dzieci. W drugiej ręce trzymała doniczkę. - Cześć, dzieciaki! - zawołała. - To pewnie was adoptował Hrabia Olaf? Wioletka otworzyła drzwi automobilu, wysiadła i podała rękę starszej pani. Poczuła mocny, ciepły uścisk dłoni i po raz pierwszy od dłuższego czasu pomyślała sobie, że być może życie jej i rodzeństwa mimo wszystko jakoś się ułoży.

- Tak - powiedziała. - To my. Nazywam się Wioletka Baudelaire, to mój brat Klaus i moja siostra Słoneczko. A to pan Poe, który od śmierci rodziców zajmuje się naszymi sprawami. - Słyszałam o tym wypadku - powiedziała nieznajoma pani, witając się z wszystkimi po kolei. - Nazywam się Sędzia Strauss. - Bardzo oryginalne imię - zauważył Klaus. - To nie imię, lecz mój tytuł zawodowy - wyjaśniła pani. - Jestem sędzią Sądu Najwyższego. - Fascynujące zajęcie - powiedziała Wioletka. - A Hrabia Olaf jest pani mężem? - Uchowaj Boże! - zaprotestowała Sędzia Strauss. - Szczerze mówiąc, niezbyt dobrze się znamy. Hrabia Olaf jest moim sąsiadem. Dzieci przeniosły wzrok ze schludnego domu Sędzi Strauss na sąsiadującą z nim ruderę. Jej ceglane ściany całkiem sczerniały od sadzy i brudu. Jedyne dwa okienka kryły się za szczelnie zamkniętymi okiennicami, chociaż dzień był pogodny. Ponad okienkami wznosiła się wysoka, osmolona wieża, przekrzywiona z lekka na lewą stronę. Drzwi frontowe prosiły się o odmalowanie, a na samym ich środku wyrżnięte było wielkie oko. Cała budowla chyliła się na bok, jak krzywy ząb. - Ou! - powiedziało Słoneczko i wszyscy zrozumieli, co ma na myśli. Miało na myśli: „Co za okropny dom! Nie chcę tam mieszkać za nic w świecie!”. - W każdym razie miło było panią poznać - zwróciła się Wioletka do Sędzi Strauss. - Mnie również - powiedziała Sędzia Strauss i wskazując doniczkę, dodała: - Może wpadniecie kiedyś pomóc mi przy kwiatkach? - Z największą przyjemnością - odparła bardzo smutno Wioletka. Oczywiście, że miło będzie pomóc czasem Sędzi Strauss przy kwiatkach, ale trudno było Wioletce odpędzić myśl, że o wiele przyjemniej byłoby zamieszkać w domu Sędzi Strauss zamiast w domu Hrabiego Olafa. Co to za człowiek - zastanawiała się Wioletka - który rzeźbi sobie oko na drzwiach? Pan Poe uchylił kapelusza, a Sędzia Strauss pożegnała dzieci uśmiechem i zniknęła w swoim ślicznym domu. Klaus odważnie wystąpił naprzód i zapukał do drzwi Hrabiego Olafa, bębniąc w sam środek rzeźbionego oka. Po dłuższej chwili drzwi zaskrzypiały, otworzyły się, i dzieci po raz pierwszy ujrzały Hrabiego Olafa. - Witam, wiłam, witam - odezwał się świszczącym szeptem. Był bardzo wysoki i bardzo chudy, ubrany w szary garnitur z licznymi ciemnymi plamami. Twarz miał nieogoloną, a zamiast pary brwi, jak u większości istot ludzkich, przez jego czoło biegła jedna długa brew. Bardzo, bardzo błyszczące oczy nadawały mu wyraz zarazem drapieżny i zły. - Witajcie, moje

dzieci. Zapraszam was do waszego nowego domu, tylko wytrzyjcie dobrze nogi, żeby nie nanieść błota. Zaledwie sieroty Baudelaire weszły do środka - a pan Poe za nimi - pojęły śmieszność tego, co przed chwilą powiedział Hrabia Olaf. Pokój, w którym się znaleźli, był najbrudniejszym pomieszczeniem, jakie dzieci widziały w swoim życiu, i odrobina błota z ulicy nie uczyniłaby tu najmniejszej różnicy. Nawet w marnym świetle jedynej gołej żarówki dyndającej u sufitu widać było, że wszystko lepi się od brudu, począwszy od wypchanej lwiej głowy przybitej do ściany, po misę ogryzków z jabłek ustawioną na małym drewnianym stoliku. Klausowi chciało się płakać, gdy na to patrzył. - Przydałoby się tutaj trochę posprzątać - mruknął pan Poe, wytężając wzrok w ciemnym wnętrzu. - Zdaję sobie sprawę, że mój skromny dom nie umywa się nawet do luksusów willi Baudelaire'ów - odparł Hrabia Olaf. - Wystarczy jednak mały zastrzyk waszych funduszy, aby go doprowadzić do ładu. Pan Poe otworzył szeroko oczy ze zdumienia i zanim znów się odezwał, echo jego kaszlu rozbrzmiewała przez dobrą chwilę po ciemnym pokoju. - Majątek Baudelaire'ów - oznajmił kategorycznie - absolutnie nie może być wykorzystany na takie cele. Ściśle mówiąc, w ogóle nie może być wykorzystywany do czasu osiągnięcia pełnoletności przez Wioletkę. Hrabia Olaf odwrócił się do pana Poe, błyskając okiem jak rozwścieczony pies. Zaraz uderzy go w twarz - pomyślała Wioletka. Lecz Hrabia Olaf przełknął ślinę - dzieci zauważyły ruch grdyki na jego chudej szyi - i tylko wzruszył ramionami w poplamionym garniturze. - Nie to nie - burknął. - Mnie tam wszystko jedno. Bardzo panu dziękuję, panie Poe, za przywiezienie dzieci. Chodźcie, dzieci, pokażę wam wasz pokój. - Do widzenia, Wioletko, Klausie i Słoneczko - rzekł pan Poe, przekraczając próg frontowych drzwi. - Mam nadzieję, że będzie wam tu bardzo dobrze. Zajrzę do was od czasu do czasu, a gdybyście mieli jakieś pytania, możecie w każdej chwili skontaktować się ze mną w banku. - Ale my nawet nie wiemy, gdzie ten bank się mieści - powiedział Klaus. - Mam plan miasta - wtrącił Hrabia Olaf. - Do widzenia panu, panie Poe. Wychylił się i zatrzasnął za gościem drzwi, a sieroty Baudelaire były lak przygnębione, że przegapiły ostatnią szansę spojrzenia na pana Poe. Zrobiło im się bardzo żal, że nie mogą dalej u niego mieszkać, chociaż tak tam śmierdziało. Więc zamiast patrzeć na drzwi, wszyscy troje spuścili wzrok i zauważyli, że Hrabia Olaf nosi co prawda buty, ale bez skarpetek.

Zauważyli też, że na bladej skórze nad kostką, między wystrzępionym mankietem spodni a czarnym butem, Hrabia Olaf ma wytatuowane oko - dokładnie takie samo jak na drzwiach. Zaciekawiło ich, ile jeszcze innych oczu może znajdować się w domu Hrabiego Olafa i czy odtąd już zawsze będą czuli, że Hrabia Olaf ich obserwuje, nawet kiedy nie będzie go w pobliżu.

ROZDZIAŁ TRZECI Nie wiem, czy sami też to zauważyliście, ale pierwsze wrażenia bardzo często nas zwodzą. Na przykład, widzisz po raz pierwszy jakiś obraz i wcale ci się on nie podoba, ale gdy popatrzysz chwilę dłużej, okazuje się całkiem ładny. Albo ser gorgonzola - z początku może ci się wydać za ostry w smaku, ale gdy podrośniesz, stwierdzasz nagle, że mógłbyś nie jeść nic oprócz sera gorgonzola. Klaus, kiedy urodziło się Słoneczko, wcale nie lubił siostrzyczki, lecz nie minęło sześć tygodni, a oboje daliby się za siebie pokroić na kawałki. Nasza wstępna opinia na każdy prawie temat może się z czasem zmienić. Chciałbym móc powiedzieć wam, że pierwsze wrażenie młodych Baudelaire'ów dotyczące Hrabiego Olafa i jego domu było mylne, tak jak to często bywa z pierwszymi wrażeniami. Lecz niestety, wrażenie, że Hrabia Olaf jest złym człowiekiem, a jego dom istnym chlewem, było jak najbardziej słuszne. Przez kilka pierwszych dni pobytu u Hrabiego Olafa Wiole tka, Klaus i Słoneczko usiłowali poczuć się lam jak w domu, ale okazało się to niemożliwe. Mimo iż dom był całkiem spory, Hrabia Olaf upchnął całą trójkę w jednym obskurnym pokoiku, w którym stało tylko jedno małe łóżko. Wioletka i Klaus nocowali w nim na zmianę. Każde co drugą noc spało w łóżku, a co drugą na twardej drewnianej podłodze - a ponieważ materac łóżka miał w środku straszne góry i doły, więc trudno powiedzieć, komu było bardziej niewygodnie. Aby urządzić legowisko dla Słoneczka, Wioletka zdjęła z pręta nad jedynym oknem zakurzone zasłony i poskładała je w coś na kształt becika, w którym jej siostra mieściła się akurat. Ale po zdjęciu zasłon przez popękane szyby od świtu wpadało do środka ostre słońce, więc dzieci budziły się codziennie niewyspane i obolałe. Zamiast szafy dostały wielkie pudło, w którym kiedyś mieściła się lodówka, a teraz miały się zmieścić ubrania całej trójki, wrzucone na kupę. Zamiast zabawek, książek i innych rzeczy, które dostarczają dzieciom rozrywki, Hrabia Olaf zaopatrzył młodych Baudelaire'ów w stosik kamieni. A jedyną dekorację łuszczących się ścian stanowiło wielkie, wstrętne malowidło, przedstawiające oko, takie samo jak na nodze Hrabiego Olafa i na drzwiach wejściowych. Dzieci wiedziały jednak to, co i wy na pewno wiecie: że nawet najgorsze warunki dają się znieść, gdy towarzyszą nam ciekawi i mili ludzie. Niestety, Hrabia Olaf nie był ani ciekawy, ani miły; był surowy, nerwowy i brzydko pachniał. Za jedyną zaletę Hrabiego Olafa uznać można to, że rzadko przebywał w domu. Rano dzieci wstawały i ubierały się w to, co wyciągnęły z pudła po lodówce, po czym schodziły do kuchni, gdzie czekała na nie lista poleceń, pozostawiona przez Hrabiego Olafa, który często zjawiał się dopiero w nocy. Większość dnia spędzał bowiem poza domem albo w wysokiej wieży, gdzie dzieciom nie

wolno było wchodzić. Polecenia dotyczyły na ogół ciężkich prac, takich jak malowanie ganku od podwórza albo naprawa okien, a na końcu każdej instrukcji, zamiast podpisu, Hrabia Olaf rysował oko. Pewnego ranka instrukcja głosiła: „Moja trupa teatralna przyjdzie dzisiaj z wizytą przed wieczornym spektaklem. Przygotujcie na siódmą kolację dla dziesięciu osób. Macie kupić jedzenie, przyrządzić posiłek, nakryć do stołu, podać do stołu, sprzątnąć ze stołu i nie pętać się pod nogami”. Poniżej widniało znajome oko, a pod kartką leżała drobna suma pieniędzy na zakupy. Wioletka i Klaus przeczytali instrukcję, jedząc śniadanie, czyli szarą owsiankę z grudami, którą Hrabia Olaf zostawiał im co rano w wielkim garnku na kuchni. Przeczytawszy, wymienili zgnębione spojrzenia. - Żadne z nas nie zna się na gotowaniu - powiedział Klaus. - To prawda - przyznała Wioletka. - Wiedziałam, jak się zabrać do naprawy okien i do czyszczenia komina, bo takie sprawy mnie ciekawią. Ale nie mam pojęcia, jak się przyrządza jedzenie, z wyjątkiem grzanek. - A nawet grzanki zdarza ci się spalić - dodał Klaus, i uśmiechnęli się oboje. Przypomniało im się, jak kiedyś wstali raniuteńko, żeby w sekrecie przygotować śniadanie dla rodziców. Wioletka spaliła grzanki, a rodzice, czując swąd, wpadli do kuchni, zaniepokojeni, co się dzieje. Na widok Wioletki i Klausa, wpatrzonych smętnie w zwęglone szczątki pieczywa, zaczęli się okropnie śmiać, a potem usmażyli naleśniki dla całej rodziny. - Szkoda, że ich nie ma - westchnęła Wioletka. Nie musiała wyjaśniać, że chodzi jej o rodziców. - Na pewno nie pozwoliliby nam mieszkać w tym okropnym domu. - Gdyby byli - Klaus mówił coraz cieńszym głosem, bo coraz bardziej się denerwował - po pierwsze w ogóle nie trafilibyśmy do Hrabiego Olafa. Nienawidzę tu być, Wioletko! Nienawidzę tego domu! Nienawidzę naszego pokoju! Nienawidzę wykonywania tych wszystkich poleceń, i Hrabiego Olafa też nienawidzę! - Ja tak samo - powiedziała Wioletka, a Klaus z ulgą spojrzał na swoją starszą siostrę, Czasem wystarczy powiedzieć głośno, że się czegoś nienawidzi, i usłyszeć, że ktoś się z nami zgadza, aby poczuć się lepiej nawet w najgorszej sytuacji, - Nienawidzę w tej chwili całego naszego życia - dodała Wioletka. - Ale co zrobić, trzeba trzymać głowę do góry. Wyrażenia tego używał często ojciec dzieci, a znaczyło ono: „być wesołym mimo wszystko”. - Masz rację - przyznał Klaus. - tylko że bardzo trudno jest trzymać głowę do góry, gdy Hrabia Olaf ciągle daje nam po głowie.

- Dziuk! - pisnęło Słoneczko, bębniąc po stole łyżką od owsianki. Wioletka i Klaus, wytrąceni gwałtownie z rozmowy, spojrzeli ponownie na notatkę Hrabiego Olafa. - Może poszukamy jakiejś książki kucharskiej i przeczytamy w niej, jak się gotuje - zaproponował Klaus. - Przygotowanie prostego posiłku nie powinno być zbyt trudne. Przez dobrych parę minut Wioletka z Klausem otwierali i zamykali kuchenne szafki Hrabiego Olała, jednak bez skutku. - Nie mogę powiedzieć, że mnie to dziwi - rzekła Wioletka. - W całym tym domu nie widzieliśmy przecież ani jednej książki. - No właśnie - zasmucił się Klaus. - Bardzo brakuje mi czytania. Musimy jak najszybciej rozejrzeć się w okolicy za biblioteką. - Ale nie dzisiaj - powiedziała Wioletka. - Dzisiaj musimy przygotować kolację na dziesięć osób. W tej właśnie chwili ktoś zapukał do frontowych drzwi. Wioletka z Klausem wymienili nerwowe spojrzenia. - Kto mógłby chcieć odwiedzić Hrabiego Olafa? - zastanowiła się głośno Wioletka. - A może to nas ktoś chce odwiedzić? - powiedział Klaus bez większego przekonania. Od czasu śmierci rodziców większość przyjaciół młodych Baudelaire'ów jakoś się wykruszyła, co tutaj znaczy: „przestali dzwonić, pisać i wpadać z wizytą, przez co trójka dzieci czuła się bardzo osamotniona”. Ani wy, ani ja, oczywiście, nie zrobilibyśmy czegoś takiego naszym dotkniętym żałobą przyjaciołom, ale smutna prawda polega na tym, że kiedy komuś umrze bliska osoba, znajomi często zaczynają tego kogoś unikać, chociaż akurat w takich chwilach obecność przyjaciół jest najbardziej potrzebna. Wioletka, Klaus i Słoneczko podeszli ostrożnie do frontowych drzwi i wyjrzeli przez wizjer, który miał kształt oka. Widząc, że z drugiej strony zerka na nich Sędzia Strauss, uradowali się niezmiernie i zaraz otworzyli drzwi. - Pani Sędzia Strauss! - zawołała Wioletka. - Jak to miło! Już miała dodać: „Prosimy do środka”, ale pomyślała sobie, że Sędzia Strauss wolałaby chyba nie zapuszczać się w półmrok brudnego pokoju. - Przepraszam, że nie zajrzałam wcześniej - powiedziała Sędzia Strauss do młodych Baudelaire'ów, którzy niezdarnie blokowali wejście. - Ciekawiło mnie bardzo, jak się zadomowiliście, ale miałam w sądzie wyjątkowo trudną sprawę, która pochłaniała większość mojego czasu. - Co to była za sprawa? - zainteresował się Klaus. Pozbawiony możliwości czytania, odczuwał wielki głód świeżych informacji.

- O tym nie wolno mi mówić - odparła Sędzia Strauss. - Tajemnica służbowa. Mogę tylko zdradzić, że chodzi o pewną trującą roślinę i nielegalne użycie cudzej karty kredytowej. - Jiika! - pisnęło Słoneczko, co z powodzeniem mogło znaczyć: „Ale to ciekawe!”, chociaż przecież nie było możliwe, aby Słoneczko zrozumiało, o czym mówi Sędzia Strauss. Sędzia Strauss spojrzała z góry na Słoneczko i roześmiała się. - Jiika! Masz rację - powiedziała i wyciągnęła rękę, chcąc pogłaskać maleństwo po główce. Słoneczko przytrzymało jej rękę i leciutko ugryzło. - To znaczy, że ona panią lubi - wyjaśniła Wioletka. - Kiedy ktoś jej się nie podoba albo chce ją wykąpać, gryzie bardzo, bardzo mocno. - Rozumiem - odparta Sędzia Strauss. - No więc, jak sobie radzicie, dzieci? Niczego wam nie brakuje? Dzieci spojrzały po sobie, myśląc o wszystkich rzeczach, których im brakowało. Na przykład jeszcze jednego łóżka. Przyzwoitego miejsca do spania dla Słoneczka. Zasłon na okno w pokoju. Szalki zamiast pudła po lodówce. A najbardziej, oczywiście, brakowało im możliwości zerwania wszelkich związków z Hrabią Olafem, Jeszcze bardziej brakowało im rodziców i prawdziwego domu, ale na to, rzecz jasna, nie można było nic poradzić. Zastanawiając się nad pytaniem Sędzi Strauss, Wioletka, Klaus i Słoneczko smętnie spuścili głowy. W końcu odezwał się Klaus: - Czy nie mogłaby nam pani pożyczyć jakiejś książki kucharskiej? Nie znaleźliśmy w domu ani jednej, a Hrabia Olaf kazał nam przygotować na dziś wieczór kolację dla swojej trupy teatralnej. - 'Mój Boże - wzruszyła się Sędzia Strauss. - Przygotować kolację dla całej trupy teatralnej to doprawdy trudne zadanie dla dzieci. - Hrabia Olaf obarcza nas wieloma odpowiedzialnymi zadaniami - powiedziała Wioletka. Chciała powiedzieć: „Hrabia Olaf jest złym człowiekiem”, ale na to była zbyt dobrze wychowana. - A może wstąpicie do mnie i sami znajdziecie sobie odpowiednią książkę kucharską? - zaproponowała Sędzia Strauss. Dzieci bardzo chętnie podążyły za Sędzią Strauss do jej zadbanego domu. Przez elegancki, pachnący kwiatami hall weszły do ogromnego pokoju, a gdy ujrzały, co jest w środku, prawie zemdlały z zachwytu. Szczególnie Klaus. Pokój okazał się biblioteką. Nie biblioteką publiczną, tylko prywatną, czyli wielkim zbiorem książek należących do Sędzi Strauss. Półka nad polką, książki zasłaniały wszystkie ściany od podłogi do sufitu, a na środku stały pojedyncze regały, też z mnóstwem półek.

Wolny od książek był jedynie kąt z paroma dużymi, wygodnymi fotelami i drewnianym stolikiem, oświetlony wiszącymi lampami - idealne miejsce na lekturę. Biblioteka Sędzi Strauss była mniejsza niż biblioteka państwa Baudelaire'ów, ale równie przytulna, więc dzieci nie posiadały się z emocji. - Słowo daję! - wykrzyknęła Wioletka. - Co za wspaniała biblioteka! - Dziękuję bardzo - powiedziała Sędzia Strauss. - Gromadzę książki od lat i jestem bardzo dumna ze swoich zbiorów. O ile potraficie szanować książki, możecie z nich korzystać w każdej chwili. Książki kucharskie stoją tu, na ścianie wschodniej. Rzucimy okiem? - Oczywiście - rzekła Wioletka - a potem, jeśli pani pozwoli, bardzo chętnie przejrzałabym coś z dziedziny inżynierii mechanicznej. Wynalazki to moja wielka pasja. - A ja poszukam czegoś o wilkach - powiedział Klaus. - Ostatnio fascynuje mnie temat dzikich zwierząt Ameryki Północnej. - Gita! - pisnęło Słoneczko, co oznaczało: „Proszę nie zapomnieć o książce z obrazkami dla mnie”. Sędzia Strauss uśmiechnęła się. - Jak to miło spotkać młodzież, która interesuje się książkami. Ale najpierw powinniśmy chyba poszukać dobrego przepisu na kolację, nie sądzicie? Dzieci przyznały jej rację i przez pól godziny wertowały stos książek kucharskich, które im poleciła Sędzia Strauss. Szczerze mówiąc, sieroty byty tak przejęte tym, że wyrwały się z domu Hrabiego Olafa i trafiły do tej cudownej biblioteki, że trochę trudno im było zebrać myśli i skoncentrować się na gotowaniu. Wreszcie Klaus znalazł danie, na które przepis brzmiał zachęcająco, a w dodatku wydawało się proste do przyrządzenia. - Posłuchajcie tego - oznajmił. - „Puttanesca. Jest to sos włoski do makaronu. Potrzebne nam będą tylko świeże oliwki, kapary, anchois, czosnek, siekana pietruszka i pomidory. Wszystko razem dusimy w rondlu, a oddzielnie gotujemy spaghetti do polania sosem”. - Brzmi dość prosto - przyznała Wioletka, i cala trójka spojrzała po sobie z nadzieją. Może, mając za ścianą życzliwą Sędzię Strauss i jej bibliotekę, da się tu całkiem łatwo żyć, nie trudniej niż przyrządzić sos puttanesca dla Hrabiego Olafa.

ROZDZIAŁ CZWARTY Sieroty Baudelaire przekaligrafowały przepis na sos puttanesca z książki kucharskiej na karteczkę, a Sędzia Strauss była tak uprzejma, że poszła z nimi na rynek, gdzie nabyły niezbędne produkty. I chociaż Hrabia Olaf nie zostawił dzieciom zbyt dużo pieniędzy, zdołały kupić wszystko, co potrzeba. Oliwki znalazły u straganiarza, który pozwolił im skosztować kilku odmian i wybrać najsmaczniejsze. W budce z makaronami wypatrzyły kluseczki o ciekawym kształcie i poradziły się sprzedawczyni, ile należy kupić na trzynaście osób - licząc dziewięcioro gości, Hrabiego Olafa i ich troje. Potem w supermarkecie kupiły czosnek, który jest rośliną bulwiastą o ostrym smaku; anchois, które są małymi, słonymi rybkami; kapary, które są pączkami kwiatów niewielkiego krzewu i smakują jak marzenie, a także pomidory, które, wbrew temu, co sądzi większość ludzi, są owocami, a nie warzywami. Przyszło im do głowy, że należy podać również deser, więc nabyły kilka opakowań budyniu w różnych smakach. Może gdy przygotują pyszną kolację - myślały sobie - Hrabia Olaf zacznie się do nich odnosić bardziej życzliwie. - Bardzo pani dziękujemy za okazaną nam dzisiaj pomoc - powiedziała Wioletka, gdy wracali do domu. - Nie wiem, jak byśmy sobie bez pani poradzili. - Wyglądacie mi na osoby inteligentne - odparła Sędzia Strauss. - Przypuszczam, że i tak coś byście wymyślili. Nadal jednak wydaje mi się dziwne, że Hrabia Olaf zlecił wam przygotowanie tak wielkiej kolacji. No, jesteśmy na miejscu. Pójdę do siebie. Mam nadzieję, że wkrótce wpadniecie wypożyczyć coś z mojej biblioteki. - Jutro? - podchwycił Klaus. - Możemy wpaść jutro? - Czemu nie - uśmiechnęła się Sędzia Strauss. - Doprawdy, nie mamy słów wdzięczności - powiedziała Wioletka, starannie dobierając słowa. Mając tylko zmarłych rodziców i Hrabiego Olafa, który je traktował wyjątkowo podle, dzieci nie nawykły do dobroci ze strony dorosłych i nie były pewne, czy przypadkiem nie powinny się jakoś odwdzięczyć. - Jutro, zanim znów skorzystamy z pani biblioteki, Klaus i ja z największą przyjemnością wyręczymy panią w obowiązkach domowych. Słoneczko jest, co prawda, za małe do pracy, ale na pewno znajdziemy coś, w czym mogłoby się przydać. Sędzia Strauss uśmiechnęła się do dzieci, chociaż oczy miała smutne. Położyła rękę na głowie Wioletka, która poczuła się tak dobrze, jak już dawno się to nie zdarzało. - Dziękuję, nie trzeba - powiedziała Sędzia Strauss. - Jesteście zawsze mile widzianymi gośćmi w moim domu.

Potem zniknęła za drzwiami, a sieroty Baudelaire patrzyły za nią jeszcze chwilę, zanim poszły do siebie. Prawie całe popołudnie Wioletka, Klaus i Słoneczko gotowali sos puttanesca według przepisu z książki kucharskiej. Wioletka prażyła czosnek, płukała i siekała anchois. Klaus obierał pomidory i wyjmował pestki z oliwek. Słoneczko bębniło drewnianą łyżką w rondel, podśpiewując piosenkę, którą samo ułożyło. Cala trójka czuła się znacznie mniej nieszczęśliwa niż kiedykolwiek od dnia przybycia do domu Hrabiego Olafa. Woń gotowanych potraw często działa na nas kojąco, więc w kuchni zrobiło się przytulnie, kiedy sos dusił się na wolnym ogniu - jest to termin kulinarny i oznacza: „gotował się nad bardzo małym płomieniem”. Trzy sieroty rozmawiały sobie przyjemnie o rodzicach i o Sędzi Strauss, którą zgodnie uznały za fantastyczną sąsiadkę i w której bibliotece zamierzały spędzać jak najwięcej czasu. Tak sobie gwarząc, mieszały budyń czekoladowy i kosztowały go co chwila. Wkładając budyń do lodówki, żeby się ochłodził, Wioletka, Klaus i Słoneczko usłyszeli donośny huk otwieranych drzwi. Zdaje się, że nie muszę wam mówić, kto wrócił do domu. - Sieroty? - wrzasnął skrzekliwym głosem Hrabia Olaf. - Gdzie jesteście, sieroty? - W kuchni, Hrabio Olafie. - zawołał Klaus. - Kończymy gotować kolację. - Wasze szczęście - burknął Hrabia Olaf, wkraczając do kuchni. Spojrzał kolejno na wszystkich troje Baudelaire'ów swoimi bardzo, bardzo błyszczącymi oczami. - Moja trupa już nadciąga, a wszyscy są bardzo głodni. Gdzie pieczeń? - Nie przyrządziliśmy pieczeni - odparła Wioletka. - Przyrządziliśmy sos puttanesca. - Co takiego? - nastroszył się Hrabia Olaf. - Nie ma pieczeni? - Nie wspomniał pan, że ma być pieczeń - powiedział Klaus. Hrabia Olaf przysunął się tuż do dzieci, przez co wydal im się jeszcze wyższy. Jego oczy błysnęły mocniej niż zwykle, a pojedyncza brew podjechała groźnie do góry. - Adoptując was - wycedził przez zęby - stałem się automatycznie waszym ojcem, a jako ojciec nie jestem dla was kimś, z kim można żartować. Żądam, abyście podali mnie i moim gościom pieczeń wołową. - Nie ma pieczeni! - krzyknęła Wioletka. - Jest tylko sos puttanesca! - Nie! Nic! Nie! - zawtórowało jej Słoneczko. Hrabia Olaf spojrzał z góry na Słoneczko, zaskoczony tym nagłym przemówieniem. Z nieludzkim rykiem chwycił dziecko w szpony jednej łapy i podniósł je na wysokość swoich błyszczących oczu. Nie muszę chyba dodawać, że Słoneczko wystraszyło się okropnie i natychmiast uderzyło w płacz; ze strachu nie próbowało nawet ugryźć ręki, która trzymała je

w górze. - Postaw ją na ziemi, ale już, ty brutalu! - wrzasnął Klaus. Podskoczył parę razy, chcąc wyrwać Słoneczko ze szponów Hrabiego, ale nie dosięgnął. Hrabia Olaf spojrzał na Klausa z góry i wyszczerzył się w strasznym, zębatym uśmiechu, podnosząc wyjące Słoneczko jeszcze wyżej. Już - już zdawało się, że ciśnie je o podłogę, kiedy z pokoju za ścianą dobiegi chóralny rechot i wołania: - Olaf! Gdzie Olaf? Hrabia Olaf zastygł w bezruchu, nie wypuszczając z garści Słoneczka, i trwał tak, gdy kolejni członkowie jego trupy teatralnej wkraczali do kuchni. Niebawem całe pomieszczenie zapełniły dziwaczne postacie różnych kształtów i rozmiarów. Byt wśród nich łysy mężczyzna z bardzo długim nosem, przyodziany w długą czarną togę. Były dwie kobiety o twarzach całkowicie pokrytych kredowobiałym pudrem, co nadawało im wygląd duchów. Za kobietami stał mężczyzna, który miał bardzo długie i bardzo chude ręce, a na ich końcach, zamiast dłoni - dwa haki. Była też niesamowicie gruba osoba, która nie wyglądała ani na mężczyznę, ani na kobietę. Za plecami tej osoby, w drzwiach kuchni, tłoczyły się jeszcze inne postacie, niewidoczne dla dzieci, ale na pewno równie przerażające. - Mamy cię, Olafie! - triumfowała jedna z bladolicych. - Ale co ty tu właściwie robisz? - Nic takiego, wychowuję sieroty - burknął Hrabia Olaf. - Kazałem im przygotować kolację, a zrobiły tylko jakiś obrzydliwy sos. - Dzieciom nie wolno pobłażać - odezwał się hakoręki. - Trzeba je nauczyć, że mają słuchać starszych. Łysy dryblas przyjrzał się młodym Baudelaire'om spod zmrużonych powiek. - To te bogate dzieciaki, o których mi mówiłeś? - spytał Hrabiego Olafa. - Tak - potwierdził Hrabia Olaf. - Są tak paskudne, że dotykam ich z obrzydzeniem. Mówiąc to, postawił zapłakane Słoneczko na podłogę. Wioletka z Klausem odetchnęli z ulgą, że jednak nie puścił ich siostrzyczki z wysoka. - Wcale ci się nie dziwię - rzucił ktoś od drzwi. Hrabia Olaf wytarł dłoń o drugą rękę, jakby naprawdę trzymał w niej coś obrzydliwego, a nie małe dziecko. - No, dość gadania - powiedział. - Zjedzmy lepiej tę kolację, chociaż na pewno jest do niczego. Chodźcie wszyscy do jadalni, naleję wam wina. Może zdążymy się upić, zanim te łapserdaki podadzą do siołu; wtedy będzie nam wszystko jedno, czy jemy pieczeń, czy coś innego.

- Hura! - krzyknęło kilkoro członków trupy i wszyscy, z Hrabią Olafem na czele, przedefilowali przez kuchnię do jadalni. Na dzieci nikt już nie zwracał najmniejszej uwagi - poza łysym, który nachylił się i spojrzał Wioletce prosto w oczy. - Ślicznotka z ciebie - mruknął, biorąc jej buzię w szorstkie łapy. - Na twoim miejscu nie denerwowałbym Hrabiego Olafa, żeby przypadkiem nie popsuł tej ślicznej buzi. Wioletka zadrżała, a łysy zachichotał piskliwie i wyszedł z kuchni. Dzieci zostały same i dopiero wtedy uświadomiły sobie, że dyszą ciężko, jak po długim biegu. Słoneczko wciąż szlochało, a Klaus też miał łzy w oczach. Tylko Wioletka nie płakała, gdyż trzęsła się ze strachu i abominacji - słowo „abominacja” znaczy tu: „nieprzyjemna mieszanka grozy i obrzydzenia”. Przez kilka chwil żadne nie mogło wykrztusić ani słowa. - To straszne, straszne - szepnął w końcu Klaus. - Co możemy zrobić, Wioletko? - Nie wiem. Boję się. - Ja też - powiedział Klaus. - Huks! - powiedziało Słoneczko i przesiało płakać. - Jeść! Gdzie kolacja?! - wrzasnął ktoś z jadalni i cala trupa teatralna jęła rytmicznie bębnić w stół, co jest wyjątkowo niegrzecznym zachowaniem. - Lepiej podajmy tę puttanescę - rzekł Klaus - bo kto wie, co Hrabia Olaf może nam zrobić. Wioletce przypomniało się, co mówił łysy o popsuciu jej buzi, więc kiwnęła głową. Oboje z Klausem spojrzeli na rondel z bulgoczącym sosem, który przedtem wyglądał tak swojsko, a teraz jak krwawa kadź. Zostawiwszy Słoneczko w kuchni, wkroczyli do jadalni: Klaus niósł misę kluseczek o ciekawym kształcie, a Wioletka - wazę z sosem puttanesca i sporą chochlę. Trupa teatralna gadała i rechotała, popijając raz po raz wino z kieliszków, i nie zważała wcale na sieroty Baudelaire, które okrążały stół, nakładając kolejno na talerze. Wioletkę od ciężkiej chochli rozbolała w końcu prawa ręka. Przez chwilę chciała zastąpić ją lewą, ponieważ jednak była praworęczna, zlękła się, że lewą ręką rozleje sos i w ten sposób znów rozwścieczy Hrabiego Olafa. Zerknęła smutno w pełny talerz Hrabiego Olafa i zrobiło jej się żal, że nie kupiła na rynku trucizny i nie wsypała jej do sosu. Po obsłużeniu wszystkich gości Klaus i Wioletka wymknęli się z powrotem do kuchni. Słuchając dzikich, groźnych śmiechów Hrabiego Olafa i jego trupy, dziobali widelcami w swoich porcjach, gdyż byli tak nieszczęśliwi, że zupełnie odechciało im się jeść. Niebawem przyjaciele Olafa znów zaczęli bębnić rytmicznie w stół, więc sieroty poszły do jadalni zebrać talerze, a potem wróciły tam jeszcze raz, aby podać budyń czekoladowy. Wtedy widać już było wyraźnie, że Hrabia Olaf i jego kompania wypili bardzo dużo wina: pokładali się na stole i mówili o wiele mniej. W końcu wstali i chwiejnym szeregiem przedefilowali

przez kuchnię z powrotem do wyjścia. Hrabia Olaf rozejrzał się po kuchni pełnej brudnych naczyń. - Ponieważ jeszcze nie pozmywaliście - rzekł do sierot - zwalniam was wyjątkowo z dzisiejszego spektaklu. Ale za to, gdy tylko sprzątniecie, macie zaraz pójść do łóżek. Klaus do tej chwili wpatrywał się wściekłym wzrokiem w podłogę, próbując ukryć rozgoryczenie. Lecz ostatniego słowa nie mógł znieść w milczeniu. - Chciał pan powiedzieć do łóżka! - wykrzyknął. - Dał nam pan tylko jedno łóżko! Na ten wybuch gniewu trupa teatralna stanęła jak wryta, popatrując to na Klausa, to na Hrabiego Olafa - wszyscy ciekawi byli, co teraz będzie. Hrabia Olaf uniósł pojedynczą brew i oczy zalśniły mu dziko - lecz przemówił spokojnie: - Skoro życzysz sobie drugiego łóżka, możesz pojechać jutro do miasta i kupić je sobie. - 'Przecież pan doskonale wic, że nie mamy pieniędzy - powiedział Klaus. - Doskonale wiem, że macie - odparł Hrabia Olaf, i od tej chwili mówił coraz głośniej: - Jesteście dziedzicami ogromnej fortuny. - Z tych pieniędzy nie wolno nikomu korzystać, póki Wioletka nie stanie się pełnoletnia - wyjaśnił Klaus, przypominając sobie, co mówił pan Poe. Hrabia Olaf mocno poczerwieniał na obliczu. Przez chwilę milczał. Nagle zamachnął się gwałtownie i rąbnął Klausa w twarz. Klaus upadł na podłogę, oko w oko z okiem wytatuowanym nad oddaloną o parę cali kostką nogi Olafa. Okulary Klausa wylądowały w rogu kuchni. Lewy policzek, ten na który spadł cios Olafa, palił jak ogień. Trupa teatralna kwiczała ze śmiechu, a parę osób klaskało, jakby Hrabia Olaf dokonał czegoś bohaterskiego, a nie godnego pogardy. - Chodźmy, przyjaciele - rzekł Hrabia Olaf do swojej kompanii. - Bo spóźnimy się na własne przedstawienie. - Jak cię znam, Olafie - odezwał się hakoręki - na pewno znajdziesz sposób, by wyciągnąć forsę Baudelaire'ów. - Zobaczymy - mruknął Hrabia Olaf, ale oczy błyszczały mu tak, jakby już miał jakiś pomysł. Drzwi huknęły po raz drugi, zamykając się z impetem za Hrabią Olafem i jego straszliwą kompanią. Dzieci znów zostały same w kuchni. Wioletka uklękła przy Klausie i objęła go na pocieszenie. Słoneczko podczołgało się na czworakach do okularów, podniosło je i podało Klausowi. Wtedy Klaus się rozpłakał - nie tyle z bólu, ile z wściekłości na tę okropną sytuację, w której się znaleźli. Wioletka i Słoneczko zapłakały razem z bratem i szlochali tak we troje, zmywając naczynia, gasząc świece w stołowym pokoju, przebierając się i układając do snu -

Klaus w łóżku, Wioletka na podłodze, a Słoneczko w beciku z zasłon. Przez okno świecił do środka księżyc, więc gdyby ktoś zajrzał wtedy do pokoju sierot Baudelaire, zobaczyłby troje dzieci plączących po cichutku przez całą noc.

ROZDZIAŁ PIĄTY O ile nie macie wielkiego, bardzo wielkiego szczęścia, na pewno zdarzały wam się w życiu powody do płaczu. Więc, o ile nie macie wielkiego, bardzo wielkiego szczęścia, wiecie, że gdy się człowiek porządnie i długo wypłacze, na ogół robi mu się lepiej, nawet jeśli okoliczności nie zmieniły się ani na jotę. Tak też było z sierotami Baudelaire. Po przepłakanej nocy wstały rano z uczuciem, że spadł im z serca wielki ciężar. Wszyscy troje wiedzieli naturalnie, że tkwią nadal w okropnej sytuacji, ale zdawało im się, że da się coś zrobić, aby tę sytuację poprawić. Poranna instrukcja Hrabiego Olafa nakazywała im narąbać drewna na opał na podwórku za domem. Wywijając siekierą i rozszczepiając kłodę po kłodzie na mniejsze kawałki, Wioletka z Klausem omawiali możliwe plany działania, gdy tymczasem Słoneczko żuło w zamyśleniu szczapkę drewna. - Z całą pewnością nie możemy tutaj dłużej zostać - rzekł Klaus, dotykając paskudnego siniaka pod okiem, który był śladem po ciosie Olafa. - Wolę spróbować szczęścia na ulicy, niż żyć dalej w tym okropnym domu. - Ale kto wie, jakie nieszczęścia mogą nas spotkać na ulicy? - zauważyła trzeźwo Wioletka. - Tutaj przynajmniej mamy dach nad głową. - To wielka szkoda, że na pieniądze rodziców musimy czekać, aż będziesz pełnoletnia. Dużo bardziej przydałyby się teraz - rzekł Klaus. - Kupilibyśmy sobie zamek i zamieszkalibyśmy w nim, a straż patrolowałaby mury od zewnątrz, strzegąc nas przed Hrabią Olafem i jego trupą. - Urządziłabym sobie pracownię - rozmarzyła się Wioletka i jednym zamachem siekiery rozłupała kłodę na dwie równiutkie części. - Pełną kółek zębatych, wielokrążków i kabli, z doskonałym systemem komputerowym. - A ja olbrzymią bibliotekę - zawtórował jej Klaus. - Taką wygodną, jak u Sędzi Strauss, tylko dużo większą. - Gibbo! - pisnęło Słoneczko, co najwyraźniej znaczyło: „A ja miałabym mnóstwo rzeczy do gryzienia”. - Ale na razie trzeba znaleźć inne wyjście - powiedziała Wioletka. - Może Sędzia Strauss by nas zaadoptowała? - wymyślił Klaus. - Mówiła przecież, że zawsze jesteśmy u niej mile widziani. - Tak, ale miała na myśli wizyty towarzyskie i korzystanie z biblioteki - rzekła Wioletka. - A nie mieszkanie na stałe. - Nie sądzisz, że gdybyśmy jej wyjaśnili sytuację, zgodziłaby się nas zaadoptować? - spytał

z nadzieją Klaus. Jedno spojrzenie Wioletki przekonało go jednak, że propozycja nie ma szans. Adopcja to poważna życiowa decyzja, której nie podejmuje się pod wpływem chwili. Jestem pewien, że i wy nieraz życzyliście sobie, aby wychowywały was inne osoby niż te, które was właśnie wychowują, lecz wiedzieliście w głębi duszy, że nie ma na to szans. - Uważam, że powinniśmy się wybrać do pana Poe - stwierdziła Wioletka. - Powiedział nam przecież na pożegnanie, że jeśli będziemy mieli jakieś pytania, możemy skontaktować się z nim w banku. - Pytań właściwie nie mamy - zauważył Klaus. - Tylko zażalenie. Przypomniało mu się, jak pan Poe nadchodził ku nim Słoną Plażą ze straszną wiadomością. Chociaż pożar nie był, rzecz jasna, winą pana Poe, Klaus jakoś nie miał ochoty spotkać się z tym panem, bo bał się dalszych złych wiadomości. - Nie przychodzi mi do głowy nikt inny, z lam można by się skontaktować - rzekła Wioletka. - Pan Poe zarządza naszymi sprawami. Jestem pewna, że gdyby wiedział, jaki wstrętny jest Hrabia Olaf, natychmiast by nas stąd zabrał. Klaus wyobraził sobie, że pan Poe zajeżdża samochodem, pakuje do środka sieroty Baudelaire, aby wywieźć je gdzieś daleko - i błysnęła mu iskierka nadziei. Wszędzie będzie lepiej niż tutaj. - Zgoda - powiedział. - Porąbmy to drzewo do końca i chodźmy do banku. Ożywione planem działania, sieroty Baudelaire jęły machać siekierami w zdumiewającym tempie i wkrótce całe drewno było porąbane, a dzieci mogły pójść do banku. Przypomniało im się, jak Hrabia Olaf mówił, że ma w domu plan miasta, ale chociaż przeszukały dom gruntownie, nie znalazły ani śladu mapy, co podsunęło im myśl, że pewnie jest ona w wieży, gdzie nie wolno im wchodzić. Nie mając więc pojęcia, dokąd idą, sieroty Baudelaire ruszyły w stronę dzielnicy bankowej miasta, z nadzieją, że znajdą tam pana Poe. Minąwszy dzielnicę masarską, dzielnicę kwiatową i dzielnicę rzeźbiarską, wkroczyły w dzielnicę bankową. Tam zatrzymały się na chwilę, aby zaczerpnąć wody dla ochłody z Fontanny Zwycięskich Finansów. Dzielnica bankowa składała się z kilku szerokich ulic. Po obu stronach każdej ulicy stały wysokie, marmurowe gmachy, same banki. Dzieci odwiedziły najpierw Bank Zaufania, potem Wierne Konto i Pożyczki, a potem Drobne Usługi Finansowe, wszędzie wypytując o pana Poe. Recepcjonistka Drobnych Usług wiedziała przypadkiem, że pan Poe pracuje na końcu ulicy, w Mecenacie Mnożenia Mamony. Budynek MMM byt przysadzisty i raczej niepozorny, ale w środku przyjemny, chociaż tłum, ruch i gwar w dudniącej echem sali podziałały na dzieci onieśmielająco. W końcu spytały wartownika w mundurze, czy dobrze trafiły, a strażnik zaprowadził je do dużego gabinetu z mnóstwem