Powieści Nory Roberts
w Wydawnictwie Amber
Wszystko dla pań
Bezwstydna cnota
Bogowie zła
Miasteczko Innocence
Prawdziwe kłamstwa
Prawdy i zdrady
Słodka zemsta
Święte grzechy
Uczciwe złudzenia
Ukryte skarby śycie na sprzedaŜ
Sagi
Saga rodu Concannonów
Zrodzona, z ognia
Zrodzona, z lodu
Zrodzona ze wstydu
Saga rodu Concannonów
T0M3
Przekład
Sylwia Gil
&
AMBER
„Rozpoznaję moją miłość słysząc odgłos kroków
By rozpoznać moją miłość wystarczy dźwięk głosu”Prolog
Amanda miała koszmarny sen. Śnił się jej Colin. Widziała jego słodką,
kochaną twarz, na której malował się smutek. . - Mandy - powiedział.
Nigdy nie nazywał jej inaczej. Moja f Mandy, kochana Mandy. Ale w
jego głosie nie było radości, w oczach nie pojawiły się iskierki śmiechu.
- Mandy, nie moŜemy tego zataić. Bardzo bym chciał, ale nie moŜemy.
Mandy, moja Mandy, tak mi ciebie brakuje. Nigdy nie sądziłem, Ŝe
przybędziesz tu wkrótce po mnie. JakŜe teraz cięŜko naszej małej
dziewczynce. A będzie jeszcze cięŜej. Musisz jej powiedzieć, wiesz!
Uśmiechnął się, ale pozostał smutny. Jego ciało, twarz wydawały się tak
realne, Ŝe próbowała go dotknąć we śnie, ale zaczął znikać i gasnąć.
- Musisz jej powiedzieć - powtórzył. - PrzecieŜ zawsze uwaŜaliśmy, Ŝe
tak trzeba. Powinna wiedzieć, skąd pochodzi. Kim jest. Ale powiedz jej,
Mandy, powiedz jej, Ŝeby zawsze pamiętała, Ŝe ją kochałem. Bardzo
kochałem naszą małą dziewczynkę.
- Och, nie odchodź, Colinic! - Amanda jęknęła przez sen, pragnąc
go zatrzymać. - Kocham cię, Colinie, mój słodki, za wszystko, czym dla
.' mnie się stałeś. — Ale nie zdołała przywieść go z powrotem. Sen
pierzch-' nął. -' Jak cudownie widzieć znów Irlandię, pomyślała,
unosząc się jak mgła
nad zielonymi wzgórzami, które tak dobrze pamiętała. Jak cudownie »,
widzieć błyszczącą rzekę, podobną srebrnej wstędze opasującej bezcenny
\ podarunek.
I Zobaczyła teŜ Tommy'ego, kochany Tommy czekał na nią.
Uśmiechał
się do niej i zapraszał ją. Dlaczego to wszystko wydawało się takie
smutne,
kiedy znalazła się tu z powrotem. PrzecieŜ czuła się tak młodo, miała
w sobie tyle Ŝycia, była zakochana.
- Myślałam, Ŝe juŜ nigdy cię nie zobaczę. - Nie posiadała się z radości, a
w jej głosie dźwięczał śmiech. - Tommy, wróciłam do ciebie.
Wydawało się, Ŝe patrzy na nią, ale mimo wysiłku nie udało się jej
9przybliŜyć do niego bardziej niŜ na wyciągnięcie ramienia. Słyszała
jego głos, jasny i słodki jak zawsze.
- Kocham cię, Amando, zawsze cię kochałem. Nie było dnia, bym o
tobie nie myślał i nie wspominał tego, co tu znaleźliśmy. - Odwrócił się,
by spojrzeć ponad rzekę o łagodnych i zielonych brzegach i spokojnej
wodzie. - Nazwałaś nasze dziecko imieniem tej rzeki, aby pamiętać dni,
które tutaj spędziliśmy.
- Jest taka piękna, Tommy, taka mądra i silna. Byłbyś dumny.
- Jestem dumny i chciałbym... Ale to niemoŜliwe. Wiemy o tym. I ty to
wiesz. - Westchnął i odwrócił się. - DuŜo dla niej zrobiłaś, Amando.
Nigdy o tym nie zapomnij. Ale opuszczasz ją w tej chwili. Cierpienie
związane z odejściem, a takŜe to, co kryłaś w sobie przez długie lata,
czynią wszystko takie cięŜkie. Musisz jej powiedzieć, kim jest. I spróbuj
jej wytłumaczyć w jakiś sposób, Ŝe ją kochałem. I gdybym tylko mógł,
okazałbym jej to.
Nie mogę tego zrobić sama, pomyślała Amanda, zmagając się ze snem,
gdy obraz Tomma zniknął. - Och, dobry BoŜe, nie kaŜ mi tego robić
samej!
- Mamo! - Shannon pogłaskała drŜącymi rękami spoconą twarz matki. -
Mamo, obudź się! To sen, zły sen...
Wiedziała, jak sny bywają męczące. Wiedziała, Ŝe czasami moŜna bać się
przebudzenia. Sama zrywała się kaŜdego ranka w obawie, Ŝe matka juŜ
odeszła. W jej głosie brzmiała desperacja. Nie teraz, modliła się, jeszcze
nie teraz. Musisz się obudzić.
- Shannon, odeszli. Obaj. Zabrano mi ich.
- Ciii... Nic płacz. Proszę, nie płacz. Otwórz teraz oczy i spójrz na mnie.
Amandzie drŜały powieki. Oczy przepełniał smutek. - Przykro mi, tak
bardzo mi przykro. Zrobiłam tylko to, co uwaŜałam za najlepsze dla
ciebie.
- Wiem, oczywiście. - Shannon zastanawiała się, czy te majaki
oznaczają, Ŝe rak dostał się do mózgu. Czy nie dość, iŜ zaatakował juŜ
szpik kostny. Przeklinała nienasyconą chorobę, przeklinała Boga, ale jej
głos pobrzmiewał ciepłymi nutami, gdy zwróciła się do matki: - JuŜ
dobrze, jestem z tobą, jestem tutaj.
Amanda z wysiłkiem starała się miarowo oddychać. Przypomniała sobie
sen - Colin, Tommy, kochana mała dziewczynka. Jak bardzo udręczone
były oczy Shannon, jak bardzo stroskane, kiedy po raz pierwszy wróciła
do Columbus.
- JuŜ wszystko w porządku. - Amanda zrobiłaby wszystko, aby zni-
szczyć strach w oczach córki. - Jesteś tutaj. Tak się cieszę, Ŝe jesteś. I tak
mi przykro, kochanie, Ŝe muszę cię opuścić. Przestraszyłam cię, nie
chciałam cię przestraszyć.
To prawda. Strach tkwił jak metalowe ostrze w gardle Shannon, ale
potrząsnęła głową, Ŝeby temu zaprzeczyć. Przywykła niemal do strachu,
nie opuszczał jej nigdy, doświadczała go zwłaszcza wtedy, gdy podnosiła
10
słuchawkę telefonu w swym biurze w Nowym Jorku. Bała się, Ŝe usłyszy
o śmierci matki. - Boli cię?
- Nie, nie martw się. - Amanda znów westchnęła. Choć czuła ból,
piekielny ból, była silniejsza. Stała się mocniejsza, albowiem przyszło jej
się zmierzyć ze sobą. W ciągu tych kilku krótkich tygodni, odkąd
przebywała z nią Shannon, palił ją sekret, który ukrywała przed córką
przez całe Ŝycie. Ale teraz chciała go odkryć. Nie miała wiele czasu.
- Czy moŜesz mi dać wody, kochanie?
- Oczywiście. — Shannon podniosła dzbanek, stojący przy łóŜku,
napełniła plastikowy kubek i podała matce słomkę. OstroŜnie uniosła
wezgłowie łóŜka szpitalnego, aby ułoŜyć ją wygodniej.
Salon w ukochanym domu obu kobiet w Columbus przystosowano do
opieki nad chorą. Shannon chciała, aby matka ostatnie swe dni spędziła
w domu. Cicho rozbrzmiewała muzyka z magnetofonu. KsiąŜka, którą
Shannon przyniosła, aby poczytać matce, leŜała tam, gdzie ją upuściła w
przestrachu. OdłoŜyła ją na miejsce.
Kiedy tylko znalazła się sama, mówiła sobie, Ŝe następuje poprawa, Ŝe
widzi ją z kaŜdym dnigm. Ale wystarczyło, by spojrzała na matkę, na jej
szarzejącą skórę, na zmarszczki bólu, na wycieńczone ciało, aby zdać
sobie sprawę z prawdy. Nie mogła juŜ nic zrobić, tylko ułoŜyć matkę
wygodnie, podać z goryczą dawkę morfiny, aby załagodzić ból, który
nigdy nie dał się całkowicie uśmierzyć.
Shannon była świadoma, Ŝe ogarnia ją panika. Potrzebowała minuty
samotności, Ŝeby dodać sobie odwagi.
- Zrobię ci chłodny okład...
- Dziękuję. - To da mi dość czasu, pomyślała Amanda, gdy Shannon
pospiesznie wyszła. To pozwoli mi dobrać odpowiednie słowa... PomóŜ
mi, BoŜeRozdział pierwszy
Amanda przygotowywała się na tę chwilę latami, wiedząc, Ŝe nadejdzie,
a jednocześnie pragnąc, aby nie nastąpiła nigdy. .Jakkolwiek patrzeć na
sprawę, wszystko, co było szlachetne i prawe w stosunku do jednego z
męŜczyzn, których kochała, wydawało się niesprawiedliwe w stosunku
do drugiego. Ale w tej chwili to nie na nich musiała się skupić. Nie
zrobiła teŜ nic, czego sama by się wstydziła. Teraz liczyła się tylko
Shannon, którą musi zranić.
W tej chwili liczyła się tylko jej piękna, olśniewająca córka, która zawsze
ją uszczęśliwiała. Amandę przeniknął ból, ale zacisnęła zęby. Za chwilę
Shannon będzie musiała cierpieć za to, co się wydarzyło tyle lat temu w
Irlandii. Całym sercem Amanda próbowała znaleźć sposób na
złagodzenie cierpienia córki.
Obserwowała powracającą Shannon. Jej szybkie, wdzięczne i pełne
energii ruchy. Porusza się jak jej ojciec, pomyślała. Nie Colin. Drogi,
słodki Colin, niezdarny niczym dorastające szczenię.
Shannon ma ruchy Tommy'ego. Ma takŜe jego oczy. śywe, zielone jak
mech, jasne jak jezioro skąpane w słońcu. Gęste kasztanowe włosy,
spływające jedwabiście na twarz, to spadek po irlandzkich przodkach.
Kształt twarzy, kremowa skóra i miękkie, pełne usta to podarunek ode
mnie, pomyślała Amanda.
Ale to Colin nauczył Shannon wytrwałości, ambicji i poczucia własnej
wartości.
Uśmiechnęła się, gdy Shannon przemywała jej lepką od potu twarz.
- Nie mówiłam ci, jak bardzo jestem z ciebie dumna, Shannon.
- AleŜ mówiłaś.
- Nie. Czułam się rozczarowana, Ŝe nie pozostałaś przy malarstwie. To
egoistyczne z mojej strony. Wiem teraz o wiele lepiej, Ŝe kobieta
powinna sama wybierać sobie drogę.
- Nigdy nie próbowałaś mnie powstrzymać od wyjazdu do Nowego
Jorku i zajęcia się reklamą handlową. A poza tym nadal maluję - dodała
12
pocieszającym uśmiechem. - Prawie skończyłam obraz, tę martwą
natu-"-. Na pewno ci się spodoba.
Czemu nie przywiozła ze sobą płótna? A niech to! Dlaczego nie smyślała
o spakowaniu kilku obrazów czy szkiców? Mogłaby usiąść matką i
pokazać jej swoje prace. Sprawiłoby jej to tyle przyjemności.
- To jeden z moich ulubionych. - Amanda wskazała portret, wiszący ha
ścianie salonu. — Portret twojego ojca śpiącego w bryczce w ogrodzie.
i - Zamierzał skosić trawnik - zachichotała Shannon. OdłoŜyła kompres
na bok i zajęła miejsce przy łóŜku. - Za kaŜdym razem, gdy pytałyśmy,
dlaczego nie wynajmie chłopca do koszenia, twierdził, Ŝe jest to dobre
ćwiczenie, po czym wychodził i gdzieś przysypiał.
- Zawsze umiał mnie rozbawić, brakuje mi go... - Amanda ujęła Shannon
za rękę. - Wiem, Ŝe tobie teŜ go brakuje.
- Ciągle mi się wydaje, Ŝe krząta się przy frontowych drzwiach j mówi:
„Mandy, Shannon, ubierajcie najlepsze sukienki. Udało mi się izarobić
dziesięć tysięcy, wychodzimy na kolację!"
- Lubił zarabiać pieniądze. - Amanda zamyśliła się. Bawił się przy tym
dobrze. Nie myślał* o dolarach ani centach, nie był zachłanny ani
egoistyczny. Traktował całą sprawę jak dobrą rozrywkę. Tak samo te
ciągłe przeprowadzki z miejsca na miejsce co kilka lat. „Opuszczamy to
miasto,
Mandy, co powiesz na Kolorado? A moŜe Memphis?" - Amanda
potrząsnęła z uśmiechem głową. To było takie zabawne poudawać przez
chwilę,
Ŝe rozmawiają tak jak dawniej. - Ostatecznie, kiedy wprowadziliśmy się
tutaj, powiedziałam, Ŝe dość mam juŜ cygańskiego Ŝycia. Mieliśmy dom.
Ojciec takŜe tu osiadł, jak gdyby czekał na odpowiednie miejsce i czas.
- Kochał ten dom - wyszeptała Shannon.
- Ja teŜ. Nigdy nie miałam nic przeciw tym przeprowadzkom. Zawsze
.traktował je jak przygodę. Ale pamiętam, tydzień po wprowadzeniu się
ftutaj, usiadłam w swoim pokoju i pomyślałam, Ŝe tym razem chciałabym
, tu zostać.
Shannon uśmiechnęła się do matki. - Myślę, Ŝe wszyscy czuliśmy to
samo.
- Przenosiłby dla ciebie góry, zabijałby tygrysy. - Głos Amandy ZadrŜał,
gdy to mówiła. - Czy wiesz, Shannon, czy naprawdę zdajesz sobie
sprawę z tego, jak bardzo Colin cię kochał?
- Tak. - Podniosła rękę matki i przyłoŜyła do swego policzka. -Wiem
dobrze.
- Pamiętaj o tym!
- Zawsze pamiętam.
- Muszę, niestety, coś ci powiedzieć. Coś, co cię zrani, rozzłości i
wprawi w zakłopotanie. Przepraszam.
Wzięła głęboki oddech. Wiedziała, Ŝe jej sen to nie tylko smutek i
miłość. To ponaglenie. Zrozumiała, Ŝe nic ma nawet tych trzech tygodni
Ŝycia, które obiecywał jej doktor.
13- Mamo, rozumiem, ale wciąŜ jest nadzieja. Zawsze jest nadzieja.
- Nic o to chodzi - powiedziała, unosząc rękę. - Chodzi o przeszłość,
kochanie. O czas, kiedy wybrałam się z przyjaciółką zwiedzać Irlandię.
Zatrzymałyśmy się w hrabstwie Clare.
- Nigdy nie mówiłaś, Ŝe byłaś w Irlandii. - Wiadomość zaskoczyła
Shannon i wydała jej się dziwna. - Tyle podróŜowaliśmy. Zawsze
zastanawiałam się, dlaczego nigdy tam nie pojechaliśmy, z tobą i tatą,
przecieŜ oboje pochodziliście z Irlandii. Czułam jakiś związek z tym
krajem, coś mnie do niego ciągnęło.
- Naprawdę? — zapytała miękko Amanda.
- Trudno to wyjaśnić - zamruczała Shannon, czując się nieswojo. Nie
naleŜała do kobiet, które lubiły mówić o marzeniach. Uśmiechnęła się. -
Zawsze sobie obiecywałam, Ŝe gdy tylko trafią mi się długie wakacje,
tam właśnie pojadę. Ale w związku z promocją i nowymi obowiązkami
nic z tego nie wyszło. - Wzruszyła ramionami z pobłaŜaniem. - Poza tym,
pamiętam, Ŝe kiedykolwiek poddałam pomysł podróŜy do Irlandii,
patrzyliście na mnie kręcąc głowami i mówiliście, Ŝe jest wiele innych
miejsc do zobaczenia.
- Nie mogłam tam wrócić i twój ojciec to rozumiał. - Amanda zacisnęła
wargi, przyglądając się twarzy córki. - Czy zostaniesz przy mnie i
wysłuchasz mnie? Proszę, spróbuj zrozumieć!
Shannon poczuła nowy przypływ strachu. Co moŜe być gorszego od
śmierci? zastanawiała się. Dlaczego miałabym się bać czegoś wysłuchać?
-Jesteś zaniepokojona, mamo - zaczęła. - Czy wiesz, jak waŜny jest dla
ciebie spokój?
- I pozytywne myślenie - powiedziała Amanda z cieniem uśmiechu.
- To pomaga. Pamiętaj o tym. Tyle o tym czytałam.
- Wiem. - Resztki uśmiechu zniknęły z twarzy Amandy. - Kiedy byłam
kilka lat od ciebie starsza, wybrałam się w podróŜ z Kathleen Reilly.
Pojechałyśmy do Irlandii, by zaznać wielkiej przygody. Byłyśmy
dojrzałymi kobietami, ale obie wywodziłyśmy się z rodzin o surowych
zasadach. Tak surowych, Ŝe miałam juŜ ponad trzydziestkę, zanim
zdobyłam się na odwagę, by wyjechać. - Amanda odwróciła głowę, by
widzieć twarz Shannon, gdy mówiła. - Nic zrozumiesz tego. Zawsze
byłaś pewna siebie i odwaŜna. Ale kiedy ja doszłam do twojego wieku,
nawet nie zaczęłam jeszcze walczyć ze swoim tchórzostwem.
- Nigdy nie byłaś tchórzem.
- AleŜ byłam - powiedziała cicho Amanda. - Byłam. Moi rodzice to
typowi Irlandczycy, cnotliwi i prawi, bardziej papiescy od papieŜa. Czuji
się niezwykle rozczarowani, gdyŜ - w grę wchodziły raczej względy
prestiŜowe niŜ jakieś racje religijne - Ŝadne z ich dzieci nie miało
powołania...
- AleŜ jesteś jedynaczką - przerwała Shannon.
- Prawda jest inna. Powiedziałam ci, Ŝe nie mam rodziny, a ty
14
zrozumiałaś, Ŝe nie mam rodzeństwa. Miałam dwóch braci i siostrę, ale
od kiedy się urodziłaś, nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa.
- Ale dlaczego? Przepraszam, mów dalej.
- Zawsze umiałaś słuchać, ojciec cię tego nauczył. - Amanda przerwała
na chwilę, myśląc o Colinie. Miała nadzieję, Ŝe to, co robi, jest dobre dla
nich wszystkich. - Nie byliśmy zŜytą rodziną, Shannon. W domu
panowała oziębłość i surowe zwyczaje, obowiązywała etykieta.
Stanowczo się sprzeciwiano mojej podróŜy do Irlandii z Kate. Ale
pojechałyśmy. Podniecone jak uczennice, jadące na piknik. Najpierw do
Dublina. Później dalej, korzystając z map i własnego wyczucia. Po raz
pierwszy w Ŝyciu poczułam się wolna.
Jak łatwo sobie to wszystko przypomnieć, zdumiała się Amanda. Nawet
po tych wszystkich latach tłumienia wspomnień, przeszłość wypłynęła
tak czysta i jasna, jak woda. Chichot Kate, pokasływania małego
samochodu, który wynajęły, zakręty, które pokonywały we właściwym
albo niewłaściwym kierunku. I to pierwsze lękliwe spojrzenie na
rozciągające się wzgórza, na strome zachodnie klify. Miała wraŜenie, Ŝe
powróciła do domu. Nie oczekiwała takiego uczucia, nigdy teŜ więcej go
nie zaznała.
- Chciałyśmy zobaczyć wszystko, co tylko moŜliwe, i kiedy dotarłyśmy
do zachodnich krańców wyspy, znalazłyśmy uroczą gospodę z widokiem
na rzekę Shannon. Zostałyśmy tam. Była to nasza baza wypadowa.
Jeździłyśmy to tu, to tam na jednodniowe wycieczki. Odwiedziłyśmy
klify Mohr, Galway, plaŜe Ballybunnion i wszystkie te fascynujące
miejsca, które znajdowałyśmy po drodze, zupełnie ich nie oczekując. -
Spojrzała na córkę. Oczy miała jasne, wzrok przenikliwy. - Chciałabym,
Ŝebyś tam pojechała, poczuła magię tego miejsca. Zobaczyła morze
opadające z hukiem piorunów u podnóŜa klifów, zieleń pól. Odetchnęła
głęboko podczas łagodnego deszczu, zachłysnęła się wiatrem znad
Atlantyku. Przesiąkła światłem, które kojarzy się z perłą nakrapianą
złotem.
To miłość, pomyślała zaintrygowana Shannon. I tęsknota. Nie pode-
jrzewała o to matki. - Czy nigdy tam nie wróciłaś?
- Nie - powiedziała Amanda. - Nie wróciłam. Czy zastanawiałaś się
kiedykolwiek, kochanie, jak to jest, gdy ktoś układa swoje plany tak
ostroŜnie i dokładnie, iŜ wie, jak będzie wyglądał następny dzień, i
jeszcze następny, aŜ tu nagle wydarzy się coś, coś na pozór nic nie
znaczącego, coś, co zmieni cały ten plan. I nigdy juŜ nie będzie tak samo,
jak było.
PoniewaŜ to nie było pytanie, lecz stwierdzenie, Shannon po prostu
czekała, zastanawiając się, co teŜ mogło zmienić plany matki.
Ból znowu powrócił. Amanda zamknęła oczy na moment, koncentrując
się na zwalczeniu go. Powstrzyma ból, obiecała sobie, dopóki nie
skończy tego, co zaczęła.
- Pewnego ranka, a było to juŜ późne lato i deszcz kaprysił, to padał, to
nie padał, Kate poczuła się słabo. Zdecydowała się zostać w gospodzie i
przeleŜeć cały dzień w łóŜku, poczytać i odpocząć. Nic mogłam
usiedzieć w miejscu. Czułam, Ŝe są rzeczy, które muszę jeszcze
zobaczyć. Wzięłam
15samochód i pojechałam przed siebie, nic nie planując. Znalazłam się
na Loop Hcad. Wysiadając z samochodu, słyszałam rozpryskujące się
fale. Niespiesznie ruszyłam w kierunku klifów. Wiał wiatr, szemrząc w
trawach. Czułam zapach oceanu i deszczu. Jakaś siła przenikała
wszystko, fale miarowo uderzały o brzeg. Zobaczyłam męŜczyznę. -
Amanda mówiła teraz powoli. - Stał tam, gdzie ląd gubił się w morzu.
Spoglądał na wodę poprzez deszcz, patrzył na zachód, w kierunku
Ameryki. Oprócz niego nie było nikogo. Stał zgarbiony, w mokrej
kurtce, kapało mu z czapki, nasuniętej nisko na czoło. Odwrócił się,
jakby właśnie na mnie czekał, i uśmiechnął się.
Nagle Shannon chciała wstać, powiedzieć matce, Ŝe czas juŜ skończyć,
czas odpocząć, czas przerwać tę rozmowę. Jej ręce zacisnęły się zupełnie
nieświadomie w pięści. Serce zaczęło bić szybciej.
— Nie był młody — powiedziała cicho Amanda. - Ale był przystojny.
W jego oczach wyczytałam coś smutnego, jakieś zagubienie. Uśmiechnął
się i powiedział: „Dzień dobry". Dodał, Ŝe dzień jest wspaniały, bo
deszcz uderza w głowy, a wiatr smaga twarze. Zaśmiałam się, poniewaŜ
dzień naleŜał do udanych. Przywykłam do śpiewnego akcentu zachodniej
Irlandii. Głos tego człowieka był tak czarujący, Ŝe mogłam go słuchać
godzinami. Rozmawialiśmy b moich podróŜach, o Ameryce. Powiedział,
Ŝe jest farmerem, kiepskim farmerem. Czuł się źle z tego powodu,
poniewaŜ musiał utrzymywać dwie córeczki. Ale smutek nie pojawił się
na jego twarzy, gdy je wspominał. Nazywał je Maggie Mae i Brie. O
swojej Ŝonie mówił niewiele. Nagle poczęło wychodzić słońce -
powiedziała Amanda z westchnieniem. - Wychodziło powoli i pięknie,
kiedy tam tak staliśmy. Wydawało się, Ŝe przez chmury przepływają
strumyki złota. Spacerowaliśmy wąskimi ścieŜkami rozmawiając,
jakbyśmy znali się całe Ŝycie. I tam, na tych wysokich, cudownych
wzgórzach, zakochałam się w nim. Powinno mnie to przestraszyć. -
Zerknęła na Shannon, próbując dosięgnąć jej ręki. -Naprawdę się
wstydziłam. Miał Ŝonę i dzieci. Ale pomyślałam, Ŝe przecieŜ tylko ja
Ŝywię to uczucie. IleŜ moŜe być grzesznych myśli w duszy starej panny,
zauroczonej pewnego ranka przez przystojnego męŜczyznę?
Amanda z ulgą poczuła uścisk dłoni córki. - Ale nic tylko ja tak czułam.
Widywaliśmy się później zupełnie niezobowiązująco. W pubie, na
klifach, raz wziął mnie i Kate na mały jarmark niedaleko Ennis. Trudno,
abym pozostała niewinna. Nie byliśmy dziećmi, Ŝadne z nas, a to, co
czuliśmy do siebie, okazało się wielkie, waŜne i uczciwe... Musisz mi
wierzyć. Marzyliśmy, ale nie robiliśmy sobie obietnic. Był przywiązany
do swojej Ŝony, która go nie kochała, i do dzieci, które uwielbiał.
Amanda zwilŜyła suche wargi, łykając wodę przez słomkę, z podanej ,
bezrsłowa przez Shannon szklanki. Przerwała znowu na chwilę. To, co
teraz /'. zamierzała "powiedzieć, nie było lekkie.
- Wiedziałam, co robię, Shannon. Mówiąc szczerze, to z mojej inicja-
tywy zostaliśmy kochankami. Był pierwszym męŜczyzną, który mnie
16
dotykał, a robił to z taką delikatnością, troskliwością i miłością, Ŝe oboje
mieliśmy łzy w oczach. Wiedzieliśmy, Ŝe nasze spotkanie nastąpiło zbyt
późno! I to wydawało się takie beznadziejne.
Ciągle snuliśmy jednak głupie marzenia. Chciał znaleźć jakiś sposób na
opuszczenie Ŝony i przywiezienie swych córeczek do mnie, do Ameryki,
gdzie stworzylibyśmy rodzinę. Ten męŜczyzna desperacko pragnął
rodziny. Ja równieŜ. Rozmawialiśmy ze sobą w pokoju wychodzącym na
rzekę i udawaliśmy, Ŝe nigdy nic się nic zmieni. Spędziliśmy razem trzy
tygodnie, a kaŜdy następny dzień zdawał się piękniejszy od
poprzedniego i jednocześnie bardziej bolesny. Musiałam go opuścić.
Mówił, Ŝe będzie przychodził na Loop Hcad, gdzie się spotkaliśmy, i
patrzył w morze, w kierunku Nowego Jorku, w moją stronę. Nazywał się
Thomas Concan-non. Prowadził farmę i pragnął zostać poetą.
- Czy... - Głos Shannon był matowy i drŜący. - Czy spotkałaś go jeszcze
kiedyś?
- Nie, pisałam do niego czasami, a on odpowiadał. - Zacisnąwszy usta
Amanda patrzyła córce w oczy. - Wkrótce potem wróciłam do Nowego
Jorku i zorientowałam się, Ŝe jestem w ciąŜy.
Shannon potrząsnęła szybko głową, instynktownie zaprzeczając temu, co
usłyszała. Poczuła ogromny strach. - W ciąŜy? - Serce zaczęło jej bić
szybko. Znowu potrząsnęła głową i spróbowała uwolnić rękę.
Zrozumiała. Nic więcej Amanda nie musiała dodawać. Ale nie chciała
przyjąć tego do wiadomości. - Nie!
- Wpadłam w przeraŜenie. - Amanda wzmocniła uścisk ręki, choć
kosztowało ją to duŜo wysiłku. - Domyśliłam się tego od razu, ale
wpadłam w przeraŜenie. Nigdy nic sądziłam, Ŝe będę miała dziecko, Ŝe
znajdę kogoś, kto pokocha mnie na tyle, aby mi je podarować. Pragnęłam
tego dziecka. Kochałam je, dziękowałam za nie Bogu. JakŜe bolesna i
smutna była świadomość, Ŝe nigdy nie będę dzielić tej radości z Tom-
mym. Tego piękna, owocu naszej miłości. Gdy zawiadomiłam go o tym,
otrzymałam list wręcz szalony. Bardzo martwił się o mnie, o to, z czym
przyjdzie mi się samej zmierzyć. Chciał opuścić dom i przyjechać. Wie-
działam, Ŝe potrafiłby tego dokonać, i to mnie kusiło. Ale cóŜ to miałoby
wspólnego z dobrem, Shannon. Choć miłość do niego stanowiła dobro.
Napisałam do niego ostatni raz, kłamiąc po raz pierwszy, Ŝe się nie
martwię, nic jestem sama i wyjeŜdŜam.
- Jesteś zmęczona. - Shannon desperacko próbowała powstrzymać
słowa, które ją dogłębnie raniły. - Mówiłaś za długo. Musisz wziąć teraz
lekarstwo.
- Kochałby ciebie - rzekła gwałtownie Amanda. - Gdyby tylko miał
szansę. Jestem przekonana, Ŝe kochał ciebie, chociaŜ nigdy i
2 Przestań! - Shannon uniosła się. Nie mogła juŜ dłuŜeji Poczuła
narastające osłabienie, a jej twarz stała się blada ij chcę tego
słuchać! Nie muszę tego słuchać!
17
- Wiem. Przykro mi, Ŝe sprawiło ci to tyle bólu, ale wydaje mi się,
Ŝe powinnaś wiedzieć wszystko. Ja umieram... - powiedziała szybko
Amanda i kontynuowała. - Moja rodzina wpadła w panikę, kiedy
powiedziałam o ciąŜy. Chcieli, Ŝebym dokonała aborcji. Spokojnie,
dyskretnie, tak, aby nie doszło do Ŝadnego skandalu, aby nie musieli się
wstydzić. Umarłabym, gdybym miała to zrobić. Dziecko było moje i
Tommy'ego. W domu padały okropne słowa, słyszałam pogróŜki,
stawiano mi warunki. Wyparto się mnie, a mój ojciec, zdolny
biznesmen, zablokował moje konto bankowe. Nie miałam prawa
ubiegać się o pieniądze pozostawione mi w spadku przez babkę.
Pieniądze to nie zabawa. Rozumiesz! Pieniądze to potęga.
Opuściłam dom bez cienia Ŝalu z tym, co mi zostało jeszcze w
portfelu, i jedną walizką.
Shannon miała wraŜenie, Ŝe znalazła się pod wodą i walczy o łyk
powietrza. Z wolna jednak zaczęła wyobraŜać sobie swoją matkę,
młodą, prawie bez grosza, niosącą jedną walizkę. - Czy nic znalazł się
nikt, kto mógłby ci pomóc?
- Kate na pewno by to zrobiła. Wiem, Ŝe bardzo wszystko przeŜyła.
Ale to była moja sprawa. Cały wstyd i cała radość naleŜały do mnie.
Wsiadłam do pociągu, zmierzającego na północ, i znalazłam pracę
kelnerki w pewnym uzdrowisku w górach Catskills. Tam spotkałam
Colina Bodi-ne. - Amanda przerwała, kiedy Shannon odwróciła się i
podeszła do gasnącego kominka.
W pokoju panowała cisza. Przerywał ją tylko syk Ŝarzących się
węgielków i lekkie drŜenie okien, spowodowane silnym wiatrem. Mimo
tej ciszy Amanda wyczuwała burzę w duszy swojego dziecka, które
kochała ponad wszystko. Cierpiała, poniewaŜ wiedziała, Ŝe nawałnica
moŜe uderzyć w nie obie.
- Przyjechał na wakacje ze swoimi rodzicami. Nie zwracałam na
niego szczególnej uwagi. NaleŜał po prostu do tych bogatych i
uprzywilejowanych ludzi, których obsługiwałam. śartował od czasu do
czasu, a ja uśmiechałam się, bo tak wypadało. Skupiłam się na pracy,
zarobkach i dziecku, co we mnie wzrastało.
Pewnego popołudnia rozszalała się burza i większość gości
zdecydowała się zostać w hotelu. Lunch rozniesiono im do pokojów.
Gdy niosłam jedną z tac spiesząc się, by posiłek nic wystygł i goście nie
mieli powodów do narzekań, pojawił się Colin. Wytoczył się zza rogu,
przemoczony do suchej nitki, i wpadł prosto na mnie. Mój BoŜe, był tak
niezdarny!
Z oczu Shannon popłynęły łzy, gdy wpatrywała się w błyszczące
węgielki. - Przewrócił cię na ziemię. Tak zaczęła się wasza znajomość.
Wspominał o tym...
- Tak było. Zawsze mówiliśmy ci prawdę. LeŜałam jak długa w
błocie, jedzenie rozsypało się wokół. Zaczął mnie przepraszać i
próbował mi pomóc, ale ja widziałam tylko zmarnowany posiłek. Bolały
mnie plecy od dźwigania cięŜkich tac, a nogi miałam tak napuchnięte,
Ŝe się w końcu rozpłakałam.
18
Siedziałam w tym błocie i zanosiłam się płaczem, nie mogąc
przestać. Nawet kiedy mnie podniósł i zaniósł do swojego pokoju, nic
potrafiłam się uspokoić. Posadził mnie na krześle i choć kapało ze mnie
błoto, otulił mnie kocem i gładził, dopóki łzy mi nic obeschły. Czułam
się zawstydzona jego zachowaniem. Wydawał się taki miły. Nie
pozwolił mi odejść, dopóki nie obiecałam mu, Ŝe wybiorę się z nim na
kolację.
To mogło być romantyczne i urocze, myślała Shannon. Jej oddech
stał się krótki, urywany. Ale nie było, przeciwnie - wydawało się
ohydne.
- Zapewne nie wiedział, Ŝe jesteś w ciąŜy!
Amanda wykrzywiła twarz zarówno pod wpływem padającego
oskarŜenia, jak i nowego ataku bólu. - To nie całkiem tak. Faktycznie
nie obnosiłam się z tym. Musiałam starannie wszystko ukrywać, inaczej
straciłabym pracę. To były inne czasy i niezamęŜna, cięŜarna kelnerka
nigdy by się nie utrzymała w ośrodku dla bogaczy.
- Pozwoliłaś, by się w tobie zakochał, gdy nosiłaś dziecko innego. -
Głos Shannon stał się zimny jak lód. - A tym dzieckiem byłam ja,
okropne.
- Miałam juŜ swoje lata - powiedziała Amanda ostroŜnie, przygląda-
jąc się córce. Wyraz twarzy Shannon spowodował, Ŝe o mało się nie
rozpłakała. - A tak naprawdę nikt mnie nie kochał. Romans z Tommym
był szybki i oszałamiający jak błyskawica. WciąŜ czułam się nim
oślepiona, kiedy spotkałam Colina. WciąŜ cierpiałam z tego powodu,
rozpamiętywałam. Wszystko, co czułam do Tommy'ego, przelałam na
dziecko. Mówiłam ci, iŜ wydawało mi się, Ŝe Colin jest dla mnie miły.
Ale wkrótce przekonałam się, Ŝe jest to coś więcej.
- I pozwoliłaś mu!
- Prawdopodobnie mogłam go powstrzymać - powiedziała Amanda
z długim westchnieniem. - Nie wiem. Przez następny tydzień przysyłał
mi do pokoju kwiaty i śliczne, drobne upominki. Uwielbiał dawać.
Znajdował sposoby, Ŝeby się ze mną spotykać. Zjawiał się, gdy tylko
miałam przerwę w pracy, choćby dziesięciominutową. Potrzebowałam
czasu, aby zorientować się, Ŝe się mną interesuje.
Przeraziłam się. Był uroczym męŜczyzną, tak dla mnie dobrym.
Musiałam mu powiedzieć, Ŝe jestem w ciąŜy. Myślałam, Ŝe cała sprawa
na tym się skończy, i szczerze Ŝałowałam, bo został pierwszym moim
przyjacielem od czasu, gdy opuściłam Kate i Nowy Jork.
Słuchał mnie nie przerywając, bez pytań. Nie potępiał. A kiedy
skończyłam i rozpłakałam się, ujął mnie za rękę i powiedział: -
Najlepiej zrobisz, jeśli mnie poślubisz. Zaopiekuję się tobą i dzieckiem.
Po policzkach Shannon spływały łzy, odwróciła głowę. Amanda
płakała takŜe, ale nie pozwoliła emocjom zapanować nad sobą, choć
wiedziała, Ŝe nastąpiła katastrofa.
- Tak po prostu? JakŜeŜ to moŜliwe?
- Kochał mnie, ale jego propozycja wydawała mi się upokarzająca.
Odmówiłam mu oczywiście. CóŜ innego mogłam zrobić. Myślałam, Ŝe
19czuje się zobowiązany albo całkiem zwariował. Zaczął nalegać. Nawet
kiedy się zdenerwowałam i powiedziałam, Ŝeby zostawił mnie w
spokoju, nie zrezygnował. - Na ustach Amandy pojawił się uśmiech,
kiedy to wspominała. - To tak, jakbym była skałą, a on falą, która
cierpliwie, stopniowo niszczy cały opór.
Przyniósł mi rzeczy dla dziecka. Czy moŜesz sobie wyobrazić męŜczy-
znę, który chce się przypodobać kobiecie, przynosząc prezenty dla
dziecka, które jeszcze się nie narodziło?
Pewnego dnia wszedł do mojego pokoju i zakomunikował, Ŝe mam
odebrać pensję i zwolnić się z pracy. Tak zrobiłam. Dwa dni później
zostałam jego Ŝoną.
Amanda spojrzała nag]c na córkę i odgadła malujące się na jej twarzy
pytanie, zanim zostało zadane.
- KtóŜ by nie pokochał takiego męŜczyzny! Nie kłamię, naprawdę go
kochałam. I byłam mu wdzięczna. Jego rodzice oczywiście nie wydawali
się zachwyceni, ale mówił, Ŝe ich przekona. Z pewnością dokonałby
tego, niestety, zginęli w wypadku samochodowym w drodze do domu.
Zostaliśmy więc sami. Obiecałam sobie, Ŝe stanę się dobrą Ŝoną, stworzę
mu rodzinę, zaakceptuję go w łóŜku. Przyrzekłam sobie nie myśleć
więcej o Tommym, ale było to niemoŜliwe. Minęły iata, zanim
zrozumiałam, Ŝe nic ma nic wstydliwego w tym, iŜ pamiętam pierwszego
męŜczyznę, którego kochałam. Nie miało to nic wspólnego z brakiem
lojalności wobec męŜa.
- Nie był moim ojcem - powiedziała Shannon przez zaciśnięte zęby. -Był
twoim męŜem, ale nie moim ojcem.
- Oczywiście, Ŝe był twoim ojcem! - Po raz pierwszy w głosie Amandy
pojawił się gniew. - Nigdy tak nie mów!
- PrzecieŜ właśnie oznajmiłaś mi coś wręcz przeciwnego!
- Kochał cię, gdy znajdowałaś się jeszcze w moim łonie. Przyjął nas obie
bez wahania, nie z próŜnej ambicji. - Amanda mówiła tak szybko, jak
tylko pozwalał jej na to ból. - Mówiłam ci, Ŝe czułam się zawstydzona.
WciąŜ myślałam o męŜczyźnie, z którym nigdy nie mogłabym być, mając
jednocześnie najwspanialszego człowieka przy sobie.
W dzień twoich narodzin, kiedy zobaczyłam go, jak trzyma cię w swoich
niezgrabnych, wielkich dłoniach, z zachwytem i dumą na twarzy i
miłością w oczach, kołysząc cię przy tym tak delikatnie, jakby zrobiono
cię ze szkła, zakochałam się w nim. Kochałam go od tego dnia tak mocno,
jak tylko kobieta jest w stanie kochać męŜczyznę. I kocham go nadal.
Był twoim ojcem. Tommy równieŜ byłby nim, gdyby tylko mógł.
Jedyna rzecz, jakiej Ŝałowaliśmy z Colinem, to to, Ŝe nic mogliśmy mieć
więcej dzieci, aby dać im to szczęście, jakie dzieliliśmy z tobą.
- Chcesz, Ŝebym wszystko zaakceptowała. - W zdaniu tym było więcej
gniewu niŜ smutku. Shannon spojrzała na matkę. Kobieta, która leŜała w
łóŜku, stała się jej obca. Sama takŜe czulą się nieswojo. - Mów dalej, to i
tak niczego nie zmieni!
20
- Przestań, chcę dać ci czas na pogodzenie się z tym, co usłyszałaś.
Musisz to zrozumieć. I pragnę, Ŝebyś uwierzyła, kochaliśmy cię, kaŜde z
nas.
Świat Shannon leŜał rozbity u jej stóp. Wszystkie wspomnienia,
wszystko, w co wierzyła, zamieniło się w garść skorup.
- Pogodzić się? Z tym, Ŝe przespałaś się z Ŝonatym męŜczyzną, zaszłaś w
ciąŜę, a potem poślubiłaś pierwszego człowieka, który cię o to poprosił,
aby się ratować! Zaakceptować wszystkie kłamstwa, którymi karmiłaś
mnie całe Ŝycie! PrzecieŜ to jedno wielkie oszustwo!
- Masz prawo do gniewu. - Amanda walczyła z bólem fizycznym i
emocjonalnym.
- Gniew? Czy sądzisz, Ŝe to, co czuję, to wyłącznie gniew? BoŜe, jak
moŜesz to robić! - Shannon zachwiała się. Opanowało ją przeraŜenie. -
Jak mogłaś kryć to przede mną przez te wszystkie lata! Pozwolić mi
wierzyć, Ŝe jestem kimś, kim wcale nie jestem.
- PrzecieŜ jesteś nadal tą samą osobą - powiedziała z rozpaczą Amanda.
- Colin i ja uwaŜaliśmy, Ŝe tak jest najlepiej dla ciebie. Nigdy nie
wiedzieliśmy, kiedy i w jaki sposób ci to powiedzieć. My...
- Rozmawialiście o tym! - Zaślepiona wściekłością Shannon odwróciła
się do słabej kobiety, spoczywającej w łóŜku. Poczuła okropną chęć
potrząsnąć tym wychudłym ciałem. — MoŜe to dziś powiemy Shannon,
Ŝe jest drobną pomyłką, pamiątką z zachodniego wybrzeŜa Irlandii? A
moŜe zrobimy to jutro?
- Nie pomyłką, Ŝadną pomyłką, jesteś cudem. Przestań, Shannon! -
Amanda przerwała, cięŜko oddychając. - Przeszył ją taki ból, jakby
rozrywały ją kleszcze. Obraz poszarzał jej przed oczami.
Poczuła rękę, unoszącą jej głowę, słomkę wsuwaną w usta i usłyszała
głos córki, juŜ spokojny. - Łyknij wody, jeszcze trochę. Dobrze. PołóŜ
się teraz i zamknij oczy.
- Shannon! - Amanda wyciągnęła rękę.
- Jestem tutaj. Ból zaraz przejdzie, spróbuj zasnąć.
Ból powoli zanikał, zmęczenie spowijało ją niby mgła. Za mało czasu,
myślała Amanda. Dlaczego zawsze jest za mało czasu?
- Proszę nie miej mi za złe - mruczała półprzytomnie. - Nie moŜesz mnie
nienawidzić.
Shannon usiadła przytłoczona smutkiem. Siedziała tak jeszcze długo,
gdy matka zasnęła.
Amanda juŜ się nie obudziła.Rozdział drugi
Udy jedna z córek Toma Concannona przeŜywała ból po stracie matki,
dwie inne cieszyły się z okazji narodzin dziecka. Brianna Concannon
Thane kołysała w ramionach córeczkę, uwaŜnie patrząc w jej wielkie
niebieskie oczy, okolone bardzo długimi rzęsami. Niedowierzająco
spoglądała na malutkie paluszki z miniaturowymi paznokietkami, na
śliczne jak pączek róŜy usteczka. Wydawało się jej, Ŝe dziecko się
uśmiecha.
Nic minęło pół godziny, jak zdąŜyła zapomnieć o bólu, długotrwałym
wysiłku i zmęczeniu porodem. Pierzchły nawet gdzieś nachodzące ją
lęki. Miała dziecko.
- Dziewczynka naprawdę istnieje - powiedział Grayson Thane z na-
maszczeniem, delikatnie, nadzwyczaj ostroŜnie muskając policzek
dziecka opuszkami palców. Jest nasza, pomyślał. Nasza córka, Kayla!
Dziecko wydawało się tak małe, kruche i bezradne. - Czy sądzisz, Ŝe
mnie polubi?
- Lubimy cię, jesteś raczej sympatyczny, więc względy dziecka chyba
zyskasz - powiedziała szwagierka, chichocząc i zaglądając mu przez
ramię.
- Wiesz co, Brie - odezwała się po chwili. - Dziewczynka na pewno
odziedziczyła twój kolor włosów; teraz są bardziej brunatne, ale później
zrobią się miedzianozłote.
Brianna zadowolona z tego sądu rozpromieniła się i pogłaskała miękki
puszek na głowie córeczki. - Tak sądzisz?
- MoŜe będzie miała mój podbródek - wtrącił Gray głosem pełnym
nadziei.
- Oto typowy męŜczyzna - podsumowała Maggie, zerkając na swego
męŜa, który uśmiechnął się do niej szeroko zza szpitalnego łóŜka. -
Kobieta przechodzi przez ciąŜę - kontynuowała Maggie - wraz ze
wszystkimi jej niedogodnościami. Tc opuchnięte łydki, mdłości... Chodzi
miesiącami, kołysząc się jak krowa, a później cierpi podczas porodu...
- Nic przypominaj mi o tym. - Gray nie próbował nawet ukryć drŜenia na
wspomnienie jeszcze tak świeŜego przeŜycia.
22
Briannie udało się juŜ zapomnieć o porodzie, ałe nie Grayowi. Wyda-
rzenie to wycisnęło na nim piętno. Wszystko będzie Ŝyło w jego snach
latami, co do tego nie miał Ŝadnych wątpliwości. Bardzo to przeŜył, toteŜ
0 zmianach, jakie w nim zaszły, myślał ze strachem. Jako pisarz,
wspominał przebieg całego wydarzenia scena po scenie. Nigdy juŜ nie
zdoła myśleć o Ŝyciu w dawny sposób.
Nic mogąc się oprzeć, Maggie rozpuściła język. Bardzo lubiła Graya, ale
nigdy nie omieszkała zaŜartować z niego, gdy tylko nadarzyła się
sposobność. - Ile to trwało godzin? Osiemnaście? Osiemnaście godzin
bolesnego wysiłku, prawda Brie?
Brianna nie potrafiła ukryć uśmiechu, kiedy Gray zaczął blednąc. -Mniej
więcej, ale początkowo poród wydawał mi się dłuŜszy. Wszyscy kazali
mi oddychać, a biedny Gray, niemal całkiem pozbawiony tchu,
pokazywał mi, jak powinnam to robić.
Maggie odrzuciła do tyłu kosmyk włosów i powiedziała: - MęŜczyźni nie
mają powodów do jęków, siedząc osiem godzin za biurkiem. A zauwaŜ,
Ŝe ciągle nalegają, by zwać nas „słabą płcią".
- Ode mnie tego nie usłyszałaś. - Rogan Sweeney uśmiechnął się do
małŜonki. Uczestniczenie w narodzinach Kayli przypomniało mu, jak to
Maggie zmagała się dzielnie, niczym Ŝołnierz w bitwie, z przyjściem na
świat ich syna, Liama. - Na dobrą sprawę nikt nie bierze pod uwagę tego,
jak przechodzi przez to męŜczyzna - dodał i zwrócił się do Graysona. -
Co z twoją ręką?
Gray, ściągając brwi, zgiął palce, na które Ŝona nałoŜyła mocny
opatrunek. - Nie sądzę, aby była złamana.
- Pamiętam, jak dziarsko powstrzymywałeś wycie, mimo to twoje oczy
zaszły mgłą, gdy Brie mocno ścisnęła ci rękę - zaśmiała się Maggie.
- Masz szczęście, Ŝe ci nie złorzeczy. - Rogan uniósł ciemne, ładnie
zarysowane brwi, spoglądając na Ŝonę. - Epitety, jakimi obrzucała mnie
Margaret Mary po narodzinach Liama, wydałyby ci się z pewnością
oryginalne, lepiej ich nie powtarzać.
- Spróbuj zrzucić osiem funtów w tak krótkim czasie, a zobaczysz, jakie
słowa przyjdą ci na myśl. Wiecie, co on powiedział, gdy spojrzał na
Liama po raz pierwszy? „O, chłopiec ma mój nos." To wszystko.
- Bo ma.
- Czy dobrze się juŜ czujesz? - Zaniepokojony Gray zwrócił się nagle do
Ŝony. WciąŜ była trochę blada, ale jej oczy nabrały znów blasku.
Zniknęło gdzieś to budzące dreszcz spojrzenie pełne drŜenia. - Czy
wszystko w porządku?
- Tak, czuję się świetnie. - Aby zapewnić o tym męŜa, Brie uniosła rękę i
dotknęła jego twarzy. Twarzy, którą kochała. Darzyła miłością równieŜ
jego usta i cudowne, błyszczące oczy ze złotymi plamkami. -
1 nigdy nie zgodzę się z obietnicą, Ŝe mnie juŜ nigdy nie dotkniesz, jaką
złoŜyłeś mi w chwili porodu. - Ze śmiechem przytuliła dziecko. - Czy
23słyszałaś, Maggie, Graya krzyczącego na lekarza: „Zmieniliśmy
decyzję, nie chcemy dziecka, proszę zejść mi z drogi, zabieram Ŝonę do
domu!"
— Dobrze ci mówić. — Gray znów pogładził dziecko po twarzy. — Nie
musiałaś tego wszystkiego oglądać. W zasadzie całe zamieszanie
związane z narodzinami dziecka spada na głowę faceta.
- Masz rację - powiedział Rogan. - A w tej jakŜe cięŜkiej dla nas sytuacji
w ogóle się nas nie zauwaŜa. Chodźmy, Maggie, mieliśmy zadzwonić.
Maggie wstała chichocząc. - Chodźmy, za chwilę do was wrócimy.
Kiedy zostali sami, Brianna spojrzała rozpromieniona na męŜa. -Mamy
rodzinę, Graysonie.
Godzinę później, gdy pielęgniarka przyszła zabrać dziecko, Grayson stał
się niespokojny i podejrzliwy. - Chyba powinienem mieć na nią oko. Nie
mam zaufania, ta kobieta ma dziwny wzrok.
- Nie zadręczaj się i nie przesadzaj, Gray, dobrze!
- Dobrze. - Roześmiał się i wrócił do Ŝony. - Mam nadzieję, Ŝe ta
kobieta zna się na tym, jak sądzisz?
- Och, jestem tego pewna. - Rozbawiona Brianna objęła dłońmi męŜa, a
on pochylił się, by ją pocałować.
- Nasza Kayla jest piękna jak słońce.
- Kayla Thane - powtarzał, a potem wybuchnął śmiechem. - Kayla
Margaret Thane, pierwsza kobieta prezydent Stanów Zjednoczonych. W
Irlandii mieliśmy juŜ kobietę prezydenta. Zresztą, sama wybierze.
Pięknie wyglądasz, Brianno. - Pocałował ją znowu.
To, co powiedział, było absolutną prawdą. Oczy Brianny lśniły, a
miedzianozłote włosy wiły się wokół jeszcze trochę bladej twarzy.
Wiedział jednak, Ŝe oboje zaczynają budzić się do Ŝycia.
- Musisz być wyczerpana. Powinienem pozwolić ci się zdrzemnąć.
- Spać? - Spojrzała na niego zalotnie i pociągnęła go lekko w swoją
stronę, aby otrzymać pocałunek. - Chyba Ŝartujesz? Mam teraz tyle
energii! A poza tym jestem śmiertelnie głodna. Dałabym wszystko za
olbrzymiego hamburgera i górę frytek!
- Chcesz jeść? - Zerknął na nią zaskoczony. - Co za kobieta! MoŜe
później staniesz za pługiem!
- Wierzę, Ŝe poradziłabym sobie - odpowiedziała nieco obraŜonym
tonem Brianna. - Nie miałam ani kęsa w ustach od ponad dwudziestu
czterech godzin. Zechciałbyś zapytać, czy mogą mi coś przynieść?
- Szpitalne jedzenie? W Ŝadnym wypadku! Nie dla matki mojego
dziecka.
Gray zdał sobie natychmiast sprawę z nietaktu. Rzadko uŜywał zwrotu
„moja Ŝona", a teraz powiedział „moje dziecko".
- Idę poszukać hamburgera dla ciebie. Najlepszego, jakiego moŜna
znaleźć na zachodnim wybrzeŜu Irlandii.
24
Brianna wygodnie ułoŜyła się na łóŜku, zanosząc się śmiechem, kiedy
Gray wyszedł pospiesznie z sali. Co to był za rok, myślała. Minęło trochę
więcej niŜ rok od chwili, gdy go pokochała, a teraz są juŜ rodziną...
Mimo zarzekania się, Ŝe nic jest śpiąca, powieki jej stały się cięŜkie, i
szybko zapadła w sen.
Gdy się obudziła, wynurzając się z mglistych marzeń sennych, zoba-
czyła, Ŝe Gray siedzi na skraju łóŜka i uwaŜnie się jej przygląda.
- Dziecko teŜ spało - zaczął i uniósł rękę Ŝony do ust. - Tak długo
nalegałem, aŜ pozwolili mi ją znowu potrzymać. Wiesz, Kayla na mnie
spojrzała. Naprawdę, Brie. Prosto na mnie. Myślę, Ŝe wie, kim jestem...
Zacisnęła paluszki, te cudowne miękkie paluszki wokół mojego kciuka i
tak trzymała. - Przerwał nagle, przestraszony, a radość promieniująca z
jego twarzy zniknęła. Nie ukrywał lęku.
- Ty płaczesz? Dlaczego płaczesz? Czy coś cię boli? Zawołam lekarza.
Idę po kogoś.
- Nic! - Brianna szlochając chciała przytulić się do ramienia męŜa. -Nic
mnie nie boli. To dlatego, Ŝe tak bardzo cię kocham. Tak mnie
wzruszyłeś, Graysonie. Patrzyłam na twoją twarz, kiedy o niej mówiłeś, i
biło z niej takie szczęście...
- Nie wiedziałem, Ŝe aŜ tak... - zamruczał, gładząc jej włosy, a ona
usiadła na łóŜku i wtuliła się w niego.
- Wiesz, nigdy nie sądziłem, Ŝe jest to tak wielkie przeŜycie. Tak
niewiarygodnie wielkie. Będę dobrym ojcem - zapewniał z zapałem
naznaczonym jednocześnie cieniem lęku, Ŝe aŜ ją to rozbawiło.
- Wiem, wiem. - Jak mógłby nie być, skoro wierzyła mu tak bezgra-
nicznie.
- Przyniosłem ci hamburgera i jeszcze kilka drobiazgów.
- Dziękuję. - UłoŜyła się z powrotem i znów zaszlochała. Wycierała
usilnie oczy, ale zapełniały się łzami za kaŜdym razem, gdy tylko na
niego spojrzała. - Och, Graysonie, jaki z ciebie cudowny wariat.
Popatrzyła na pokój przepełniony kwiatami w koszach, w wazonach. Na
kolorowe balony o zabawnych kształtach. Zerknęła na wielkiego plu-
szowego psa, który strzegł jej łóŜka.
- To pies Kayli - rzekł Grayson, zdejmując opakowanie z hamburgera i
wręczając go Briannie. - Nie myśl o niczym. Oto hamburger, z pewno-
ścią zimny. Niestety zjadłem trochę frytek, ale mam jeszcze kawałek
czekoladowego ciasta dla ciebie. Jeśli masz ochotę, oczywiście.
Brianna otarła świeŜe łzy. - Chcę najpierw ciasta.
- Proszę bardzo.
- CóŜ to, juŜ ucztujesz? - zapytała Maggie, wchodząc do pokoju z
bukietem Ŝonkili w dłoniach.
Za nią podąŜał mąŜ, ukrywając twarz za pluszowym niedźwiedziem. -
Witaj, mamusiu! - Rogan Sweeney pochylił się nad łóŜkiem szwagierki,
by ją uściskać. Następnie spojrzał na Graya. - Co słychać, tatuśku?
25- Zgłodniała - odparł Gray, szeroko się uśmiechając.
- Jestem zbyt głodna, aby dzielić się z kimś ciastem! - Brianna nadgryzła
kawałek.
- Przyszliśmy znów na ciebie popatrzeć. - Maggie cięŜko usiadła na
krześle. - Widzieliśmy małą i mogę powiedzieć, bez przesady, Ŝe jest
najpiękniejszym dzieckiem wśród noworodków. Naprawdę ma twoje
włosy, Brie, i śliczne usteczka Graya.
- Murphy cię pozdrawia i Ŝyczy wszystkiego najlepszego - wtrącił
Rogan, umieszczając niedźwiedzia przy łóŜku obok psa. -
Zadzwoniliśmy do niego przed chwilą i przekazaliśmy nowinę. Świętuje
razem z Liamem, jedząc ciasta, które piekłaś na krótko przed pójściem
do szpitala.
- To miłe z jego strony, Ŝe zajmuje się Liamem, gdy wy jesteście tutaj.
- Och, bynajmniej nie jest to dla niego kłopotliwe. Najchętniej
siedziałby z chłopcem od rana do wieczora, gdybym mu tylko na to
pozwoliła. Na pewno świetnie się bawią - stwierdziła Maggie. - O,
jeszcze zanim zapytasz, w pubie u 0'Mallcyów wszystko jest
przygotowane. Czekają na twoich gości. Zastanawiam się tylko, dlaczego
przyjęłaś rezerwację wiedząc, Ŝe lada chwila moŜesz spodziewać się
dziecka?
- Prawdopodobnie z tych samych powodów, z jakich ty pracowałaś przy
swoim szkle do chwili, aŜ nie zawieziono cię do szpitala, Ŝebyś urodziła
Liama. - W głosie Brianny brzmiała ironia. - Tak mi się wydaje. To jest
po prostu moje Ŝycie. Czy mama i Lottie poszły juŜ do domu?
- Tak, przed chwilą. - Przez wzgląd na Briannę Maggie powstrzymała
uśmiech. Jak zawsze matka narzekała bez przerwy, tym razem obawiała
się, Ŝe w szpitalu nabawi się jakiejś choroby. Nic nowego. Nigdy juŜ się
nie zmieni. - Zajrzały tu, ale widząc, Ŝe śpisz, Lottie zaproponowała
mamie, iŜ odwiezie ją do domu. Przyjadą zobaczyć Kaylę jutro. - Maggie
przerwała i znacząco spojrzała na Rogana.
Jego niedostrzegalne kiwnięcie głową oznaczało, Ŝe do niej naleŜy
decyzja, czy podzielić się z Brie pozostałymi nowinami. PoniewaŜ
Maggie dobrze rozumiała Briannę i jej potrzeby, przysiadła z drugiej
strony łóŜka siostry, naprzeciwko Graya, i ujęła jej rękę.
Gray wydawał się zaniepokojony.
- Nic patrz tak na mnie - rzekła do szwagra. - Nic jej nic zrobię!
Chciałam tylko powiedzieć, Ŝe detektyw Rogana uwaŜa, Ŝe tym razem
odnalazł Amandę. Poczekaj, nic nie mów, to znowu moŜe być płonna
nadzieja. Ile razy juŜ przez to przechodziłyśmy!
- Ale teraz moŜe się udało! - Brianna przymknęła na chwilę oczy.
Przeszło rok temu znalazła listy pisane przez Amandę Dougherty do ojca.
Listy miłosne, które ją bardzo zaszokowały i przeraziły. Dowiedziała się
z nich, Ŝe kobieta ta ma z jej ojcem dziecko. To rozpoczęło długą serię
poszukiwań osoby, którą kochał jej ojciec, i dziecka, którego nigdy nie
poznał.
- To jest moŜliwe - ostroŜnie odezwał się Gray, nic chcąc widzieć
26
rozczarowania na twarzy Ŝony. - Brie, wiesz przecieŜ, ile razy gubiliśmy
ślad od momentu odnalezienia aktu urodzenia tej kobiety?
- PrzecieŜ wiemy całkiem duŜo. Wiemy, Ŝe mamy siostrę - powtarzała
uparcie Brianna. - Znamy jej imię. Wiemy, Ŝe Amanda wyszła za mąŜ, Ŝe
często przeprowadzała się z miejsca na miejsce. To te przeprowadzki
sprawiają nam teraz kłopot. Ale prędzej czy później odnajdziemy je!
Mam wraŜenie, Ŝe teraz się uda.
- Zobaczymy. - Maggie właściwie nie wierzyła juŜ w taką moŜliwość.
Poza tym nie była całkowicie przekonana co do tego, czy faktycznie chce
odnaleźć kobietę, która jest jej przyrodnią siostrą. - Detektyw wyruszył w
tej chwili w drogę do Columbus w stanie Ohio. Tak czy inaczej wkrótce
czegoś się dowiemy.
- Ojciec chciałby, Ŝebyśmy to zrobiły - powiedziała spokojnie Brianna. -
Czułby się szczęśliwy, wiedząc, Ŝe przynajmniej próbujemy je odnaleźć.
Maggie wstała, wzruszając ramionami. - Skoro juŜ zaczęliśmy, nie
zaprzestaniemy poszukiwań. - Miała tylko nadzieję, Ŝe wszyscy z tej
historii wyjdą bez szwanku i nikt nie zostanie zraniony. - Wydaje mi się
jednak, Ŝe powinnaś w tej chwili cieszyć się z powiększenia rodziny, a
nie martwić się o kogoś, kogo moŜemy wcale nie odnaleźć.
- Powiesz mi o wszystkim, jak tylko się czegoś dowiesz - nalegała
Brianna.
- Oczywiście, ale naprawdę nic powinnaś teraz zawracać sobie tym
głowy.
Maggie rozejrzała się po pokoju. - Czy chcesz, Ŝebyśmy zabrali te
wszystkie kwiaty do domu? Będą tam stały, kiedy przyjedziecie z dziec-
kiem.
- Świetnie, to dobry pomysł. - Brianna powstrzymała resztę pytań
kłębiących się w jej głowie. Na razie i tak nikt nie potrafił na nie
odpowiedzieć.
- Czy jeszcze czegoś potrzebujesz, Brianno? - Rogan był w pogodnym
nastroju. Z uśmiechem przyjął naręcze kwiatów, które zebrała Ŝona. -
MoŜe więcej ciasta?
Brianna spojrzała nań zarumieniona. - Zjadłam całe, prawda? Nie,
niczego juŜ nie potrzebuję, dziękuję. Idźcie lepiej do domu i wyśpijcie
się jak naleŜy.
- Tak zrobimy. Zadzwonię do ciebie - obiecała Maggie.
Gdy tylko wyszła z Rogancm, w jej oczach pojawił się smutek. -
Chciałabym, Ŝeby Brianna nie wierzyła tak bardzo w to, Ŝe ta nasza
zaginiona siostra zechce od razu rzucić się jej w ramiona.
- Wiem, ale taka właśnie jest Brianna.
- Święta Brianna - westchnęła Maggie. - Nie zniosę, jeśli wyjdzie z tego
zraniona, Roganie. Wystarczy na nią spojrzeć, a widać, jak zaprząta
sobie tym głowę. Jak bardzo tkwi to w jej sercu. NiewaŜne. MoŜe się
mylę, ale byłoby lepiej, gdyby tych listów nigdy nie znalazła.
27- Nie denerwuj się tym. Wystarczy, Ŝe juŜ to robi Brianna. - Rogan
nacisnął ramieniem przycisk windy.
- Wcale się nie denerwuję - zaprzeczyła Maggie. - Tylko Brianna nie
powinna teraz o tym myśleć. Ma dziecko, którym musi się zająć, a Gray
prawdopodobnie wyjedzie na kilka miesięcy w związku z promocją
nowej ksiąŜki.
- Myślę, Ŝe to odłoŜy. - Rogan poprawił kwiaty tak, aby ich nie połamać.
- Z tego, co wiem, Gray chce to odłoŜyć, ale Brianna zadręcza go, Ŝeby
jechał. Według niej nic nic powinno stać na przeszkodzie jego pracy.
Zirytowana Maggie rzuciła spojrzenie w kierunku windy. - Tak, a ona
moŜe niańczyć dziecko, zajmować się pensjonatem, tymi cholernymi
gośćmi... Wszystko naraz! To jest właśnie cała Brianna!
- Wiemy dobrze, Ŝe Brianna jest dość silna, aby zmierzyć się ze
wszystkim, cokolwiek się stanie. Jest przecieŜ taka, jak ty.
Gotowa do kłótni, Maggie spojrzała na męŜa, ale widok jego rozba-
wionej twarzy załagodził jej złość. - MoŜe i masz rację. - Mrugnęła
łobuzersko. - Tylko ten jeden raz - dodała.
JuŜ trochę spokojniejsza, wzięła od niego część kwiatów. - To zbyt
piękny dzień, aby przejmować się czymś, co nigdy moŜe się nie zdarzyć.
Mamy śliczną siostrzenicę, Sweeneyu, prawda?
- Tak. Właśnie myślę, Ŝe odziedziczyła twój podbródek, Margaret Mary.
- Ja teŜ tak sądzę. Weszli razem do windy.
Jakie to proste, zadumała się Maggie, wystarczy zapomnieć o rzeczach
przyziemnych i myśleć tylko o szczęściu.
- Wiesz, skoro Liam chodzi juŜ o własnych siłach, moŜe zaczniemy
myśleć o jakiejś siostrzyczce czy braciszku dla niego?
Rogan zaśmiał się i ucałował Ŝonę, wychylając twarz zza bukietu Ŝonkili.
- Ja teŜ o tym myślałem.
jp
Rozdział trzeci
Jestem Światłem i Zmartwychwstaniem. Shannon znała te słowa. Znała
wszystkie słowa księdza, które miały ją uspokoić, wyciszyć, moŜe
zainspirować... Słuchała ich tego pięknego wiosennego dnia przy grobie
matki. Rozbrzmiewały w zatłoczonym, skąpanym w słońcu kościele
podczas mszy za zmarłą. Pamiętała je bardzo dobrze z dzieciństwa.
Klękała, wstawała i siadała zupełnie machinalnie, jakby jakaś część jej
mózgu powodowała nią podczas ceremonii.
Nie czuła się jednak ani uspokojona, ani wyciszona, ani zainspirowana.
Obraz ten nie przypominał jej snu, był zbyt realny.
Ubrany na czarno ksiądz obdarzony wspaniałym barytonem, dziesiątki
opłakujących zmarłą, złoty strumień światła, odbijający się od
mosięŜnych okuć trumny pokrytej kwiatami. Szlochy i ćwierkanie
ptaków.
Shannon Ŝegnała swoją matkę.
Obok świeŜego grobu znajdował się kopczyk drugiego, czysto utrzy-
many, a w jego głowach tkwił świeŜy nagrobek męŜczyzny, którego całe
Ŝycie uwaŜała za swojego ojca.
Powinna była płakać, ale łzy juŜ jej wyschły. Powinna była się modlić,
ale modlitwy nie przychodziły.
Głos księdza dźwięczał w czystym wiosennym powietrzu. Shannon stała
przy grobach, ale myślami przeniosła się do chwili, gdy spacerowała tam
i z powrotem po salonie. Jej gniew jeszcze nie wygasł. Wydawało jej się,
Ŝe matka śpi. Postanowiła ją obudzić, poniewaŜ w jej głowie roiło się od
pytań i próśb. Nie mogła dłuŜej czekać.
Delikatnie poruszyła jej ramię. Dzięki Bogu, Ŝe przynajmniej zrobiła to
delikatnie. Matka jednak się nic obudziła. Shannon nie dostrzegła ani
cienia ruchu,
Wpadfo w panikę. Nie była juŜ tak ostroŜna, zaczęła potrząsać matką,
krzyczeć, błagać. Po kilku minutach zaślepienia, na szczęście krótkich,
zrozumiała, Ŝe torsie na nic nic zda. W oszołomieniu zadzwoniła po
29ambulans. Później nie kończąca się, przeraŜająca jazda do szpitala i
oczekiwanie, ciągłe oczekiwanie w napięciu.
Teraz wszystko juŜ się skończyło. Amanda zapadła w śpiączkę i w takim
stanie zabrała ją śmierć. I jak mówił ksiądz: „Odeszła w wieczność".
W szpitalu zarówno doktor, jak i niezwykle uprzejme pielęgniarki
mówili jej, Ŝe na matkę spłynęło błogosławieństwo. Przyjaciele i
sąsiedzi, których zawiadomiła, takŜe uznali to za błogosławieństwo.
Przez ostatnie czterdzieści osiem godzin nie czuła bólu ani cierpienia. Po
prostu spała, kiedy jej ciało i mózg obumierały.
Tylko Ŝyjący cierpią, pomyślała Shannon. Tylko oni, obarczeni winą i
Ŝalem, dręczącymi pytaniami, na które nic ma odpowiedzi. - Jest teraz z
Colinem! - Usłyszała szept.
Shannon otrząsnęła się z zamyślenia i zobaczyła, Ŝe wszyscy się ku niej
zwrócili. Nic pozostało jej nic innego, jak przyjąć kondolcncje, wsparcie
i zapewnienia o smutku.
Rozejrzała się wokół siebie. Wiele z tych osób wróci oczywiście z nią do
domu, przygotowała się do tego.
Jakkolwiek patrzeć, myślała, odpowiadając jednocześnie podchodzącym
do niej ludziom, najlepiej radzę sobie z detalami.
Przygotowała pogrzeb starannie i bez zaniedbań. Matka na pewno
pragnęłaby prostego pogrzebu, toteŜ Shannon zrobiła wszystko, aby
zadowolić Amandę w swej ostatniej wobec niej powinności. Prosta
trumna, kwiaty i muzyka, uroczysta katolicka ceremonia.
I stypa oczywiście. Wydawało jej się to okropne, Ŝe musi zająć się
przygotowaniem jedzenia dla przyjaciół i sąsiadów, którzy przyjdą do
domu prosto z cmentarza, kiedy nie ma na to ani czasu, ani energii.
W końcu została sama. Przez chwilę nie mogła zebrać myśli. Czego
właściwie chce?
Łzy i modlitwy wciąŜ nie przychodziły. Spróbowała połoŜyć rękę na
trumnie, ale czuła tylko rozgrzane słońcem drewno i powietrze
wypełnione zapachem róŜ.
- Przepraszam - wyszeptała. - To nie powinno się tak skończyć, ale nie
wiem, jak to rozwiązać, jak zmienić. I nie potrafię powiedzieć „Ŝegnaj"
do Ŝadnego z was. - Spojrzała na nagrobek obok. „Colin Alan Bodine.
Ukochany mąŜ i ojciec."
Nawet te ostatnie słowa, pomyślała Ŝałośnie, wyrzeźbione w granicie, są
kłamstwem. Jej jedynym Ŝyczeniem, kiedy tak stała nad grobami dwojga
ludzi, których kochała całe Ŝycie, było nigdy nie poznać prawdy. I to
uparte, egoistyczne Ŝyczenie sprawiło, Ŝe poczuła się winna. Wiedziała,
Ŝe musi jakoś z tym Ŝyć.
Odwróciła się i odeszła samotnie do czekającego na nią samochodu.
30
Wydawało jej się, Ŝe minęły wieki od czasu, kiedy tłum zaczął się
rozchodzić i w domu zapadła cisza.
Amanda była bardzo lubiana i ci, którzy ją lubili, zebrali się w jej domu.
Shannon wysłuchała ostatnich podziękowań, słów współczucia,
poŜegnań i w końcu zamknęła drzwi. Została sama.
Poczuła zmęczenie, kiedy weszła do biura ojca.
Amanda zmieniła tu trochę w ciągu tych jedenastu miesięcy, które
dzieliły ją od nagłej śmierci męŜa. Na wielkim starym biurku nic
panował juŜ rozgardiasz. Shannon musiała zastanowić się, co zrobić z
komputerem, faxem i innym wyposaŜeniem, którego Colin uŜywał jako
makler i doradca finansowy. Moje zabawki, tak to nazywał. Nawet
Amanda je zatrzymała, choć nie miała nic przeciwko temu, by oddać jego
garnitury, buty i zwariowane krawaty. Wszystkie księgi pozostały na
półkach, księgi majątkowe, rachunkowe i podatkowe.
Zmęczona Shannon usiadła na skórzanym fotelu, który podarowała mu z
okazji Dnia Ojca pięć lat temu. Bardzo mu się podobał, wspominała,
przesuwając rękę po miękkiej skórze koloru burgunda.
- Dość duŜy, Ŝeby w nim posadzić konia - powiedział wtedy i ze
śmiechem ją uściskał.
Chciała poczuć ów uścisk, ale nic mogła. Nie czuła nic. I to jej
powiedziało więcej niŜ msza pogrzebowa, więcej niŜ cmentarz. Została
zupełnie sama. Naprawdę sama.
Miałam tak mało czasu, myślała tępo Shannon. Gdyby wiedziała
wcześniej... Nie była pewna, co ma na myśli. Chorobę matki czy jej
kłamstwo.
Gdyby wiedziała wcześniej, mogłaby spróbować z niekonwencjonalną
medycyną. Koncentraty witamin, leki homeopatyczne, o których tyle
czytała. Zebrała na ten temat całą kolekcję ksiąŜek. Miała za mało czasu,
Ŝeby skorzystać z tej szansy.
Tragedia rozegrała się w ciągu kilku tygodni. Matka ukrywała przed nią
chorobę, jak równieŜ inne sprawy. Nie chciała się nimi dzielić nawet z
własną córką, pomyślała Shannon gorzko, walcząc z gniewem.
Dlatego teŜ ostatnie słowa, jakie wypowiedziała do matki, były gniewne i
obraźliwe. Wiedziała, Ŝe nigdy juŜ ich nic odwoła.
Zacisnęła pięści przeciwko niewidzialnemu wrogowi, a twarz jej
zapłonęła. Odwróciła się od biurka. Potrzebowała czasu. BoŜe, potrze-
bowała czasu, Ŝeby wszystko pojąć albo Ŝeby chociaŜ nauczyć się z tym
Ŝyć.
Z jej oczu trysnęły łzy gorące i rzewne. PoniewaŜ wiedziała w głębi
serca, iŜ Ŝyczyła sobie, by matka umarła przed zdradzeniem sekretu,
nienawidziła siebie za to.
Kiedy łzy obeschły, stwierdziła, Ŝe musi się połoŜyć. Machinalnie weszła
po schodach. Obmyła gorące policzki chłodną wodą i połoŜyła się w
ubraniu rfe łóŜku.
31Muszę sprzedać dom, myślała, i meble. Trzeba przejrzeć dokumenty.
Nie powiedziała matce, Ŝe ją kochała. Zupełnie wyczerpana zapadła z
cięŜkim sercem w sen.
Popołudniowe drzemki zawsze sprawiały, Ŝe Shannon czuła się pół-
przytomna. Zresztą sypiała popołudniami tylko wtedy, gdy się
rozchorowała, a chorowała rzadko.
W domu panowała cisza, kiedy wygrzebała się z łóŜka. Spojrzała na
zegar. Spała mniej niŜ godzinę, ale czuła się ocięŜała i miała zamęt w
głowie. Pomyślała, Ŝe zrobi sobie kawę i usiądzie, aby zaplanować, co
zrobić z rzeczami matki i domem, który tak kochała.
Nagle zadzwonił dzwonek, jeszcze zanim zdąŜyła zejść schodami na dół.
Prosiła tylko w myślach, by nie był to Ŝaden dobroduszny sąsiad, który
zaproponowałby jej pomoc lub swoje towarzystwo. Nie chciała widzieć
w tej chwili nikogo.
Przed drzwiami stał nieznajomy męŜczyzna średniego wzrostu w czar-
nym garniturze. W ręku trzymał niewielką torbę. Włosy miał
przyprószone siwizną. Oczy rzucały przenikliwe spojrzenia, tak Ŝe
poczuła się dziwnie, gdy jego wzrok spoczął na jej twarzy.
- Szukam Amandy Doughcrty Bodine.
- To jest rezydencja Bodinów - odrzekła Shannon, próbując zgadnąć,
kim jest ten człowiek. Handlarz? Raczej nic. - Jestem jej córką, czego
pan sobie Ŝyczy?
Twarz męŜczyzny się nie zmieniła, ale Shannon wyczuła, Ŝe jego uwaga
znacznie wzrosła.
- Chciałbym pomówić z panią Bodine, jeśli to moŜliwe. Nazywam się
John Hobbs.
- Przykro mi, panie Hobbs, ale jest to niemoŜliwe. Pochowałam matkę
dziś rano, proszę mi wybaczyć...
- To okropne. - MęŜczyzna ręką przytrzymał drzwi, kiedy Shannon
chciała je zamknąć. - Właśnie przybyłem tu z Nowego Jorku. Nie słysza-
łem o śmierci pani matki.
Hobbs szybko wszystko przemyślał. Za blisko dotarł, aby teraz tak po
prostu odejść.
- Czy pani jest Shannon Bodine?
- Tak, to ja. O co więc panu chodzi, panie Hobbs?
- Czy moŜe pani poświęcić mi kilka minut? - powiedział dość
przyjaźnie. - Oczywiście, kiedy pani zechce. Chciałbym się z panią umó-
wić w ciągu najbliŜszych kilku dni.
Shannon odrzuciła włosy do tyłu. Były całe w nieładzie po drzemce.
- Muszę wrócić do Nowego Jorku za kilka dni. MoŜemy się tam spotkać.
Byłbym bardzo wdzięczny.
Oczy Shannon zwęziły się. Czuła się zupełnie zdezorientowana,
32
a przecieŜ jeszcze nie doszła całkiem do siebie. - Czy moja matka pana
znała, panic Hobbs?
- Nie, nie znała, pani Bodine.
- A więc nie mamy o czym rozmawiać, a teraz pan wybaczy...
- Mam wiadomości do przekazania. UpowaŜnili mnie do tego moi
klienci. Wiadomości dla pani Bodine.
Hobbs trzymał rękę na drzwiach na wypadek, gdyby Shannon chciała je
zamknąć.
- Klienci! - Wbrew sobie Shannon poczuła, Ŝe jest zaintrygowana. -Czy
dotyczy to mego ojca?
Choć wahanie Hobbsa nie trwało długo, Shannon zdołała je uchwycić.
Serce zaczęło jej walić.
- To dotyczy pani rodziny, to prawda. Gdybyśmy mogli się spotkać...
Poinformuję klientów o śmierci pani Bodine.
- Kim są pańscy klienci, panic Hobbs? Nie, proszę mi nie mówić, Ŝe to
sprawa poufna - mówiła szybko. - Przyszedł pan do tego domu w dzień
pogrzebu mojej matki, szukając jej, aby coś z nią przedyskutować. Coś,
co dotyczy mojej rodziny. Teraz ja jestem „moją rodziną", toteŜ, panie
Hobbs, pańskie informacje z pewnością dotyczą i mnie. Kim są pańscy
klienci?
- Muszę zadzwonić ze swojego samochodu. Poczeka pani na mnie
chwilkę?
- Dobrze - zgodziła się impulsywnie Shannon. W jej głosie brak było
cierpliwości. - Poczekam.
Zamknęła jednak drzwi, kiedy Hobbs odszedł w kierunku samochodu,
zaparkowanego z brzegu chodnika. Czuła, Ŝe koniecznie musi napić się
kawy. Nic powinno zająć jej to duŜo czasu. Dzwonek u drzwi
zadźwięczał, gdy tylko zaczęła pić. Wzięła ze sobą kubek i poszła
otworzyć.
- Pani Bodine, mój klient upowaŜnił mnie do swobodnego dyspono-
wania informacjami.
WłoŜywszy rękę do kieszeni, wyjął z niej wizytówkę i podał Shannon.
Biuro Detektywistyczne „Doubleday", przeczytała. Nowy Jork. Shannon
uniosła brwi.
- Znalazł się pan daleko od domu, panie Hobbs.
- Mój zawód zawsze trzyma mnie w drodze. Ten szczególny przypadek
zawiódł mnie tutaj. Czy mógłbym wejść, pani Bodine? Oczywiście, jeśli
pani woli, moŜemy się spotkać gdzie indziej.
Miała ochotę zamknąć mu drzwi przed nosem. Nie dlatego Ŝe obawiała
się go fizycznie. Jej tchórzostwo wywodziło się z czegoś innego i tkwiło
w niej głęboko. PoniewaŜ jednak je rozpoznała, postanowiła je zignoro-
wać. - Proszę, właśnie zrobiłam kawę.
- ZauwaŜyłem.
Jak miał w zwyczaju, uwaŜnie rozglądał się wokół siebie, podąŜając za
Shannon. Dom urządzono z przepychem, w bardzo dobrym guście.
3 — Zrodzona ze wstydu
33WyposaŜenie wnętrza odzwierciedlało w jakiś sposób to wszystko, o
czym Hobbs dowiedział się w ciągu ostatnich miesięcy o Bodinach.
Tworzyli miłą, bezpretensjonalną, blisko ze sobą związaną, dobrze
sytuowaną rodzinę.
- To trudny okres dla pani, pani Bodine - zaczął Hobbs, gdy zajął
miejsce przy stole, które wskazała mu Shannon. - Mam nadzieję, Ŝe nie
pogorszę jeszcze sytuacji.
- Moja matka umarła dwa dni temu, panie Hobbs. Nie sądzę, by mógł
pan coś pogorszyć. I tak juŜ jest wystarczająco trudno. Śmietanki, cukru?
- Dziękuję, czarną proszę. - Przyglądał się jej, kiedy przygotowywała mu
kawę. Jest opanowana, myślał, to ułatwi mi sprawę.
- Czy pani matka była chora, pani Bodine?
- Tak, na raka - odparła Shannon.
Nie potrzebuje współczucia i nie naleŜy jej go okazywać, zadecydował.
- Reprezentuję Rogana Swecneya - zaczął Hobbs. - Jego Ŝonę i jej
rodzinę.
- Rogan Sweeney? - Shannon ostroŜnie przysiadła się do stołu. -Znam to
nazwisko oczywiście. Galeria „Worldwide" ma filię w Nowym Jorku.
Zarząd główny mieści się w... - Urwała i postawiła kubek, zanim poczuła
drŜenie rąk. W Irlandii, pomyślała. - W Irlandii.
Powieści Nory Roberts w Wydawnictwie Amber Wszystko dla pań Bezwstydna cnota Bogowie zła Miasteczko Innocence Prawdziwe kłamstwa Prawdy i zdrady Słodka zemsta Święte grzechy Uczciwe złudzenia Ukryte skarby śycie na sprzedaŜ Sagi Saga rodu Concannonów Zrodzona, z ognia Zrodzona, z lodu Zrodzona ze wstydu Saga rodu Concannonów T0M3 Przekład Sylwia Gil & AMBER „Rozpoznaję moją miłość słysząc odgłos kroków By rozpoznać moją miłość wystarczy dźwięk głosu”Prolog Amanda miała koszmarny sen. Śnił się jej Colin. Widziała jego słodką, kochaną twarz, na której malował się smutek. . - Mandy - powiedział. Nigdy nie nazywał jej inaczej. Moja f Mandy, kochana Mandy. Ale w jego głosie nie było radości, w oczach nie pojawiły się iskierki śmiechu. - Mandy, nie moŜemy tego zataić. Bardzo bym chciał, ale nie moŜemy. Mandy, moja Mandy, tak mi ciebie brakuje. Nigdy nie sądziłem, Ŝe przybędziesz tu wkrótce po mnie. JakŜe teraz cięŜko naszej małej dziewczynce. A będzie jeszcze cięŜej. Musisz jej powiedzieć, wiesz!
Uśmiechnął się, ale pozostał smutny. Jego ciało, twarz wydawały się tak realne, Ŝe próbowała go dotknąć we śnie, ale zaczął znikać i gasnąć. - Musisz jej powiedzieć - powtórzył. - PrzecieŜ zawsze uwaŜaliśmy, Ŝe tak trzeba. Powinna wiedzieć, skąd pochodzi. Kim jest. Ale powiedz jej, Mandy, powiedz jej, Ŝeby zawsze pamiętała, Ŝe ją kochałem. Bardzo kochałem naszą małą dziewczynkę. - Och, nie odchodź, Colinic! - Amanda jęknęła przez sen, pragnąc go zatrzymać. - Kocham cię, Colinie, mój słodki, za wszystko, czym dla .' mnie się stałeś. — Ale nie zdołała przywieść go z powrotem. Sen pierzch-' nął. -' Jak cudownie widzieć znów Irlandię, pomyślała, unosząc się jak mgła nad zielonymi wzgórzami, które tak dobrze pamiętała. Jak cudownie », widzieć błyszczącą rzekę, podobną srebrnej wstędze opasującej bezcenny \ podarunek. I Zobaczyła teŜ Tommy'ego, kochany Tommy czekał na nią. Uśmiechał się do niej i zapraszał ją. Dlaczego to wszystko wydawało się takie smutne, kiedy znalazła się tu z powrotem. PrzecieŜ czuła się tak młodo, miała w sobie tyle Ŝycia, była zakochana. - Myślałam, Ŝe juŜ nigdy cię nie zobaczę. - Nie posiadała się z radości, a w jej głosie dźwięczał śmiech. - Tommy, wróciłam do ciebie. Wydawało się, Ŝe patrzy na nią, ale mimo wysiłku nie udało się jej 9przybliŜyć do niego bardziej niŜ na wyciągnięcie ramienia. Słyszała jego głos, jasny i słodki jak zawsze. - Kocham cię, Amando, zawsze cię kochałem. Nie było dnia, bym o tobie nie myślał i nie wspominał tego, co tu znaleźliśmy. - Odwrócił się, by spojrzeć ponad rzekę o łagodnych i zielonych brzegach i spokojnej wodzie. - Nazwałaś nasze dziecko imieniem tej rzeki, aby pamiętać dni, które tutaj spędziliśmy. - Jest taka piękna, Tommy, taka mądra i silna. Byłbyś dumny. - Jestem dumny i chciałbym... Ale to niemoŜliwe. Wiemy o tym. I ty to wiesz. - Westchnął i odwrócił się. - DuŜo dla niej zrobiłaś, Amando. Nigdy o tym nie zapomnij. Ale opuszczasz ją w tej chwili. Cierpienie związane z odejściem, a takŜe to, co kryłaś w sobie przez długie lata, czynią wszystko takie cięŜkie. Musisz jej powiedzieć, kim jest. I spróbuj jej wytłumaczyć w jakiś sposób, Ŝe ją kochałem. I gdybym tylko mógł, okazałbym jej to. Nie mogę tego zrobić sama, pomyślała Amanda, zmagając się ze snem, gdy obraz Tomma zniknął. - Och, dobry BoŜe, nie kaŜ mi tego robić samej! - Mamo! - Shannon pogłaskała drŜącymi rękami spoconą twarz matki. - Mamo, obudź się! To sen, zły sen... Wiedziała, jak sny bywają męczące. Wiedziała, Ŝe czasami moŜna bać się
przebudzenia. Sama zrywała się kaŜdego ranka w obawie, Ŝe matka juŜ odeszła. W jej głosie brzmiała desperacja. Nie teraz, modliła się, jeszcze nie teraz. Musisz się obudzić. - Shannon, odeszli. Obaj. Zabrano mi ich. - Ciii... Nic płacz. Proszę, nie płacz. Otwórz teraz oczy i spójrz na mnie. Amandzie drŜały powieki. Oczy przepełniał smutek. - Przykro mi, tak bardzo mi przykro. Zrobiłam tylko to, co uwaŜałam za najlepsze dla ciebie. - Wiem, oczywiście. - Shannon zastanawiała się, czy te majaki oznaczają, Ŝe rak dostał się do mózgu. Czy nie dość, iŜ zaatakował juŜ szpik kostny. Przeklinała nienasyconą chorobę, przeklinała Boga, ale jej głos pobrzmiewał ciepłymi nutami, gdy zwróciła się do matki: - JuŜ dobrze, jestem z tobą, jestem tutaj. Amanda z wysiłkiem starała się miarowo oddychać. Przypomniała sobie sen - Colin, Tommy, kochana mała dziewczynka. Jak bardzo udręczone były oczy Shannon, jak bardzo stroskane, kiedy po raz pierwszy wróciła do Columbus. - JuŜ wszystko w porządku. - Amanda zrobiłaby wszystko, aby zni- szczyć strach w oczach córki. - Jesteś tutaj. Tak się cieszę, Ŝe jesteś. I tak mi przykro, kochanie, Ŝe muszę cię opuścić. Przestraszyłam cię, nie chciałam cię przestraszyć. To prawda. Strach tkwił jak metalowe ostrze w gardle Shannon, ale potrząsnęła głową, Ŝeby temu zaprzeczyć. Przywykła niemal do strachu, nie opuszczał jej nigdy, doświadczała go zwłaszcza wtedy, gdy podnosiła 10 słuchawkę telefonu w swym biurze w Nowym Jorku. Bała się, Ŝe usłyszy o śmierci matki. - Boli cię? - Nie, nie martw się. - Amanda znów westchnęła. Choć czuła ból, piekielny ból, była silniejsza. Stała się mocniejsza, albowiem przyszło jej się zmierzyć ze sobą. W ciągu tych kilku krótkich tygodni, odkąd przebywała z nią Shannon, palił ją sekret, który ukrywała przed córką przez całe Ŝycie. Ale teraz chciała go odkryć. Nie miała wiele czasu. - Czy moŜesz mi dać wody, kochanie? - Oczywiście. — Shannon podniosła dzbanek, stojący przy łóŜku, napełniła plastikowy kubek i podała matce słomkę. OstroŜnie uniosła wezgłowie łóŜka szpitalnego, aby ułoŜyć ją wygodniej. Salon w ukochanym domu obu kobiet w Columbus przystosowano do opieki nad chorą. Shannon chciała, aby matka ostatnie swe dni spędziła w domu. Cicho rozbrzmiewała muzyka z magnetofonu. KsiąŜka, którą Shannon przyniosła, aby poczytać matce, leŜała tam, gdzie ją upuściła w przestrachu. OdłoŜyła ją na miejsce. Kiedy tylko znalazła się sama, mówiła sobie, Ŝe następuje poprawa, Ŝe widzi ją z kaŜdym dnigm. Ale wystarczyło, by spojrzała na matkę, na jej szarzejącą skórę, na zmarszczki bólu, na wycieńczone ciało, aby zdać
sobie sprawę z prawdy. Nie mogła juŜ nic zrobić, tylko ułoŜyć matkę wygodnie, podać z goryczą dawkę morfiny, aby załagodzić ból, który nigdy nie dał się całkowicie uśmierzyć. Shannon była świadoma, Ŝe ogarnia ją panika. Potrzebowała minuty samotności, Ŝeby dodać sobie odwagi. - Zrobię ci chłodny okład... - Dziękuję. - To da mi dość czasu, pomyślała Amanda, gdy Shannon pospiesznie wyszła. To pozwoli mi dobrać odpowiednie słowa... PomóŜ mi, BoŜeRozdział pierwszy Amanda przygotowywała się na tę chwilę latami, wiedząc, Ŝe nadejdzie, a jednocześnie pragnąc, aby nie nastąpiła nigdy. .Jakkolwiek patrzeć na sprawę, wszystko, co było szlachetne i prawe w stosunku do jednego z męŜczyzn, których kochała, wydawało się niesprawiedliwe w stosunku do drugiego. Ale w tej chwili to nie na nich musiała się skupić. Nie zrobiła teŜ nic, czego sama by się wstydziła. Teraz liczyła się tylko Shannon, którą musi zranić. W tej chwili liczyła się tylko jej piękna, olśniewająca córka, która zawsze ją uszczęśliwiała. Amandę przeniknął ból, ale zacisnęła zęby. Za chwilę Shannon będzie musiała cierpieć za to, co się wydarzyło tyle lat temu w Irlandii. Całym sercem Amanda próbowała znaleźć sposób na złagodzenie cierpienia córki. Obserwowała powracającą Shannon. Jej szybkie, wdzięczne i pełne energii ruchy. Porusza się jak jej ojciec, pomyślała. Nie Colin. Drogi, słodki Colin, niezdarny niczym dorastające szczenię. Shannon ma ruchy Tommy'ego. Ma takŜe jego oczy. śywe, zielone jak mech, jasne jak jezioro skąpane w słońcu. Gęste kasztanowe włosy, spływające jedwabiście na twarz, to spadek po irlandzkich przodkach. Kształt twarzy, kremowa skóra i miękkie, pełne usta to podarunek ode mnie, pomyślała Amanda. Ale to Colin nauczył Shannon wytrwałości, ambicji i poczucia własnej wartości. Uśmiechnęła się, gdy Shannon przemywała jej lepką od potu twarz. - Nie mówiłam ci, jak bardzo jestem z ciebie dumna, Shannon. - AleŜ mówiłaś. - Nie. Czułam się rozczarowana, Ŝe nie pozostałaś przy malarstwie. To egoistyczne z mojej strony. Wiem teraz o wiele lepiej, Ŝe kobieta powinna sama wybierać sobie drogę. - Nigdy nie próbowałaś mnie powstrzymać od wyjazdu do Nowego Jorku i zajęcia się reklamą handlową. A poza tym nadal maluję - dodała 12 pocieszającym uśmiechem. - Prawie skończyłam obraz, tę martwą natu-"-. Na pewno ci się spodoba. Czemu nie przywiozła ze sobą płótna? A niech to! Dlaczego nie smyślała
o spakowaniu kilku obrazów czy szkiców? Mogłaby usiąść matką i pokazać jej swoje prace. Sprawiłoby jej to tyle przyjemności. - To jeden z moich ulubionych. - Amanda wskazała portret, wiszący ha ścianie salonu. — Portret twojego ojca śpiącego w bryczce w ogrodzie. i - Zamierzał skosić trawnik - zachichotała Shannon. OdłoŜyła kompres na bok i zajęła miejsce przy łóŜku. - Za kaŜdym razem, gdy pytałyśmy, dlaczego nie wynajmie chłopca do koszenia, twierdził, Ŝe jest to dobre ćwiczenie, po czym wychodził i gdzieś przysypiał. - Zawsze umiał mnie rozbawić, brakuje mi go... - Amanda ujęła Shannon za rękę. - Wiem, Ŝe tobie teŜ go brakuje. - Ciągle mi się wydaje, Ŝe krząta się przy frontowych drzwiach j mówi: „Mandy, Shannon, ubierajcie najlepsze sukienki. Udało mi się izarobić dziesięć tysięcy, wychodzimy na kolację!" - Lubił zarabiać pieniądze. - Amanda zamyśliła się. Bawił się przy tym dobrze. Nie myślał* o dolarach ani centach, nie był zachłanny ani egoistyczny. Traktował całą sprawę jak dobrą rozrywkę. Tak samo te ciągłe przeprowadzki z miejsca na miejsce co kilka lat. „Opuszczamy to miasto, Mandy, co powiesz na Kolorado? A moŜe Memphis?" - Amanda potrząsnęła z uśmiechem głową. To było takie zabawne poudawać przez chwilę, Ŝe rozmawiają tak jak dawniej. - Ostatecznie, kiedy wprowadziliśmy się tutaj, powiedziałam, Ŝe dość mam juŜ cygańskiego Ŝycia. Mieliśmy dom. Ojciec takŜe tu osiadł, jak gdyby czekał na odpowiednie miejsce i czas. - Kochał ten dom - wyszeptała Shannon. - Ja teŜ. Nigdy nie miałam nic przeciw tym przeprowadzkom. Zawsze .traktował je jak przygodę. Ale pamiętam, tydzień po wprowadzeniu się ftutaj, usiadłam w swoim pokoju i pomyślałam, Ŝe tym razem chciałabym , tu zostać. Shannon uśmiechnęła się do matki. - Myślę, Ŝe wszyscy czuliśmy to samo. - Przenosiłby dla ciebie góry, zabijałby tygrysy. - Głos Amandy ZadrŜał, gdy to mówiła. - Czy wiesz, Shannon, czy naprawdę zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo Colin cię kochał? - Tak. - Podniosła rękę matki i przyłoŜyła do swego policzka. -Wiem dobrze. - Pamiętaj o tym! - Zawsze pamiętam. - Muszę, niestety, coś ci powiedzieć. Coś, co cię zrani, rozzłości i wprawi w zakłopotanie. Przepraszam. Wzięła głęboki oddech. Wiedziała, Ŝe jej sen to nie tylko smutek i miłość. To ponaglenie. Zrozumiała, Ŝe nic ma nawet tych trzech tygodni Ŝycia, które obiecywał jej doktor. 13- Mamo, rozumiem, ale wciąŜ jest nadzieja. Zawsze jest nadzieja.
- Nic o to chodzi - powiedziała, unosząc rękę. - Chodzi o przeszłość, kochanie. O czas, kiedy wybrałam się z przyjaciółką zwiedzać Irlandię. Zatrzymałyśmy się w hrabstwie Clare. - Nigdy nie mówiłaś, Ŝe byłaś w Irlandii. - Wiadomość zaskoczyła Shannon i wydała jej się dziwna. - Tyle podróŜowaliśmy. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego nigdy tam nie pojechaliśmy, z tobą i tatą, przecieŜ oboje pochodziliście z Irlandii. Czułam jakiś związek z tym krajem, coś mnie do niego ciągnęło. - Naprawdę? — zapytała miękko Amanda. - Trudno to wyjaśnić - zamruczała Shannon, czując się nieswojo. Nie naleŜała do kobiet, które lubiły mówić o marzeniach. Uśmiechnęła się. - Zawsze sobie obiecywałam, Ŝe gdy tylko trafią mi się długie wakacje, tam właśnie pojadę. Ale w związku z promocją i nowymi obowiązkami nic z tego nie wyszło. - Wzruszyła ramionami z pobłaŜaniem. - Poza tym, pamiętam, Ŝe kiedykolwiek poddałam pomysł podróŜy do Irlandii, patrzyliście na mnie kręcąc głowami i mówiliście, Ŝe jest wiele innych miejsc do zobaczenia. - Nie mogłam tam wrócić i twój ojciec to rozumiał. - Amanda zacisnęła wargi, przyglądając się twarzy córki. - Czy zostaniesz przy mnie i wysłuchasz mnie? Proszę, spróbuj zrozumieć! Shannon poczuła nowy przypływ strachu. Co moŜe być gorszego od śmierci? zastanawiała się. Dlaczego miałabym się bać czegoś wysłuchać? -Jesteś zaniepokojona, mamo - zaczęła. - Czy wiesz, jak waŜny jest dla ciebie spokój? - I pozytywne myślenie - powiedziała Amanda z cieniem uśmiechu. - To pomaga. Pamiętaj o tym. Tyle o tym czytałam. - Wiem. - Resztki uśmiechu zniknęły z twarzy Amandy. - Kiedy byłam kilka lat od ciebie starsza, wybrałam się w podróŜ z Kathleen Reilly. Pojechałyśmy do Irlandii, by zaznać wielkiej przygody. Byłyśmy dojrzałymi kobietami, ale obie wywodziłyśmy się z rodzin o surowych zasadach. Tak surowych, Ŝe miałam juŜ ponad trzydziestkę, zanim zdobyłam się na odwagę, by wyjechać. - Amanda odwróciła głowę, by widzieć twarz Shannon, gdy mówiła. - Nic zrozumiesz tego. Zawsze byłaś pewna siebie i odwaŜna. Ale kiedy ja doszłam do twojego wieku, nawet nie zaczęłam jeszcze walczyć ze swoim tchórzostwem. - Nigdy nie byłaś tchórzem. - AleŜ byłam - powiedziała cicho Amanda. - Byłam. Moi rodzice to typowi Irlandczycy, cnotliwi i prawi, bardziej papiescy od papieŜa. Czuji się niezwykle rozczarowani, gdyŜ - w grę wchodziły raczej względy prestiŜowe niŜ jakieś racje religijne - Ŝadne z ich dzieci nie miało powołania... - AleŜ jesteś jedynaczką - przerwała Shannon. - Prawda jest inna. Powiedziałam ci, Ŝe nie mam rodziny, a ty 14
zrozumiałaś, Ŝe nie mam rodzeństwa. Miałam dwóch braci i siostrę, ale od kiedy się urodziłaś, nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. - Ale dlaczego? Przepraszam, mów dalej. - Zawsze umiałaś słuchać, ojciec cię tego nauczył. - Amanda przerwała na chwilę, myśląc o Colinie. Miała nadzieję, Ŝe to, co robi, jest dobre dla nich wszystkich. - Nie byliśmy zŜytą rodziną, Shannon. W domu panowała oziębłość i surowe zwyczaje, obowiązywała etykieta. Stanowczo się sprzeciwiano mojej podróŜy do Irlandii z Kate. Ale pojechałyśmy. Podniecone jak uczennice, jadące na piknik. Najpierw do Dublina. Później dalej, korzystając z map i własnego wyczucia. Po raz pierwszy w Ŝyciu poczułam się wolna. Jak łatwo sobie to wszystko przypomnieć, zdumiała się Amanda. Nawet po tych wszystkich latach tłumienia wspomnień, przeszłość wypłynęła tak czysta i jasna, jak woda. Chichot Kate, pokasływania małego samochodu, który wynajęły, zakręty, które pokonywały we właściwym albo niewłaściwym kierunku. I to pierwsze lękliwe spojrzenie na rozciągające się wzgórza, na strome zachodnie klify. Miała wraŜenie, Ŝe powróciła do domu. Nie oczekiwała takiego uczucia, nigdy teŜ więcej go nie zaznała. - Chciałyśmy zobaczyć wszystko, co tylko moŜliwe, i kiedy dotarłyśmy do zachodnich krańców wyspy, znalazłyśmy uroczą gospodę z widokiem na rzekę Shannon. Zostałyśmy tam. Była to nasza baza wypadowa. Jeździłyśmy to tu, to tam na jednodniowe wycieczki. Odwiedziłyśmy klify Mohr, Galway, plaŜe Ballybunnion i wszystkie te fascynujące miejsca, które znajdowałyśmy po drodze, zupełnie ich nie oczekując. - Spojrzała na córkę. Oczy miała jasne, wzrok przenikliwy. - Chciałabym, Ŝebyś tam pojechała, poczuła magię tego miejsca. Zobaczyła morze opadające z hukiem piorunów u podnóŜa klifów, zieleń pól. Odetchnęła głęboko podczas łagodnego deszczu, zachłysnęła się wiatrem znad Atlantyku. Przesiąkła światłem, które kojarzy się z perłą nakrapianą złotem. To miłość, pomyślała zaintrygowana Shannon. I tęsknota. Nie pode- jrzewała o to matki. - Czy nigdy tam nie wróciłaś? - Nie - powiedziała Amanda. - Nie wróciłam. Czy zastanawiałaś się kiedykolwiek, kochanie, jak to jest, gdy ktoś układa swoje plany tak ostroŜnie i dokładnie, iŜ wie, jak będzie wyglądał następny dzień, i jeszcze następny, aŜ tu nagle wydarzy się coś, coś na pozór nic nie znaczącego, coś, co zmieni cały ten plan. I nigdy juŜ nie będzie tak samo, jak było. PoniewaŜ to nie było pytanie, lecz stwierdzenie, Shannon po prostu czekała, zastanawiając się, co teŜ mogło zmienić plany matki. Ból znowu powrócił. Amanda zamknęła oczy na moment, koncentrując się na zwalczeniu go. Powstrzyma ból, obiecała sobie, dopóki nie skończy tego, co zaczęła.
- Pewnego ranka, a było to juŜ późne lato i deszcz kaprysił, to padał, to nie padał, Kate poczuła się słabo. Zdecydowała się zostać w gospodzie i przeleŜeć cały dzień w łóŜku, poczytać i odpocząć. Nic mogłam usiedzieć w miejscu. Czułam, Ŝe są rzeczy, które muszę jeszcze zobaczyć. Wzięłam 15samochód i pojechałam przed siebie, nic nie planując. Znalazłam się na Loop Hcad. Wysiadając z samochodu, słyszałam rozpryskujące się fale. Niespiesznie ruszyłam w kierunku klifów. Wiał wiatr, szemrząc w trawach. Czułam zapach oceanu i deszczu. Jakaś siła przenikała wszystko, fale miarowo uderzały o brzeg. Zobaczyłam męŜczyznę. - Amanda mówiła teraz powoli. - Stał tam, gdzie ląd gubił się w morzu. Spoglądał na wodę poprzez deszcz, patrzył na zachód, w kierunku Ameryki. Oprócz niego nie było nikogo. Stał zgarbiony, w mokrej kurtce, kapało mu z czapki, nasuniętej nisko na czoło. Odwrócił się, jakby właśnie na mnie czekał, i uśmiechnął się. Nagle Shannon chciała wstać, powiedzieć matce, Ŝe czas juŜ skończyć, czas odpocząć, czas przerwać tę rozmowę. Jej ręce zacisnęły się zupełnie nieświadomie w pięści. Serce zaczęło bić szybciej. — Nie był młody — powiedziała cicho Amanda. - Ale był przystojny. W jego oczach wyczytałam coś smutnego, jakieś zagubienie. Uśmiechnął się i powiedział: „Dzień dobry". Dodał, Ŝe dzień jest wspaniały, bo deszcz uderza w głowy, a wiatr smaga twarze. Zaśmiałam się, poniewaŜ dzień naleŜał do udanych. Przywykłam do śpiewnego akcentu zachodniej Irlandii. Głos tego człowieka był tak czarujący, Ŝe mogłam go słuchać godzinami. Rozmawialiśmy b moich podróŜach, o Ameryce. Powiedział, Ŝe jest farmerem, kiepskim farmerem. Czuł się źle z tego powodu, poniewaŜ musiał utrzymywać dwie córeczki. Ale smutek nie pojawił się na jego twarzy, gdy je wspominał. Nazywał je Maggie Mae i Brie. O swojej Ŝonie mówił niewiele. Nagle poczęło wychodzić słońce - powiedziała Amanda z westchnieniem. - Wychodziło powoli i pięknie, kiedy tam tak staliśmy. Wydawało się, Ŝe przez chmury przepływają strumyki złota. Spacerowaliśmy wąskimi ścieŜkami rozmawiając, jakbyśmy znali się całe Ŝycie. I tam, na tych wysokich, cudownych wzgórzach, zakochałam się w nim. Powinno mnie to przestraszyć. - Zerknęła na Shannon, próbując dosięgnąć jej ręki. -Naprawdę się wstydziłam. Miał Ŝonę i dzieci. Ale pomyślałam, Ŝe przecieŜ tylko ja Ŝywię to uczucie. IleŜ moŜe być grzesznych myśli w duszy starej panny, zauroczonej pewnego ranka przez przystojnego męŜczyznę? Amanda z ulgą poczuła uścisk dłoni córki. - Ale nic tylko ja tak czułam. Widywaliśmy się później zupełnie niezobowiązująco. W pubie, na klifach, raz wziął mnie i Kate na mały jarmark niedaleko Ennis. Trudno, abym pozostała niewinna. Nie byliśmy dziećmi, Ŝadne z nas, a to, co czuliśmy do siebie, okazało się wielkie, waŜne i uczciwe... Musisz mi wierzyć. Marzyliśmy, ale nie robiliśmy sobie obietnic. Był przywiązany
do swojej Ŝony, która go nie kochała, i do dzieci, które uwielbiał. Amanda zwilŜyła suche wargi, łykając wodę przez słomkę, z podanej , bezrsłowa przez Shannon szklanki. Przerwała znowu na chwilę. To, co teraz /'. zamierzała "powiedzieć, nie było lekkie. - Wiedziałam, co robię, Shannon. Mówiąc szczerze, to z mojej inicja- tywy zostaliśmy kochankami. Był pierwszym męŜczyzną, który mnie 16 dotykał, a robił to z taką delikatnością, troskliwością i miłością, Ŝe oboje mieliśmy łzy w oczach. Wiedzieliśmy, Ŝe nasze spotkanie nastąpiło zbyt późno! I to wydawało się takie beznadziejne. Ciągle snuliśmy jednak głupie marzenia. Chciał znaleźć jakiś sposób na opuszczenie Ŝony i przywiezienie swych córeczek do mnie, do Ameryki, gdzie stworzylibyśmy rodzinę. Ten męŜczyzna desperacko pragnął rodziny. Ja równieŜ. Rozmawialiśmy ze sobą w pokoju wychodzącym na rzekę i udawaliśmy, Ŝe nigdy nic się nic zmieni. Spędziliśmy razem trzy tygodnie, a kaŜdy następny dzień zdawał się piękniejszy od poprzedniego i jednocześnie bardziej bolesny. Musiałam go opuścić. Mówił, Ŝe będzie przychodził na Loop Hcad, gdzie się spotkaliśmy, i patrzył w morze, w kierunku Nowego Jorku, w moją stronę. Nazywał się Thomas Concan-non. Prowadził farmę i pragnął zostać poetą. - Czy... - Głos Shannon był matowy i drŜący. - Czy spotkałaś go jeszcze kiedyś? - Nie, pisałam do niego czasami, a on odpowiadał. - Zacisnąwszy usta Amanda patrzyła córce w oczy. - Wkrótce potem wróciłam do Nowego Jorku i zorientowałam się, Ŝe jestem w ciąŜy. Shannon potrząsnęła szybko głową, instynktownie zaprzeczając temu, co usłyszała. Poczuła ogromny strach. - W ciąŜy? - Serce zaczęło jej bić szybko. Znowu potrząsnęła głową i spróbowała uwolnić rękę. Zrozumiała. Nic więcej Amanda nie musiała dodawać. Ale nie chciała przyjąć tego do wiadomości. - Nie! - Wpadłam w przeraŜenie. - Amanda wzmocniła uścisk ręki, choć kosztowało ją to duŜo wysiłku. - Domyśliłam się tego od razu, ale wpadłam w przeraŜenie. Nigdy nic sądziłam, Ŝe będę miała dziecko, Ŝe znajdę kogoś, kto pokocha mnie na tyle, aby mi je podarować. Pragnęłam tego dziecka. Kochałam je, dziękowałam za nie Bogu. JakŜe bolesna i smutna była świadomość, Ŝe nigdy nie będę dzielić tej radości z Tom- mym. Tego piękna, owocu naszej miłości. Gdy zawiadomiłam go o tym, otrzymałam list wręcz szalony. Bardzo martwił się o mnie, o to, z czym przyjdzie mi się samej zmierzyć. Chciał opuścić dom i przyjechać. Wie- działam, Ŝe potrafiłby tego dokonać, i to mnie kusiło. Ale cóŜ to miałoby wspólnego z dobrem, Shannon. Choć miłość do niego stanowiła dobro. Napisałam do niego ostatni raz, kłamiąc po raz pierwszy, Ŝe się nie martwię, nic jestem sama i wyjeŜdŜam. - Jesteś zmęczona. - Shannon desperacko próbowała powstrzymać
słowa, które ją dogłębnie raniły. - Mówiłaś za długo. Musisz wziąć teraz lekarstwo. - Kochałby ciebie - rzekła gwałtownie Amanda. - Gdyby tylko miał szansę. Jestem przekonana, Ŝe kochał ciebie, chociaŜ nigdy i 2 Przestań! - Shannon uniosła się. Nie mogła juŜ dłuŜeji Poczuła narastające osłabienie, a jej twarz stała się blada ij chcę tego słuchać! Nie muszę tego słuchać! 17 - Wiem. Przykro mi, Ŝe sprawiło ci to tyle bólu, ale wydaje mi się, Ŝe powinnaś wiedzieć wszystko. Ja umieram... - powiedziała szybko Amanda i kontynuowała. - Moja rodzina wpadła w panikę, kiedy powiedziałam o ciąŜy. Chcieli, Ŝebym dokonała aborcji. Spokojnie, dyskretnie, tak, aby nie doszło do Ŝadnego skandalu, aby nie musieli się wstydzić. Umarłabym, gdybym miała to zrobić. Dziecko było moje i Tommy'ego. W domu padały okropne słowa, słyszałam pogróŜki, stawiano mi warunki. Wyparto się mnie, a mój ojciec, zdolny biznesmen, zablokował moje konto bankowe. Nie miałam prawa ubiegać się o pieniądze pozostawione mi w spadku przez babkę. Pieniądze to nie zabawa. Rozumiesz! Pieniądze to potęga. Opuściłam dom bez cienia Ŝalu z tym, co mi zostało jeszcze w portfelu, i jedną walizką. Shannon miała wraŜenie, Ŝe znalazła się pod wodą i walczy o łyk powietrza. Z wolna jednak zaczęła wyobraŜać sobie swoją matkę, młodą, prawie bez grosza, niosącą jedną walizkę. - Czy nic znalazł się nikt, kto mógłby ci pomóc? - Kate na pewno by to zrobiła. Wiem, Ŝe bardzo wszystko przeŜyła. Ale to była moja sprawa. Cały wstyd i cała radość naleŜały do mnie. Wsiadłam do pociągu, zmierzającego na północ, i znalazłam pracę kelnerki w pewnym uzdrowisku w górach Catskills. Tam spotkałam Colina Bodi-ne. - Amanda przerwała, kiedy Shannon odwróciła się i podeszła do gasnącego kominka. W pokoju panowała cisza. Przerywał ją tylko syk Ŝarzących się węgielków i lekkie drŜenie okien, spowodowane silnym wiatrem. Mimo tej ciszy Amanda wyczuwała burzę w duszy swojego dziecka, które kochała ponad wszystko. Cierpiała, poniewaŜ wiedziała, Ŝe nawałnica moŜe uderzyć w nie obie. - Przyjechał na wakacje ze swoimi rodzicami. Nie zwracałam na niego szczególnej uwagi. NaleŜał po prostu do tych bogatych i uprzywilejowanych ludzi, których obsługiwałam. śartował od czasu do czasu, a ja uśmiechałam się, bo tak wypadało. Skupiłam się na pracy,
zarobkach i dziecku, co we mnie wzrastało. Pewnego popołudnia rozszalała się burza i większość gości zdecydowała się zostać w hotelu. Lunch rozniesiono im do pokojów. Gdy niosłam jedną z tac spiesząc się, by posiłek nic wystygł i goście nie mieli powodów do narzekań, pojawił się Colin. Wytoczył się zza rogu, przemoczony do suchej nitki, i wpadł prosto na mnie. Mój BoŜe, był tak niezdarny! Z oczu Shannon popłynęły łzy, gdy wpatrywała się w błyszczące węgielki. - Przewrócił cię na ziemię. Tak zaczęła się wasza znajomość. Wspominał o tym... - Tak było. Zawsze mówiliśmy ci prawdę. LeŜałam jak długa w błocie, jedzenie rozsypało się wokół. Zaczął mnie przepraszać i próbował mi pomóc, ale ja widziałam tylko zmarnowany posiłek. Bolały mnie plecy od dźwigania cięŜkich tac, a nogi miałam tak napuchnięte, Ŝe się w końcu rozpłakałam. 18 Siedziałam w tym błocie i zanosiłam się płaczem, nie mogąc przestać. Nawet kiedy mnie podniósł i zaniósł do swojego pokoju, nic potrafiłam się uspokoić. Posadził mnie na krześle i choć kapało ze mnie błoto, otulił mnie kocem i gładził, dopóki łzy mi nic obeschły. Czułam się zawstydzona jego zachowaniem. Wydawał się taki miły. Nie pozwolił mi odejść, dopóki nie obiecałam mu, Ŝe wybiorę się z nim na kolację. To mogło być romantyczne i urocze, myślała Shannon. Jej oddech stał się krótki, urywany. Ale nie było, przeciwnie - wydawało się ohydne. - Zapewne nie wiedział, Ŝe jesteś w ciąŜy! Amanda wykrzywiła twarz zarówno pod wpływem padającego oskarŜenia, jak i nowego ataku bólu. - To nie całkiem tak. Faktycznie nie obnosiłam się z tym. Musiałam starannie wszystko ukrywać, inaczej straciłabym pracę. To były inne czasy i niezamęŜna, cięŜarna kelnerka nigdy by się nie utrzymała w ośrodku dla bogaczy. - Pozwoliłaś, by się w tobie zakochał, gdy nosiłaś dziecko innego. - Głos Shannon stał się zimny jak lód. - A tym dzieckiem byłam ja, okropne. - Miałam juŜ swoje lata - powiedziała Amanda ostroŜnie, przygląda- jąc się córce. Wyraz twarzy Shannon spowodował, Ŝe o mało się nie rozpłakała. - A tak naprawdę nikt mnie nie kochał. Romans z Tommym był szybki i oszałamiający jak błyskawica. WciąŜ czułam się nim oślepiona, kiedy spotkałam Colina. WciąŜ cierpiałam z tego powodu, rozpamiętywałam. Wszystko, co czułam do Tommy'ego, przelałam na dziecko. Mówiłam ci, iŜ wydawało mi się, Ŝe Colin jest dla mnie miły. Ale wkrótce przekonałam się, Ŝe jest to coś więcej. - I pozwoliłaś mu!
- Prawdopodobnie mogłam go powstrzymać - powiedziała Amanda z długim westchnieniem. - Nie wiem. Przez następny tydzień przysyłał mi do pokoju kwiaty i śliczne, drobne upominki. Uwielbiał dawać. Znajdował sposoby, Ŝeby się ze mną spotykać. Zjawiał się, gdy tylko miałam przerwę w pracy, choćby dziesięciominutową. Potrzebowałam czasu, aby zorientować się, Ŝe się mną interesuje. Przeraziłam się. Był uroczym męŜczyzną, tak dla mnie dobrym. Musiałam mu powiedzieć, Ŝe jestem w ciąŜy. Myślałam, Ŝe cała sprawa na tym się skończy, i szczerze Ŝałowałam, bo został pierwszym moim przyjacielem od czasu, gdy opuściłam Kate i Nowy Jork. Słuchał mnie nie przerywając, bez pytań. Nie potępiał. A kiedy skończyłam i rozpłakałam się, ujął mnie za rękę i powiedział: - Najlepiej zrobisz, jeśli mnie poślubisz. Zaopiekuję się tobą i dzieckiem. Po policzkach Shannon spływały łzy, odwróciła głowę. Amanda płakała takŜe, ale nie pozwoliła emocjom zapanować nad sobą, choć wiedziała, Ŝe nastąpiła katastrofa. - Tak po prostu? JakŜeŜ to moŜliwe? - Kochał mnie, ale jego propozycja wydawała mi się upokarzająca. Odmówiłam mu oczywiście. CóŜ innego mogłam zrobić. Myślałam, Ŝe 19czuje się zobowiązany albo całkiem zwariował. Zaczął nalegać. Nawet kiedy się zdenerwowałam i powiedziałam, Ŝeby zostawił mnie w spokoju, nie zrezygnował. - Na ustach Amandy pojawił się uśmiech, kiedy to wspominała. - To tak, jakbym była skałą, a on falą, która cierpliwie, stopniowo niszczy cały opór. Przyniósł mi rzeczy dla dziecka. Czy moŜesz sobie wyobrazić męŜczy- znę, który chce się przypodobać kobiecie, przynosząc prezenty dla dziecka, które jeszcze się nie narodziło? Pewnego dnia wszedł do mojego pokoju i zakomunikował, Ŝe mam odebrać pensję i zwolnić się z pracy. Tak zrobiłam. Dwa dni później zostałam jego Ŝoną. Amanda spojrzała nag]c na córkę i odgadła malujące się na jej twarzy pytanie, zanim zostało zadane. - KtóŜ by nie pokochał takiego męŜczyzny! Nie kłamię, naprawdę go kochałam. I byłam mu wdzięczna. Jego rodzice oczywiście nie wydawali się zachwyceni, ale mówił, Ŝe ich przekona. Z pewnością dokonałby tego, niestety, zginęli w wypadku samochodowym w drodze do domu. Zostaliśmy więc sami. Obiecałam sobie, Ŝe stanę się dobrą Ŝoną, stworzę mu rodzinę, zaakceptuję go w łóŜku. Przyrzekłam sobie nie myśleć więcej o Tommym, ale było to niemoŜliwe. Minęły iata, zanim zrozumiałam, Ŝe nic ma nic wstydliwego w tym, iŜ pamiętam pierwszego męŜczyznę, którego kochałam. Nie miało to nic wspólnego z brakiem lojalności wobec męŜa. - Nie był moim ojcem - powiedziała Shannon przez zaciśnięte zęby. -Był twoim męŜem, ale nie moim ojcem.
- Oczywiście, Ŝe był twoim ojcem! - Po raz pierwszy w głosie Amandy pojawił się gniew. - Nigdy tak nie mów! - PrzecieŜ właśnie oznajmiłaś mi coś wręcz przeciwnego! - Kochał cię, gdy znajdowałaś się jeszcze w moim łonie. Przyjął nas obie bez wahania, nie z próŜnej ambicji. - Amanda mówiła tak szybko, jak tylko pozwalał jej na to ból. - Mówiłam ci, Ŝe czułam się zawstydzona. WciąŜ myślałam o męŜczyźnie, z którym nigdy nie mogłabym być, mając jednocześnie najwspanialszego człowieka przy sobie. W dzień twoich narodzin, kiedy zobaczyłam go, jak trzyma cię w swoich niezgrabnych, wielkich dłoniach, z zachwytem i dumą na twarzy i miłością w oczach, kołysząc cię przy tym tak delikatnie, jakby zrobiono cię ze szkła, zakochałam się w nim. Kochałam go od tego dnia tak mocno, jak tylko kobieta jest w stanie kochać męŜczyznę. I kocham go nadal. Był twoim ojcem. Tommy równieŜ byłby nim, gdyby tylko mógł. Jedyna rzecz, jakiej Ŝałowaliśmy z Colinem, to to, Ŝe nic mogliśmy mieć więcej dzieci, aby dać im to szczęście, jakie dzieliliśmy z tobą. - Chcesz, Ŝebym wszystko zaakceptowała. - W zdaniu tym było więcej gniewu niŜ smutku. Shannon spojrzała na matkę. Kobieta, która leŜała w łóŜku, stała się jej obca. Sama takŜe czulą się nieswojo. - Mów dalej, to i tak niczego nie zmieni! 20 - Przestań, chcę dać ci czas na pogodzenie się z tym, co usłyszałaś. Musisz to zrozumieć. I pragnę, Ŝebyś uwierzyła, kochaliśmy cię, kaŜde z nas. Świat Shannon leŜał rozbity u jej stóp. Wszystkie wspomnienia, wszystko, w co wierzyła, zamieniło się w garść skorup. - Pogodzić się? Z tym, Ŝe przespałaś się z Ŝonatym męŜczyzną, zaszłaś w ciąŜę, a potem poślubiłaś pierwszego człowieka, który cię o to poprosił, aby się ratować! Zaakceptować wszystkie kłamstwa, którymi karmiłaś mnie całe Ŝycie! PrzecieŜ to jedno wielkie oszustwo! - Masz prawo do gniewu. - Amanda walczyła z bólem fizycznym i emocjonalnym. - Gniew? Czy sądzisz, Ŝe to, co czuję, to wyłącznie gniew? BoŜe, jak moŜesz to robić! - Shannon zachwiała się. Opanowało ją przeraŜenie. - Jak mogłaś kryć to przede mną przez te wszystkie lata! Pozwolić mi wierzyć, Ŝe jestem kimś, kim wcale nie jestem. - PrzecieŜ jesteś nadal tą samą osobą - powiedziała z rozpaczą Amanda. - Colin i ja uwaŜaliśmy, Ŝe tak jest najlepiej dla ciebie. Nigdy nie wiedzieliśmy, kiedy i w jaki sposób ci to powiedzieć. My... - Rozmawialiście o tym! - Zaślepiona wściekłością Shannon odwróciła się do słabej kobiety, spoczywającej w łóŜku. Poczuła okropną chęć potrząsnąć tym wychudłym ciałem. — MoŜe to dziś powiemy Shannon, Ŝe jest drobną pomyłką, pamiątką z zachodniego wybrzeŜa Irlandii? A moŜe zrobimy to jutro?
- Nie pomyłką, Ŝadną pomyłką, jesteś cudem. Przestań, Shannon! - Amanda przerwała, cięŜko oddychając. - Przeszył ją taki ból, jakby rozrywały ją kleszcze. Obraz poszarzał jej przed oczami. Poczuła rękę, unoszącą jej głowę, słomkę wsuwaną w usta i usłyszała głos córki, juŜ spokojny. - Łyknij wody, jeszcze trochę. Dobrze. PołóŜ się teraz i zamknij oczy. - Shannon! - Amanda wyciągnęła rękę. - Jestem tutaj. Ból zaraz przejdzie, spróbuj zasnąć. Ból powoli zanikał, zmęczenie spowijało ją niby mgła. Za mało czasu, myślała Amanda. Dlaczego zawsze jest za mało czasu? - Proszę nie miej mi za złe - mruczała półprzytomnie. - Nie moŜesz mnie nienawidzić. Shannon usiadła przytłoczona smutkiem. Siedziała tak jeszcze długo, gdy matka zasnęła. Amanda juŜ się nie obudziła.Rozdział drugi Udy jedna z córek Toma Concannona przeŜywała ból po stracie matki, dwie inne cieszyły się z okazji narodzin dziecka. Brianna Concannon Thane kołysała w ramionach córeczkę, uwaŜnie patrząc w jej wielkie niebieskie oczy, okolone bardzo długimi rzęsami. Niedowierzająco spoglądała na malutkie paluszki z miniaturowymi paznokietkami, na śliczne jak pączek róŜy usteczka. Wydawało się jej, Ŝe dziecko się uśmiecha. Nic minęło pół godziny, jak zdąŜyła zapomnieć o bólu, długotrwałym wysiłku i zmęczeniu porodem. Pierzchły nawet gdzieś nachodzące ją lęki. Miała dziecko. - Dziewczynka naprawdę istnieje - powiedział Grayson Thane z na- maszczeniem, delikatnie, nadzwyczaj ostroŜnie muskając policzek dziecka opuszkami palców. Jest nasza, pomyślał. Nasza córka, Kayla! Dziecko wydawało się tak małe, kruche i bezradne. - Czy sądzisz, Ŝe mnie polubi? - Lubimy cię, jesteś raczej sympatyczny, więc względy dziecka chyba zyskasz - powiedziała szwagierka, chichocząc i zaglądając mu przez ramię. - Wiesz co, Brie - odezwała się po chwili. - Dziewczynka na pewno odziedziczyła twój kolor włosów; teraz są bardziej brunatne, ale później zrobią się miedzianozłote. Brianna zadowolona z tego sądu rozpromieniła się i pogłaskała miękki puszek na głowie córeczki. - Tak sądzisz? - MoŜe będzie miała mój podbródek - wtrącił Gray głosem pełnym nadziei. - Oto typowy męŜczyzna - podsumowała Maggie, zerkając na swego męŜa, który uśmiechnął się do niej szeroko zza szpitalnego łóŜka. -
Kobieta przechodzi przez ciąŜę - kontynuowała Maggie - wraz ze wszystkimi jej niedogodnościami. Tc opuchnięte łydki, mdłości... Chodzi miesiącami, kołysząc się jak krowa, a później cierpi podczas porodu... - Nic przypominaj mi o tym. - Gray nie próbował nawet ukryć drŜenia na wspomnienie jeszcze tak świeŜego przeŜycia. 22 Briannie udało się juŜ zapomnieć o porodzie, ałe nie Grayowi. Wyda- rzenie to wycisnęło na nim piętno. Wszystko będzie Ŝyło w jego snach latami, co do tego nie miał Ŝadnych wątpliwości. Bardzo to przeŜył, toteŜ 0 zmianach, jakie w nim zaszły, myślał ze strachem. Jako pisarz, wspominał przebieg całego wydarzenia scena po scenie. Nigdy juŜ nie zdoła myśleć o Ŝyciu w dawny sposób. Nic mogąc się oprzeć, Maggie rozpuściła język. Bardzo lubiła Graya, ale nigdy nie omieszkała zaŜartować z niego, gdy tylko nadarzyła się sposobność. - Ile to trwało godzin? Osiemnaście? Osiemnaście godzin bolesnego wysiłku, prawda Brie? Brianna nie potrafiła ukryć uśmiechu, kiedy Gray zaczął blednąc. -Mniej więcej, ale początkowo poród wydawał mi się dłuŜszy. Wszyscy kazali mi oddychać, a biedny Gray, niemal całkiem pozbawiony tchu, pokazywał mi, jak powinnam to robić. Maggie odrzuciła do tyłu kosmyk włosów i powiedziała: - MęŜczyźni nie mają powodów do jęków, siedząc osiem godzin za biurkiem. A zauwaŜ, Ŝe ciągle nalegają, by zwać nas „słabą płcią". - Ode mnie tego nie usłyszałaś. - Rogan Sweeney uśmiechnął się do małŜonki. Uczestniczenie w narodzinach Kayli przypomniało mu, jak to Maggie zmagała się dzielnie, niczym Ŝołnierz w bitwie, z przyjściem na świat ich syna, Liama. - Na dobrą sprawę nikt nie bierze pod uwagę tego, jak przechodzi przez to męŜczyzna - dodał i zwrócił się do Graysona. - Co z twoją ręką? Gray, ściągając brwi, zgiął palce, na które Ŝona nałoŜyła mocny opatrunek. - Nie sądzę, aby była złamana. - Pamiętam, jak dziarsko powstrzymywałeś wycie, mimo to twoje oczy zaszły mgłą, gdy Brie mocno ścisnęła ci rękę - zaśmiała się Maggie. - Masz szczęście, Ŝe ci nie złorzeczy. - Rogan uniósł ciemne, ładnie zarysowane brwi, spoglądając na Ŝonę. - Epitety, jakimi obrzucała mnie Margaret Mary po narodzinach Liama, wydałyby ci się z pewnością oryginalne, lepiej ich nie powtarzać. - Spróbuj zrzucić osiem funtów w tak krótkim czasie, a zobaczysz, jakie słowa przyjdą ci na myśl. Wiecie, co on powiedział, gdy spojrzał na Liama po raz pierwszy? „O, chłopiec ma mój nos." To wszystko. - Bo ma. - Czy dobrze się juŜ czujesz? - Zaniepokojony Gray zwrócił się nagle do Ŝony. WciąŜ była trochę blada, ale jej oczy nabrały znów blasku. Zniknęło gdzieś to budzące dreszcz spojrzenie pełne drŜenia. - Czy
wszystko w porządku? - Tak, czuję się świetnie. - Aby zapewnić o tym męŜa, Brie uniosła rękę i dotknęła jego twarzy. Twarzy, którą kochała. Darzyła miłością równieŜ jego usta i cudowne, błyszczące oczy ze złotymi plamkami. - 1 nigdy nie zgodzę się z obietnicą, Ŝe mnie juŜ nigdy nie dotkniesz, jaką złoŜyłeś mi w chwili porodu. - Ze śmiechem przytuliła dziecko. - Czy 23słyszałaś, Maggie, Graya krzyczącego na lekarza: „Zmieniliśmy decyzję, nie chcemy dziecka, proszę zejść mi z drogi, zabieram Ŝonę do domu!" — Dobrze ci mówić. — Gray znów pogładził dziecko po twarzy. — Nie musiałaś tego wszystkiego oglądać. W zasadzie całe zamieszanie związane z narodzinami dziecka spada na głowę faceta. - Masz rację - powiedział Rogan. - A w tej jakŜe cięŜkiej dla nas sytuacji w ogóle się nas nie zauwaŜa. Chodźmy, Maggie, mieliśmy zadzwonić. Maggie wstała chichocząc. - Chodźmy, za chwilę do was wrócimy. Kiedy zostali sami, Brianna spojrzała rozpromieniona na męŜa. -Mamy rodzinę, Graysonie. Godzinę później, gdy pielęgniarka przyszła zabrać dziecko, Grayson stał się niespokojny i podejrzliwy. - Chyba powinienem mieć na nią oko. Nie mam zaufania, ta kobieta ma dziwny wzrok. - Nie zadręczaj się i nie przesadzaj, Gray, dobrze! - Dobrze. - Roześmiał się i wrócił do Ŝony. - Mam nadzieję, Ŝe ta kobieta zna się na tym, jak sądzisz? - Och, jestem tego pewna. - Rozbawiona Brianna objęła dłońmi męŜa, a on pochylił się, by ją pocałować. - Nasza Kayla jest piękna jak słońce. - Kayla Thane - powtarzał, a potem wybuchnął śmiechem. - Kayla Margaret Thane, pierwsza kobieta prezydent Stanów Zjednoczonych. W Irlandii mieliśmy juŜ kobietę prezydenta. Zresztą, sama wybierze. Pięknie wyglądasz, Brianno. - Pocałował ją znowu. To, co powiedział, było absolutną prawdą. Oczy Brianny lśniły, a miedzianozłote włosy wiły się wokół jeszcze trochę bladej twarzy. Wiedział jednak, Ŝe oboje zaczynają budzić się do Ŝycia. - Musisz być wyczerpana. Powinienem pozwolić ci się zdrzemnąć. - Spać? - Spojrzała na niego zalotnie i pociągnęła go lekko w swoją stronę, aby otrzymać pocałunek. - Chyba Ŝartujesz? Mam teraz tyle energii! A poza tym jestem śmiertelnie głodna. Dałabym wszystko za olbrzymiego hamburgera i górę frytek! - Chcesz jeść? - Zerknął na nią zaskoczony. - Co za kobieta! MoŜe później staniesz za pługiem! - Wierzę, Ŝe poradziłabym sobie - odpowiedziała nieco obraŜonym tonem Brianna. - Nie miałam ani kęsa w ustach od ponad dwudziestu czterech godzin. Zechciałbyś zapytać, czy mogą mi coś przynieść? - Szpitalne jedzenie? W Ŝadnym wypadku! Nie dla matki mojego
dziecka. Gray zdał sobie natychmiast sprawę z nietaktu. Rzadko uŜywał zwrotu „moja Ŝona", a teraz powiedział „moje dziecko". - Idę poszukać hamburgera dla ciebie. Najlepszego, jakiego moŜna znaleźć na zachodnim wybrzeŜu Irlandii. 24 Brianna wygodnie ułoŜyła się na łóŜku, zanosząc się śmiechem, kiedy Gray wyszedł pospiesznie z sali. Co to był za rok, myślała. Minęło trochę więcej niŜ rok od chwili, gdy go pokochała, a teraz są juŜ rodziną... Mimo zarzekania się, Ŝe nic jest śpiąca, powieki jej stały się cięŜkie, i szybko zapadła w sen. Gdy się obudziła, wynurzając się z mglistych marzeń sennych, zoba- czyła, Ŝe Gray siedzi na skraju łóŜka i uwaŜnie się jej przygląda. - Dziecko teŜ spało - zaczął i uniósł rękę Ŝony do ust. - Tak długo nalegałem, aŜ pozwolili mi ją znowu potrzymać. Wiesz, Kayla na mnie spojrzała. Naprawdę, Brie. Prosto na mnie. Myślę, Ŝe wie, kim jestem... Zacisnęła paluszki, te cudowne miękkie paluszki wokół mojego kciuka i tak trzymała. - Przerwał nagle, przestraszony, a radość promieniująca z jego twarzy zniknęła. Nie ukrywał lęku. - Ty płaczesz? Dlaczego płaczesz? Czy coś cię boli? Zawołam lekarza. Idę po kogoś. - Nic! - Brianna szlochając chciała przytulić się do ramienia męŜa. -Nic mnie nie boli. To dlatego, Ŝe tak bardzo cię kocham. Tak mnie wzruszyłeś, Graysonie. Patrzyłam na twoją twarz, kiedy o niej mówiłeś, i biło z niej takie szczęście... - Nie wiedziałem, Ŝe aŜ tak... - zamruczał, gładząc jej włosy, a ona usiadła na łóŜku i wtuliła się w niego. - Wiesz, nigdy nie sądziłem, Ŝe jest to tak wielkie przeŜycie. Tak niewiarygodnie wielkie. Będę dobrym ojcem - zapewniał z zapałem naznaczonym jednocześnie cieniem lęku, Ŝe aŜ ją to rozbawiło. - Wiem, wiem. - Jak mógłby nie być, skoro wierzyła mu tak bezgra- nicznie. - Przyniosłem ci hamburgera i jeszcze kilka drobiazgów. - Dziękuję. - UłoŜyła się z powrotem i znów zaszlochała. Wycierała usilnie oczy, ale zapełniały się łzami za kaŜdym razem, gdy tylko na niego spojrzała. - Och, Graysonie, jaki z ciebie cudowny wariat. Popatrzyła na pokój przepełniony kwiatami w koszach, w wazonach. Na kolorowe balony o zabawnych kształtach. Zerknęła na wielkiego plu- szowego psa, który strzegł jej łóŜka. - To pies Kayli - rzekł Grayson, zdejmując opakowanie z hamburgera i wręczając go Briannie. - Nie myśl o niczym. Oto hamburger, z pewno- ścią zimny. Niestety zjadłem trochę frytek, ale mam jeszcze kawałek czekoladowego ciasta dla ciebie. Jeśli masz ochotę, oczywiście. Brianna otarła świeŜe łzy. - Chcę najpierw ciasta.
- Proszę bardzo. - CóŜ to, juŜ ucztujesz? - zapytała Maggie, wchodząc do pokoju z bukietem Ŝonkili w dłoniach. Za nią podąŜał mąŜ, ukrywając twarz za pluszowym niedźwiedziem. - Witaj, mamusiu! - Rogan Sweeney pochylił się nad łóŜkiem szwagierki, by ją uściskać. Następnie spojrzał na Graya. - Co słychać, tatuśku? 25- Zgłodniała - odparł Gray, szeroko się uśmiechając. - Jestem zbyt głodna, aby dzielić się z kimś ciastem! - Brianna nadgryzła kawałek. - Przyszliśmy znów na ciebie popatrzeć. - Maggie cięŜko usiadła na krześle. - Widzieliśmy małą i mogę powiedzieć, bez przesady, Ŝe jest najpiękniejszym dzieckiem wśród noworodków. Naprawdę ma twoje włosy, Brie, i śliczne usteczka Graya. - Murphy cię pozdrawia i Ŝyczy wszystkiego najlepszego - wtrącił Rogan, umieszczając niedźwiedzia przy łóŜku obok psa. - Zadzwoniliśmy do niego przed chwilą i przekazaliśmy nowinę. Świętuje razem z Liamem, jedząc ciasta, które piekłaś na krótko przed pójściem do szpitala. - To miłe z jego strony, Ŝe zajmuje się Liamem, gdy wy jesteście tutaj. - Och, bynajmniej nie jest to dla niego kłopotliwe. Najchętniej siedziałby z chłopcem od rana do wieczora, gdybym mu tylko na to pozwoliła. Na pewno świetnie się bawią - stwierdziła Maggie. - O, jeszcze zanim zapytasz, w pubie u 0'Mallcyów wszystko jest przygotowane. Czekają na twoich gości. Zastanawiam się tylko, dlaczego przyjęłaś rezerwację wiedząc, Ŝe lada chwila moŜesz spodziewać się dziecka? - Prawdopodobnie z tych samych powodów, z jakich ty pracowałaś przy swoim szkle do chwili, aŜ nie zawieziono cię do szpitala, Ŝebyś urodziła Liama. - W głosie Brianny brzmiała ironia. - Tak mi się wydaje. To jest po prostu moje Ŝycie. Czy mama i Lottie poszły juŜ do domu? - Tak, przed chwilą. - Przez wzgląd na Briannę Maggie powstrzymała uśmiech. Jak zawsze matka narzekała bez przerwy, tym razem obawiała się, Ŝe w szpitalu nabawi się jakiejś choroby. Nic nowego. Nigdy juŜ się nie zmieni. - Zajrzały tu, ale widząc, Ŝe śpisz, Lottie zaproponowała mamie, iŜ odwiezie ją do domu. Przyjadą zobaczyć Kaylę jutro. - Maggie przerwała i znacząco spojrzała na Rogana. Jego niedostrzegalne kiwnięcie głową oznaczało, Ŝe do niej naleŜy decyzja, czy podzielić się z Brie pozostałymi nowinami. PoniewaŜ Maggie dobrze rozumiała Briannę i jej potrzeby, przysiadła z drugiej strony łóŜka siostry, naprzeciwko Graya, i ujęła jej rękę. Gray wydawał się zaniepokojony. - Nic patrz tak na mnie - rzekła do szwagra. - Nic jej nic zrobię! Chciałam tylko powiedzieć, Ŝe detektyw Rogana uwaŜa, Ŝe tym razem odnalazł Amandę. Poczekaj, nic nie mów, to znowu moŜe być płonna
nadzieja. Ile razy juŜ przez to przechodziłyśmy! - Ale teraz moŜe się udało! - Brianna przymknęła na chwilę oczy. Przeszło rok temu znalazła listy pisane przez Amandę Dougherty do ojca. Listy miłosne, które ją bardzo zaszokowały i przeraziły. Dowiedziała się z nich, Ŝe kobieta ta ma z jej ojcem dziecko. To rozpoczęło długą serię poszukiwań osoby, którą kochał jej ojciec, i dziecka, którego nigdy nie poznał. - To jest moŜliwe - ostroŜnie odezwał się Gray, nic chcąc widzieć 26 rozczarowania na twarzy Ŝony. - Brie, wiesz przecieŜ, ile razy gubiliśmy ślad od momentu odnalezienia aktu urodzenia tej kobiety? - PrzecieŜ wiemy całkiem duŜo. Wiemy, Ŝe mamy siostrę - powtarzała uparcie Brianna. - Znamy jej imię. Wiemy, Ŝe Amanda wyszła za mąŜ, Ŝe często przeprowadzała się z miejsca na miejsce. To te przeprowadzki sprawiają nam teraz kłopot. Ale prędzej czy później odnajdziemy je! Mam wraŜenie, Ŝe teraz się uda. - Zobaczymy. - Maggie właściwie nie wierzyła juŜ w taką moŜliwość. Poza tym nie była całkowicie przekonana co do tego, czy faktycznie chce odnaleźć kobietę, która jest jej przyrodnią siostrą. - Detektyw wyruszył w tej chwili w drogę do Columbus w stanie Ohio. Tak czy inaczej wkrótce czegoś się dowiemy. - Ojciec chciałby, Ŝebyśmy to zrobiły - powiedziała spokojnie Brianna. - Czułby się szczęśliwy, wiedząc, Ŝe przynajmniej próbujemy je odnaleźć. Maggie wstała, wzruszając ramionami. - Skoro juŜ zaczęliśmy, nie zaprzestaniemy poszukiwań. - Miała tylko nadzieję, Ŝe wszyscy z tej historii wyjdą bez szwanku i nikt nie zostanie zraniony. - Wydaje mi się jednak, Ŝe powinnaś w tej chwili cieszyć się z powiększenia rodziny, a nie martwić się o kogoś, kogo moŜemy wcale nie odnaleźć. - Powiesz mi o wszystkim, jak tylko się czegoś dowiesz - nalegała Brianna. - Oczywiście, ale naprawdę nic powinnaś teraz zawracać sobie tym głowy. Maggie rozejrzała się po pokoju. - Czy chcesz, Ŝebyśmy zabrali te wszystkie kwiaty do domu? Będą tam stały, kiedy przyjedziecie z dziec- kiem. - Świetnie, to dobry pomysł. - Brianna powstrzymała resztę pytań kłębiących się w jej głowie. Na razie i tak nikt nie potrafił na nie odpowiedzieć. - Czy jeszcze czegoś potrzebujesz, Brianno? - Rogan był w pogodnym nastroju. Z uśmiechem przyjął naręcze kwiatów, które zebrała Ŝona. - MoŜe więcej ciasta? Brianna spojrzała nań zarumieniona. - Zjadłam całe, prawda? Nie, niczego juŜ nie potrzebuję, dziękuję. Idźcie lepiej do domu i wyśpijcie się jak naleŜy.
- Tak zrobimy. Zadzwonię do ciebie - obiecała Maggie. Gdy tylko wyszła z Rogancm, w jej oczach pojawił się smutek. - Chciałabym, Ŝeby Brianna nie wierzyła tak bardzo w to, Ŝe ta nasza zaginiona siostra zechce od razu rzucić się jej w ramiona. - Wiem, ale taka właśnie jest Brianna. - Święta Brianna - westchnęła Maggie. - Nie zniosę, jeśli wyjdzie z tego zraniona, Roganie. Wystarczy na nią spojrzeć, a widać, jak zaprząta sobie tym głowę. Jak bardzo tkwi to w jej sercu. NiewaŜne. MoŜe się mylę, ale byłoby lepiej, gdyby tych listów nigdy nie znalazła. 27- Nie denerwuj się tym. Wystarczy, Ŝe juŜ to robi Brianna. - Rogan nacisnął ramieniem przycisk windy. - Wcale się nie denerwuję - zaprzeczyła Maggie. - Tylko Brianna nie powinna teraz o tym myśleć. Ma dziecko, którym musi się zająć, a Gray prawdopodobnie wyjedzie na kilka miesięcy w związku z promocją nowej ksiąŜki. - Myślę, Ŝe to odłoŜy. - Rogan poprawił kwiaty tak, aby ich nie połamać. - Z tego, co wiem, Gray chce to odłoŜyć, ale Brianna zadręcza go, Ŝeby jechał. Według niej nic nic powinno stać na przeszkodzie jego pracy. Zirytowana Maggie rzuciła spojrzenie w kierunku windy. - Tak, a ona moŜe niańczyć dziecko, zajmować się pensjonatem, tymi cholernymi gośćmi... Wszystko naraz! To jest właśnie cała Brianna! - Wiemy dobrze, Ŝe Brianna jest dość silna, aby zmierzyć się ze wszystkim, cokolwiek się stanie. Jest przecieŜ taka, jak ty. Gotowa do kłótni, Maggie spojrzała na męŜa, ale widok jego rozba- wionej twarzy załagodził jej złość. - MoŜe i masz rację. - Mrugnęła łobuzersko. - Tylko ten jeden raz - dodała. JuŜ trochę spokojniejsza, wzięła od niego część kwiatów. - To zbyt piękny dzień, aby przejmować się czymś, co nigdy moŜe się nie zdarzyć. Mamy śliczną siostrzenicę, Sweeneyu, prawda? - Tak. Właśnie myślę, Ŝe odziedziczyła twój podbródek, Margaret Mary. - Ja teŜ tak sądzę. Weszli razem do windy. Jakie to proste, zadumała się Maggie, wystarczy zapomnieć o rzeczach przyziemnych i myśleć tylko o szczęściu. - Wiesz, skoro Liam chodzi juŜ o własnych siłach, moŜe zaczniemy myśleć o jakiejś siostrzyczce czy braciszku dla niego? Rogan zaśmiał się i ucałował Ŝonę, wychylając twarz zza bukietu Ŝonkili. - Ja teŜ o tym myślałem. jp Rozdział trzeci Jestem Światłem i Zmartwychwstaniem. Shannon znała te słowa. Znała wszystkie słowa księdza, które miały ją uspokoić, wyciszyć, moŜe zainspirować... Słuchała ich tego pięknego wiosennego dnia przy grobie matki. Rozbrzmiewały w zatłoczonym, skąpanym w słońcu kościele podczas mszy za zmarłą. Pamiętała je bardzo dobrze z dzieciństwa.
Klękała, wstawała i siadała zupełnie machinalnie, jakby jakaś część jej mózgu powodowała nią podczas ceremonii. Nie czuła się jednak ani uspokojona, ani wyciszona, ani zainspirowana. Obraz ten nie przypominał jej snu, był zbyt realny. Ubrany na czarno ksiądz obdarzony wspaniałym barytonem, dziesiątki opłakujących zmarłą, złoty strumień światła, odbijający się od mosięŜnych okuć trumny pokrytej kwiatami. Szlochy i ćwierkanie ptaków. Shannon Ŝegnała swoją matkę. Obok świeŜego grobu znajdował się kopczyk drugiego, czysto utrzy- many, a w jego głowach tkwił świeŜy nagrobek męŜczyzny, którego całe Ŝycie uwaŜała za swojego ojca. Powinna była płakać, ale łzy juŜ jej wyschły. Powinna była się modlić, ale modlitwy nie przychodziły. Głos księdza dźwięczał w czystym wiosennym powietrzu. Shannon stała przy grobach, ale myślami przeniosła się do chwili, gdy spacerowała tam i z powrotem po salonie. Jej gniew jeszcze nie wygasł. Wydawało jej się, Ŝe matka śpi. Postanowiła ją obudzić, poniewaŜ w jej głowie roiło się od pytań i próśb. Nie mogła dłuŜej czekać. Delikatnie poruszyła jej ramię. Dzięki Bogu, Ŝe przynajmniej zrobiła to delikatnie. Matka jednak się nic obudziła. Shannon nie dostrzegła ani cienia ruchu, Wpadfo w panikę. Nie była juŜ tak ostroŜna, zaczęła potrząsać matką, krzyczeć, błagać. Po kilku minutach zaślepienia, na szczęście krótkich, zrozumiała, Ŝe torsie na nic nic zda. W oszołomieniu zadzwoniła po 29ambulans. Później nie kończąca się, przeraŜająca jazda do szpitala i oczekiwanie, ciągłe oczekiwanie w napięciu. Teraz wszystko juŜ się skończyło. Amanda zapadła w śpiączkę i w takim stanie zabrała ją śmierć. I jak mówił ksiądz: „Odeszła w wieczność". W szpitalu zarówno doktor, jak i niezwykle uprzejme pielęgniarki mówili jej, Ŝe na matkę spłynęło błogosławieństwo. Przyjaciele i sąsiedzi, których zawiadomiła, takŜe uznali to za błogosławieństwo. Przez ostatnie czterdzieści osiem godzin nie czuła bólu ani cierpienia. Po prostu spała, kiedy jej ciało i mózg obumierały. Tylko Ŝyjący cierpią, pomyślała Shannon. Tylko oni, obarczeni winą i Ŝalem, dręczącymi pytaniami, na które nic ma odpowiedzi. - Jest teraz z Colinem! - Usłyszała szept. Shannon otrząsnęła się z zamyślenia i zobaczyła, Ŝe wszyscy się ku niej zwrócili. Nic pozostało jej nic innego, jak przyjąć kondolcncje, wsparcie i zapewnienia o smutku. Rozejrzała się wokół siebie. Wiele z tych osób wróci oczywiście z nią do domu, przygotowała się do tego. Jakkolwiek patrzeć, myślała, odpowiadając jednocześnie podchodzącym do niej ludziom, najlepiej radzę sobie z detalami.
Przygotowała pogrzeb starannie i bez zaniedbań. Matka na pewno pragnęłaby prostego pogrzebu, toteŜ Shannon zrobiła wszystko, aby zadowolić Amandę w swej ostatniej wobec niej powinności. Prosta trumna, kwiaty i muzyka, uroczysta katolicka ceremonia. I stypa oczywiście. Wydawało jej się to okropne, Ŝe musi zająć się przygotowaniem jedzenia dla przyjaciół i sąsiadów, którzy przyjdą do domu prosto z cmentarza, kiedy nie ma na to ani czasu, ani energii. W końcu została sama. Przez chwilę nie mogła zebrać myśli. Czego właściwie chce? Łzy i modlitwy wciąŜ nie przychodziły. Spróbowała połoŜyć rękę na trumnie, ale czuła tylko rozgrzane słońcem drewno i powietrze wypełnione zapachem róŜ. - Przepraszam - wyszeptała. - To nie powinno się tak skończyć, ale nie wiem, jak to rozwiązać, jak zmienić. I nie potrafię powiedzieć „Ŝegnaj" do Ŝadnego z was. - Spojrzała na nagrobek obok. „Colin Alan Bodine. Ukochany mąŜ i ojciec." Nawet te ostatnie słowa, pomyślała Ŝałośnie, wyrzeźbione w granicie, są kłamstwem. Jej jedynym Ŝyczeniem, kiedy tak stała nad grobami dwojga ludzi, których kochała całe Ŝycie, było nigdy nie poznać prawdy. I to uparte, egoistyczne Ŝyczenie sprawiło, Ŝe poczuła się winna. Wiedziała, Ŝe musi jakoś z tym Ŝyć. Odwróciła się i odeszła samotnie do czekającego na nią samochodu. 30 Wydawało jej się, Ŝe minęły wieki od czasu, kiedy tłum zaczął się rozchodzić i w domu zapadła cisza. Amanda była bardzo lubiana i ci, którzy ją lubili, zebrali się w jej domu. Shannon wysłuchała ostatnich podziękowań, słów współczucia, poŜegnań i w końcu zamknęła drzwi. Została sama. Poczuła zmęczenie, kiedy weszła do biura ojca. Amanda zmieniła tu trochę w ciągu tych jedenastu miesięcy, które dzieliły ją od nagłej śmierci męŜa. Na wielkim starym biurku nic panował juŜ rozgardiasz. Shannon musiała zastanowić się, co zrobić z komputerem, faxem i innym wyposaŜeniem, którego Colin uŜywał jako makler i doradca finansowy. Moje zabawki, tak to nazywał. Nawet Amanda je zatrzymała, choć nie miała nic przeciwko temu, by oddać jego garnitury, buty i zwariowane krawaty. Wszystkie księgi pozostały na półkach, księgi majątkowe, rachunkowe i podatkowe. Zmęczona Shannon usiadła na skórzanym fotelu, który podarowała mu z okazji Dnia Ojca pięć lat temu. Bardzo mu się podobał, wspominała, przesuwając rękę po miękkiej skórze koloru burgunda. - Dość duŜy, Ŝeby w nim posadzić konia - powiedział wtedy i ze śmiechem ją uściskał. Chciała poczuć ów uścisk, ale nic mogła. Nie czuła nic. I to jej powiedziało więcej niŜ msza pogrzebowa, więcej niŜ cmentarz. Została
zupełnie sama. Naprawdę sama. Miałam tak mało czasu, myślała tępo Shannon. Gdyby wiedziała wcześniej... Nie była pewna, co ma na myśli. Chorobę matki czy jej kłamstwo. Gdyby wiedziała wcześniej, mogłaby spróbować z niekonwencjonalną medycyną. Koncentraty witamin, leki homeopatyczne, o których tyle czytała. Zebrała na ten temat całą kolekcję ksiąŜek. Miała za mało czasu, Ŝeby skorzystać z tej szansy. Tragedia rozegrała się w ciągu kilku tygodni. Matka ukrywała przed nią chorobę, jak równieŜ inne sprawy. Nie chciała się nimi dzielić nawet z własną córką, pomyślała Shannon gorzko, walcząc z gniewem. Dlatego teŜ ostatnie słowa, jakie wypowiedziała do matki, były gniewne i obraźliwe. Wiedziała, Ŝe nigdy juŜ ich nic odwoła. Zacisnęła pięści przeciwko niewidzialnemu wrogowi, a twarz jej zapłonęła. Odwróciła się od biurka. Potrzebowała czasu. BoŜe, potrze- bowała czasu, Ŝeby wszystko pojąć albo Ŝeby chociaŜ nauczyć się z tym Ŝyć. Z jej oczu trysnęły łzy gorące i rzewne. PoniewaŜ wiedziała w głębi serca, iŜ Ŝyczyła sobie, by matka umarła przed zdradzeniem sekretu, nienawidziła siebie za to. Kiedy łzy obeschły, stwierdziła, Ŝe musi się połoŜyć. Machinalnie weszła po schodach. Obmyła gorące policzki chłodną wodą i połoŜyła się w ubraniu rfe łóŜku. 31Muszę sprzedać dom, myślała, i meble. Trzeba przejrzeć dokumenty. Nie powiedziała matce, Ŝe ją kochała. Zupełnie wyczerpana zapadła z cięŜkim sercem w sen. Popołudniowe drzemki zawsze sprawiały, Ŝe Shannon czuła się pół- przytomna. Zresztą sypiała popołudniami tylko wtedy, gdy się rozchorowała, a chorowała rzadko. W domu panowała cisza, kiedy wygrzebała się z łóŜka. Spojrzała na zegar. Spała mniej niŜ godzinę, ale czuła się ocięŜała i miała zamęt w głowie. Pomyślała, Ŝe zrobi sobie kawę i usiądzie, aby zaplanować, co zrobić z rzeczami matki i domem, który tak kochała. Nagle zadzwonił dzwonek, jeszcze zanim zdąŜyła zejść schodami na dół. Prosiła tylko w myślach, by nie był to Ŝaden dobroduszny sąsiad, który zaproponowałby jej pomoc lub swoje towarzystwo. Nie chciała widzieć w tej chwili nikogo. Przed drzwiami stał nieznajomy męŜczyzna średniego wzrostu w czar- nym garniturze. W ręku trzymał niewielką torbę. Włosy miał przyprószone siwizną. Oczy rzucały przenikliwe spojrzenia, tak Ŝe poczuła się dziwnie, gdy jego wzrok spoczął na jej twarzy. - Szukam Amandy Doughcrty Bodine. - To jest rezydencja Bodinów - odrzekła Shannon, próbując zgadnąć, kim jest ten człowiek. Handlarz? Raczej nic. - Jestem jej córką, czego
pan sobie Ŝyczy? Twarz męŜczyzny się nie zmieniła, ale Shannon wyczuła, Ŝe jego uwaga znacznie wzrosła. - Chciałbym pomówić z panią Bodine, jeśli to moŜliwe. Nazywam się John Hobbs. - Przykro mi, panie Hobbs, ale jest to niemoŜliwe. Pochowałam matkę dziś rano, proszę mi wybaczyć... - To okropne. - MęŜczyzna ręką przytrzymał drzwi, kiedy Shannon chciała je zamknąć. - Właśnie przybyłem tu z Nowego Jorku. Nie słysza- łem o śmierci pani matki. Hobbs szybko wszystko przemyślał. Za blisko dotarł, aby teraz tak po prostu odejść. - Czy pani jest Shannon Bodine? - Tak, to ja. O co więc panu chodzi, panie Hobbs? - Czy moŜe pani poświęcić mi kilka minut? - powiedział dość przyjaźnie. - Oczywiście, kiedy pani zechce. Chciałbym się z panią umó- wić w ciągu najbliŜszych kilku dni. Shannon odrzuciła włosy do tyłu. Były całe w nieładzie po drzemce. - Muszę wrócić do Nowego Jorku za kilka dni. MoŜemy się tam spotkać. Byłbym bardzo wdzięczny. Oczy Shannon zwęziły się. Czuła się zupełnie zdezorientowana, 32 a przecieŜ jeszcze nie doszła całkiem do siebie. - Czy moja matka pana znała, panic Hobbs? - Nie, nie znała, pani Bodine. - A więc nie mamy o czym rozmawiać, a teraz pan wybaczy... - Mam wiadomości do przekazania. UpowaŜnili mnie do tego moi klienci. Wiadomości dla pani Bodine. Hobbs trzymał rękę na drzwiach na wypadek, gdyby Shannon chciała je zamknąć. - Klienci! - Wbrew sobie Shannon poczuła, Ŝe jest zaintrygowana. -Czy dotyczy to mego ojca? Choć wahanie Hobbsa nie trwało długo, Shannon zdołała je uchwycić. Serce zaczęło jej walić. - To dotyczy pani rodziny, to prawda. Gdybyśmy mogli się spotkać... Poinformuję klientów o śmierci pani Bodine. - Kim są pańscy klienci, panic Hobbs? Nie, proszę mi nie mówić, Ŝe to sprawa poufna - mówiła szybko. - Przyszedł pan do tego domu w dzień pogrzebu mojej matki, szukając jej, aby coś z nią przedyskutować. Coś, co dotyczy mojej rodziny. Teraz ja jestem „moją rodziną", toteŜ, panie Hobbs, pańskie informacje z pewnością dotyczą i mnie. Kim są pańscy klienci? - Muszę zadzwonić ze swojego samochodu. Poczeka pani na mnie chwilkę?
- Dobrze - zgodziła się impulsywnie Shannon. W jej głosie brak było cierpliwości. - Poczekam. Zamknęła jednak drzwi, kiedy Hobbs odszedł w kierunku samochodu, zaparkowanego z brzegu chodnika. Czuła, Ŝe koniecznie musi napić się kawy. Nic powinno zająć jej to duŜo czasu. Dzwonek u drzwi zadźwięczał, gdy tylko zaczęła pić. Wzięła ze sobą kubek i poszła otworzyć. - Pani Bodine, mój klient upowaŜnił mnie do swobodnego dyspono- wania informacjami. WłoŜywszy rękę do kieszeni, wyjął z niej wizytówkę i podał Shannon. Biuro Detektywistyczne „Doubleday", przeczytała. Nowy Jork. Shannon uniosła brwi. - Znalazł się pan daleko od domu, panie Hobbs. - Mój zawód zawsze trzyma mnie w drodze. Ten szczególny przypadek zawiódł mnie tutaj. Czy mógłbym wejść, pani Bodine? Oczywiście, jeśli pani woli, moŜemy się spotkać gdzie indziej. Miała ochotę zamknąć mu drzwi przed nosem. Nie dlatego Ŝe obawiała się go fizycznie. Jej tchórzostwo wywodziło się z czegoś innego i tkwiło w niej głęboko. PoniewaŜ jednak je rozpoznała, postanowiła je zignoro- wać. - Proszę, właśnie zrobiłam kawę. - ZauwaŜyłem. Jak miał w zwyczaju, uwaŜnie rozglądał się wokół siebie, podąŜając za Shannon. Dom urządzono z przepychem, w bardzo dobrym guście. 3 — Zrodzona ze wstydu 33WyposaŜenie wnętrza odzwierciedlało w jakiś sposób to wszystko, o czym Hobbs dowiedział się w ciągu ostatnich miesięcy o Bodinach. Tworzyli miłą, bezpretensjonalną, blisko ze sobą związaną, dobrze sytuowaną rodzinę. - To trudny okres dla pani, pani Bodine - zaczął Hobbs, gdy zajął miejsce przy stole, które wskazała mu Shannon. - Mam nadzieję, Ŝe nie pogorszę jeszcze sytuacji. - Moja matka umarła dwa dni temu, panie Hobbs. Nie sądzę, by mógł pan coś pogorszyć. I tak juŜ jest wystarczająco trudno. Śmietanki, cukru? - Dziękuję, czarną proszę. - Przyglądał się jej, kiedy przygotowywała mu kawę. Jest opanowana, myślał, to ułatwi mi sprawę. - Czy pani matka była chora, pani Bodine? - Tak, na raka - odparła Shannon. Nie potrzebuje współczucia i nie naleŜy jej go okazywać, zadecydował. - Reprezentuję Rogana Swecneya - zaczął Hobbs. - Jego Ŝonę i jej rodzinę. - Rogan Sweeney? - Shannon ostroŜnie przysiadła się do stołu. -Znam to nazwisko oczywiście. Galeria „Worldwide" ma filię w Nowym Jorku. Zarząd główny mieści się w... - Urwała i postawiła kubek, zanim poczuła drŜenie rąk. W Irlandii, pomyślała. - W Irlandii.